Oczywiście na Dworcu Głównym we Wrocławiu, a raczej w jego podziemiach. Tu bowiem od siedmiu lat ma siedzibę (jedną z wielu) Teatr Ad Spectatores Pod Wezwaniem Calderona i tutaj miała miejsce premiera "Anioła zagłady".

Próba rezerwacji telefonicznej skończyła się fiaskiem. Poczta głosowa numeru komunikuje przepełnienie, co Teatr zapewne cieszy, a mnie, potencjalnego widza, martwi. Nie tracę nadziei, pomna wyjątkowej gościnności i ukierunkowania na widza (Ad Spectatores – znaczy „do widzów”), dostawiania krzesełek dla mniej zapobiegliwych lub spóźnialskich,
piszę na adres mailowy zapytanie o bilety na niedzielę. Przy okazji pytam o możliwość zrobienia kilku zdjęć i umieszczenia w serwisie Wiadomości24.

Kilka godzin później przychodzi odpowiedź: "Potwierdzam rezerwację miejsca. Bilet należy odebrać najpóźniej 15 minut przed spektaklem. Co do zdjęć, to już trzeba pytać na spektaklu."

Docieram na czas. Wykupuję zarezerwowany bilet i zagaduję o zdjęcia. Sympatyczna pani inspicjentka nie jest pewna czy można. Trzeba pytać szefa, czyli Macieja Masztalskiego.
To w jednej osobie twórca teatru, jego dyrektor artystyczny i reżyser. Hmm, 10 minut przed spektaklem pewnie ma ważniejsze sprawy na głowie.

To może wnętrza? Tak. Napiszę o siedzibach teatru. Jest ich we Wrocławiu kilka.
Zastanawia mnie, czy to rozproszenie jest wyborem i błogosławieństwem teatru, czy też jego przekleństwem?

Zakamarki dworcowego podziemia oświetla kameralne światło. Surowy sufit w plątaninie rur i kabli. Ściany z cegieł. Szatnia dla widzów. Cóż, przy odrobinie wyobraźni... Uchylam grubą kotarę, próbując ukradkiem uszczknąć jakiś kadr ze "sceny", czyli klepiska na skrzyżowaniu piwnicznych korytarzy. Widzę długi stół, przykryty atłasowym obrusem, a na nim ozdobny kandelabr. Wyobraźnia szybko przenosi się z wnętrza dworcowej piwnicy do wnętrza XIX-wiecznego dworu. Lekko surrealistyczne zestawienie eleganckiej dekoracji z ociekającymi ze starości ścianami piwnicy, tworzy niesamowitą scenografię do spektaklu zainspirowanego filmami Luisa Bunuela, mistrza kina, prowokatora, obrazoburcy, surrealisty.



„Luis Bunuel, jak pisał Stach Szabłowski w dziale Ludzie kina nie był zwykłym reżyserem - był diabłem wcielonym.
Piekielnie zdolny, piekielnie inteligentny i piekielnie nieprzewidywalny. Poświęcił życie na wywrotową robotę, szarganie świętości i drażnienie autorytetów. I robił to w wielkim stylu - z wdziękiem, lekkością i elegancją, która sprawia, że filmy Bunuela do dziś przypominają pięknie opakowane bomby zegarowe podłożone pod publiczny porządek, dobre obyczaje i społeczną hipokryzję.”

Gdyby tak podmienić nazwiska, sporo określeń pasowałoby i do wrocławskiego twórcy.
Ale parę też nie. Powstrzymałam się zatem od utożsamiania wprost reżysera Masztalskiego
z diabelskim Bunuelem, kiedy nagle z ciemnego korytarza wyłoniła się szczupła postać mężczyzny w czarnym golfie, którego kędzierzawą czuprynę oświetlały płomyczki światła.

Z rozbrajającym uśmiechem i wyrozumiałością artysty i dyrektora przyjął moje tłumaczenie o misji dziennikarza obywatelskiego i udzielił krótkiego wywiadu.

Panie Dyrektorze. Pamiętam niesamowity spektakl "Trupi synod", w mrocznym wnętrzu prawie 150-letniej wieży ciśnień i komedię "Pieniądze są w..." na scenie nieczynnego już browaru mieszczańskiego. Dzisiejsze przedstawienie ma miejsce w podziemiach kolejowego dworca, który na dniach będzie zamknięty z powodu remontu. Czy po 10 latach działalności teatru nie stać na własną siedzibę? A może jest to świadomy wybór? Te dziwne miejsca w szczególny sposób tworzą też element scenografii.
Gramy też poza wymienionymi scenami. Były przedstawienia w sali Ratusza i w mieszkaniu prywatnym. Graliśmy w pociągu i w samochodach. W marcu kolejna premiera w Muzeum Narodowym. Czyli tak, jak pani słusznie zauważyła, mieści się to w konwencji. Tak, to jest niemalże filozofia. A miejsce stałe? My cały czas walczymy o miejsce stałe, ale to nie jest takie proste.


Odra-Film wystawiła na sprzedaż dwa obiekty, kino Pionier i kino Polonia. Cena wywoławcza około 1,5 miliona. Nadal czekają na kupca.
Jeśli coś kosztuje 1,5 miliona, to można o tym zapomnieć. Nie ma aż takiej woli.

Nie ma aż takiej woli, żeby wiązać się z jednym miejscem, za takie pieniądze?
Nie, nie, u nas wola by była, tylko nie ma takiej możliwości. Powiem Pani, że jeśli się tego miejsca nie znajdzie, to teatr nie przeżyje. Nie przeżyje, bo ludzie zaczynali jak mieli po 20 lat. Minęło 10 lat , mają teraz po 30. Mają rodziny, dzieci. Nawet nie chodzi tu o fantazję, ale jak się wchodzi ciągle w nowe miejsca i walczy, przekłada na nowo od podstaw. Ludzie mają dość.

Bilety macie takie tanie, rewelacyjnie tanie dla widza.
Bilety to jest tylko jeden element budżetu. Ale tak było w założeniu, żeby bilet był dostępny dla najszerszego kręgu odbiorców.

I miejsc na widowni nie za wiele.
Tutaj tak, ale w Browarze jest 120 miejsc, czyli już jest lepiej.

Jakie według Pana byłoby optymalne rozwiązanie problemu stałej siedziby-bazy teatru, które pogodziłoby i potrzeby czysto ludzkie, o których Pan wspominał, artystyczne i finansowe.
Co do idealnej siedziby oraz związanych z tym finansów, to jest możliwa, tak zwana, idealna sytuacja. Oto ona: budynek użyczony bezpłatnie na długoletni okres, np. 10, 20 lat. Tak długa perspektywa daje możliwości adaptacyjne oraz swobodny rozwój również artystyczny. Będąc w takiej sytuacji lokalowej można planować remonty, przystosowywać konsekwentnie salę dla swoich potrzeb, budować jej markę. Przyzwyczajać publiczność do danego miejsca.



Nie obawia się Pan, że takie zakotwiczenie byłoby pewnym ograniczeniem swobody, kreatywności?
Nie. Miejsce do zakotwiczenia to baza, która jest bardzo istotna. To oczywiście nie wyklucza tak zwanego "szwendania się" teatralnego po różnych dziwnych miejscach.
Świadomość, że w każdej chwili jest możliwy powrót do domu - to boska świadomość,
dająca spokój i umożliwiająca spokojną twórczą pracę.

Zatem życzę Panu spełnienia marzeń i bardzo dziękuję za poświęconą mi chwilę rozmowy.

***
Ad Spectatores jest największym teatrem prywatnym we Wrocławiu. Na swoim koncie ma blisko 50 premier. Wystawia ponad 150 przedstawień rocznie. Zatrudnia absolwentów uczelni artystycznych i współpracuje z aktorami innych teatrów, także zza granicy. Utrzymuje się z własnej pracy, wsparcia prywatnych sponsorów i dotacji gminy Wrocław. Miasto Wrocław jest też bohaterem specjalnej serii przedstawień, pod nazwą "The meeting place".

Maciej Masztalski, wraz z zespołem, w swoich licznych realizacjach tworzy przestrzeń dla wyobraźni, w której kształtuje się nowe pokolenie widzów a zarazem i mieszkańców miasta. Pokolenie, które nie boi się trudnych pytań i szukania odpowiedzi. Tematyka spektakli jest bardzo różnorodna a zapowiedzi premier, opisane na stronie Teatru, same w sobie są ciekawą lekturą.
Reżyser rozprawia się i z minionymi wydarzeniami, bo, jak kiedyś powiedział: "Podręczniki piszą zwycięzcy. Wcale nie ma gwarancji, że prawdziwe wydarzenia rzeczywiście wyglądały tak, jak je opisano. A ja lubię zadawać sobie pytanie: jak było naprawdę?"

Rozprawia się też i z ludzkimi przywarami, słabostkami, z "naszą małą stabilizacją" i wielką polityką. Robi to z dużym wyczuciem. Nie obraża i nie unosi się ponad. Wciąga widzów w intrygi, makabreski, kryminalne historie. Miejscami zaciera granicę oddzielającą iluzję od rzeczywistości, scenę od widowni, aktora od widza. Jego teatr, to artystyczny underground – i bynajmniej nie dlatego, że niektóre sztuki grane są pod ziemią.



Tak piszą o sobie sami: "teatr został założony, by stać się alternatywą dla teatrów państwowych oraz miejscem wszelkich możliwych eksperymentów na polu dramaturgicznym, aktorskim i inscenizacyjnym. [...] Staramy się tylko oddać widowni, co jej należne: rozrywkę, możliwość uczestniczenia w spektaklu i dyskusji, czysty odbiór oraz przyjazne przyjęcie w teatrze. Pod tym względem staramy się powrócić do korzeni, kiedy teatr odwiedzali wszyscy, był on niemal wszędzie, a potrzeba jego istnienia wynikała z potrzeb ludzi".

Przedstawienie "Anioł zagłady" miało szczególne tempo. Błyskotliwie zagrane, z polotem, intrygujące, zabawne. Kiedy spektakl się skończył, nienasyceni widzowie nie ruszyli się z miejsc. Czekali na ciąg dalszy....

A jaki będzie ciąg dalszy? Gmina Wrocław na rok 2010 przeznaczy na kulturę o 20 mln złotych mniej, niż w roku ubiegłym. Na dofinansowanie projektów kulturalnych będzie także mniej – o milion. Miasto prowadzi ponad 20 instytucji kultury. Tu działa 6 teatrów miejskich, 4 podległe samorządowi wojewódzkiemu oraz 25! tzw. "innych".

Niezależnie od podziału skromnych środków budżetowych, od wkładu własnej pracy zespołów teatralnych, zawsze aktualne będzie szukanie sponsorów, darczyńców, po prostu szczodrych
mecenasów sztuki, którzy pomogą przetrwać i rozwijać się, między innymi, takim awangardowym teatrom, jakim jest Ad Spectatores.

Ich wsparcie, to jedyna szansa nie tylko dla teatru, ale także dla widzów, którzy nie gustują
w pop-cornie i przeżutej pop-kulturze.



Warte przeczytania:
Strona o teatrze i jego spektaklach
Wywiad z Maciejem Masztalskim
Ludzie kina - Luis Bunuel

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!