- Zdjęcia zrobione przez amerykańskiego satelitę pokazują, że ukraińscy wojskowi zestrzelili malezyjski samolot - donosi znany ze swoich niezależnych dochodzeń analityk, Robert Parry.

R. Parry zdemaskował w przeszłości aferę "Iran-Contras". Teraz zadał pytanie, dlaczego władze USA jeszcze nie ujawniły zdjęć satelitów z momentu zestrzelenia malezyjskiego Boeinga 777 nad Ukrainą.

Dziennikarz dotarł do źródeł w służbach amerykańskich, według których wywiad dysponuje dowodami na odpowiedzialność Kijowa za zestrzelenie cywilnego samolot, którego lot z kijowskiego airportu przekierowano nad obszar walk. Teren ten jest stale monitorowany przez satelity wywiadowcze, nie tylko wojskowe, ale i prywatne, a "buki" to duże pojazdy, które z satelity można rozpoznać. Parry twierdzi, że ze względu na charakter rakietowych zestawów z pewnością zostały one uchwycone przez amerykańskie satelity, które od dawna intensywnie śledzą rejon konfliktu w Donbasie.

Parry nie podaje nazwiska swojego informatora z amerykańskiego wywiadu, aczkolwiek podkreśla, że jest to wiarygodny świadek, który pomagał mu w podobnych sprawach.

Czytaj więcej: Nowe ślady w katastrofie Boeinga. Strąciły go myśliwce?

Doniesienia analityka zaczyna firmować CIA. Prostuje się już wersję forsowaną przez władze w Kijowie. - Nie ma dowodów na bezpośrednie zaangażowanie rządu Rosji w zaatakowanie boeinga 777. Wywiad USA ocenia, że samolot został zestrzelony prawdopodobnie przez pomyłkę. Nie można również z całą pewnością powiedzieć, że to rosyjskie służby są odpowiedzialne za szkolenie separatystów.

Samolot Boeing 777 linii lotniczych Malaysia Airlines, który leciał z Amsterdamu do Kuala Lumpur, rozbił się 17 lipca na wschodzie Ukrainy. Na jego pokładzie znajdowało się 298 osób, z których nikt nie przeżył.

- Ukraińskie władze miały oczywisty obowiązek zamknąć korytarz powietrzny nad obszarem, gdzie toczą się walki i zestrzeliwane są samoloty – dowodzi Parry. - Gdyby to uczyniły, do katastrofy by nie doszło. Jaki interes mieliby Rosja i separatyści w zestrzeleniu samolotu pasażerskiego? – pyta.

Poroszenko otwarcie przyznaje, że katastrofa zaostrza stanowisko UE wobec Rosji oraz daje szansę na dozbrojenie sił wojskowych.

- To mogła być pomyłka jednej lub drugiej strony - przypuszcza Parry. - Nikt w jej kontekście nie przywołuje zdarzenia sprzed 13 lat, kiedy ukraińska armia właśnie omyłkowo zestrzeliła blisko 80. Izraelczyków nie tak daleko od miejsc obecnej katastrofy. Zdarzyło się to nie podczas wojny, kiedy o pomyłkę nietrudno, ale podczas pokojowych ćwiczeń.

Rosyjski MON wydal oświadczenie wskazując dokładnie miejsca, gdzie znajdowały się dwa ukraińskie "buki", w których zasięgu ognia był boeing. Oba systemy były "aktywne" w czasie upadku maszyny.

Rozrzut szczątków na 15-20 kilometrów mówi o tym, że do naruszenia konstrukcji samolotu doszło w powietrzu. W przypadku gdy zawodzi sprzęt, załoga stara się chronić samolot oraz życie ludzi - i obowiązkowo nawiązuje łączność. Jednak wybuch na pokładzie, podczas którego momentalnie zniszczona jest konstrukcja samolotu, nie pozwala załodze czegokolwiek zgłosić.

Czytaj więcej: Obserwatorzy OBWE zostali zmuszeni przez separatystów do opuszczenia miejsca katastrofy

Hiszpański kontroler lotu z portu Kijów-Boryspol oświadczył, że trzy minuty przed katastrofą boeingowi towarzyszyły dwa samoloty wojskowe. Komendą z ziemi zmieniono wysokość lotu samolotu z 35 na 32 tysiące metrów. Pracownik lotniska dziwił się, że władze ukraińskie podały informacje o trafieniu maszyny w kilka minut po katastrofie.

Parry pisze o histerii i obwinianiu rzekomych sprawców, co było wypróbowaną metodą izolacji i dekaptiacji niewielkich państw i reżymów. Publicysta porównuje sprawę malezyjskiego samolotu do ataku gazowego w Damaszku z sierpnia ubiegłego roku. Władze amerykańskie natychmiast oskarżyły o jego przeprowadzenie siły wierne prezydentowi Baszarowi Al-Asadowi szukając pretekstu dla ataku militarnego na Syrię, który ostatecznie nie doszedł do skutku ze względu na wątpliwości społeczności międzynarodowej.

Sekretarz Stanu John Kerry również powoływał się wówczas na zdjęcia amerykańskich satelitów szpiegowskich, których nigdy nie zaprezentowano, zaś późniejsze śledztwa niezależnych dziennikarzy czy działaczy społecznych, wskazywały raczej, że atak chemiczny był prowokacją przeciwników syryjskich władz.

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!