Ten oryginalny osobnik ukrywa się pod dziwnym pseudonimem Nicram Artistos, a przebieranki są jego żywiołem. Na co dzień wydaje się być zwykłym, normalnym obywatelem miasta Wrocławia, ale w godzinach wieczornych podlega niezwykłym metamorfozom. Często można go spotkać w Pałacyku w okresie karnawału lub ujrzeć w noc świętojańską, biegającego po Parku Szczytnickim w płaszczu model "herr Flick".

Miejsce akcji: Pałacyk, Wrocław

W dawnych czasach wrocławski Pałacyk był rezydencją hrabiego Hansa Ulryka von Schaffgotscha. Jednego z licznych Hansów Urlyków, pochodzących z bogatego śląskiego rodu. Szyk, elegancja, wytworne maniery w opalanych węglem i urządzanych z przepychem salach. Na śniadanie kawior, na obiad trufle, na kolację niestrawność. Tak wyglądało „nudne” życie hrabiego. Teraz o dawnej świetności tego miejsca świadczy jedynie lustrzana sala balowa, gdzie odbywają się bankiety, studniówki i wesela. Na stołach króluje rosół i schabowy. W spragnione gardła leje się zimna wódka.

Budynkiem od lat zarządza Zrzeszenie Studentów Polskich, a w przebudowanym wnętrzu aż roi się od rozmaitych pomieszczeń, w których gnieździ się kilkanaście firm. W biurze stancji znajdziemy pokój dla studenta. Biuro rachunkowe rozliczy podatki. Na giełdzie narciarskiej kupimy narty, natomiast w szkole tańca nauczą nas, jak tańczyć tango, nie zadeptując przy tym swej partnerki. Za to po zmroku lepiej nie pojawiać się na górnych piętrach, bo można dostać zawału z wrażenia.

W tej części budynku można natknąć się wieczorową porą nie tylko na bruneta, ale również na blondyna i rudego razem wziętych. Zwłaszcza w karnawale, przy odrobinie szczęścia ujrzymy na własne oczy dziwnego osobnika w peruce i w masce, wnoszącego do dawnej sali kinowej lemiesz, skrzynie z jabłkami i dmuchaną gumową lalkę z sex shopu w ludowym stroju łowickim.

Innym razem przy drzwiach do legendarnej sali nr 36, tuż obok napisu „Ellen Ripley ostrzega: Obcym wstęp wzbroniony”, przywita nas robot w gustownej srebrnej obudowie, z okiem mrugającym na czerwono jak u Terminatora. Kiedyś ten robot był warszawską syrenką z plastikowymi piersiami na owłosionej klacie, ale chwilowo zmienił płeć. Zresztą nie po raz pierwszy. I nie po raz ostatni.

Robochłop, a może Chłop z Jajami?

Ten oryginalny osobnik ukrywa się pod dziwnym pseudonimem Nicram Artistos, a przebieranki są jego żywiołem. Z racji swej wrodzonej skromności i dla dobra ogółu (cokolwiek to znaczy), woli nie zdradzać swego prawdziwego nazwiska. Na co dzień wydaje się być zwykłym, normalnym obywatelem miasta Wrocławia, ale w godzinach wieczornych podlega niezwykłym metamorfozom. Często można go spotkać w Pałacyku w okresie karnawału lub ujrzeć w noc świętojańską, biegającego po Parku Szczytnickim w płaszczu model "herr Flick". Jego talent do szalonych przemian znany jest w lokalnym światku. A wspomniany wcześniej robot to w pełni multimedialny i rozrywkowy Robochłop własnoręcznie stworzony przez Artistosa. Oprócz diodowych oczu, żeby lepiej widzieć, w obudowie ma duże głośniki i mikrofon, żeby lepiej go słyszeć, a w kasku wbudowano mu śmigiełko. Chyba po to, aby lepiej odlecieć. Tańczy, klaszcze na dwa i zasilany jest czterema bateriami piwa marki Volt.

- Zrobiłem go na imprezę miłośników klimatów science-fiction - chwali się nasz bohater. - Cóż... miałem sporo czasu, aby go zbudować. Strój musi być maksymalnie zakręcony, aby był zabawny. A Robochłop to skomplikowane elektroniczne urządzenie. Kupa kabli, gogle zrobione z obiektywu od aparatu Zenit. Ledwo wcisnąłem się w obudowę. I jeszcze trzeba było uważać, aby nie doznać porażenia, polewając gościom płyny wzmacniające rękawicą, w której ukryte jest zasilanie dla wysuwanego szóstego "E.T. palca".

A skąd w tym wszystkim wzięła się gumowa lalka? To już zupełnie inna bajka. A dokładnie to ta o Jasiu i Małgosi. Wtedy lalka robiła za Babę Jagę na bajkowym balu przebierańców zorganizowanym w Pałacyku, choć jeszcze dwie imprezy wcześniej była Maryną - żoną Chłopa z Jajami. Ale to był zupełnie inny bal okrzyknięty najlepszym karnawałowym balem wieśniackim dekady, na którym do tańców przygrywał etno-zespół Buraky. Trochę to skomplikowane, ale jedno jest pewne. Ta lalka jest stałym elementem wielu happeningów.

- Przez te szalone imprezy lala dorobiła się już o kilka otworów więcej, niż zaprojektował to producent - żartuje Artistos. - Ale ma masę innych zalet. Dużo nie gada i mało je. Bez marudzenia pływała na uwięzi za Titanicem po Odrze, fruwała pod sceną na koncercie rockowym jako Whole Lotta Rosie i była kaskaderem spadającym z 4. piętra w niezależnym filmie akcji. Która dziewczyna by się na to zgodziła?

- Niezależnym filmie? Od kogo albo czego? - usiłuję się dowiedzieć zaciekawiony.

- Głównie od scenariusza. Scenariusz sobie, gotowy film sobie.

Czyli jak w większości polskich filmów.

Schizofreniczny Superman

Przyjaciele mówią, że Artistos prawie zawsze wozi ze sobą teczkę gadżetów. Niczym James Bond przebieranek ma podręczny zestaw zawierający okulary, sztuczne wąsy, a nawet zęby na każdą okazję. Wampirze, królicze, z resztkami jedzenia w szczelinach międzyzębnych. Do legendy przeszła jego słynna umięśniona klatka piersiowa z plastiku, która rozgrzewała do czerwoności niejedną imprezę.

- To takie moje małe zboczenie - opowiada Artistos. - Rzeczywiście mam mnóstwo różnych okularów, wąsów, sztucznych paznokci oraz peruk. I innych dziwnych przedmiotów, które mogą mi posłużyć do zmiany osobowości. Wynajduję je w różnych miejscach, a później kombinuję, jak je ze sobą połączyć, aby powstało coś niezwykłego.

Przezornie wolę nie pytać, do czego może posłużyć zestaw składający się z wojskowej maski przeciwgazowej, niemieckiego hełmu, lateksowych rękawic plus końcówek od robota kuchennego, które leżą na półce.

- Czasami czuję się jak Superman. Znikam w jakimś pomieszczeniu i w jednej chwili zmieniam się w nową szaloną postać. Doklejam tylko wąsy i rozbawiam tym ludzi. Uwielbiam to! To jest jak narkotyk.

Można odnieść wrażenie, że to nowa niezbadana odmiana schizofrenii. Ale pacjentowi i społeczeństwu to najwyraźniej służy. Choć również ponoszone są ofiary dla dobra sprawy.

- Kiedyś, gdy jechaliśmy na sylwestra w górach, w moim samochodzie prawie zabrakło miejsca dla jego bagażu - wspomina jedna z bliskich koleżanek. - Cztery dziewczyny miały mniej ciuchów razem niż on gadżetów w jednej torbie. Jechaliśmy przez kilka godzin ściśnięci jak śledzie!

- Jest niesamowity. Potrafi zmienić się kilka razy w ciągu imprezy. Jak kameleon - dodaje inny żywy uczestnik imprezy z udziałem Artistosa.

Wygłupy w czerownych rajtuzach

Jak to wszystko się zaczęło? Skąd się wzięło to umiłowanie do konstruowania dziwnych strojów i organizacji imprez przebierankowych? Jeśli zgłębi się archiwa rodzinne ze zdjęciami małego Artistosa, to nie ma najmniejszych złudzeń. To musiało być już w przedszkolu. Uroczy mały Artistos przebrany tradycyjnie, za kowboja, Indianina czy krasnoludka. Jest i nawet zarośnięty Rumcajs. Ale na innej fotografii można również zobaczyć go w czerwonych rajtuzach, damskiej bluzce z żabotem oraz w berecie jako... Właśnie. Jako kto?

- No przecież to jest królewski paź! Nie widać? O tak, bale karnawałowe w przedszkolu to była najfajniejsza sprawa. Zaraz po leżakowaniu i kaszce mannie z sosem truskawkowym na deser. Na takim balu można było powygłupiać się do woli. W rajtuzach i bez.

- Jaka ciekawa peruka - oglądam pożółkłe zdjęcia. - Włosy przycięte równo jak od garnka.

- To przecież moja prawdziwa fryzura! - obrusza się mój rozmówca. - Czy jak pan był dzieckiem, nigdy nie strzygli pana rodzice?

Mam również okazję zobaczyć na video parę imprez rozrywkowych wykreowanych przez Zorganizowaną Grupę Prześmiewczą Montevideo na czele, której stoi Artistos. Tańce Wikingów nad Odrą, abordaż statku Gucio z niemieckimi turystami, skomplikowany układ choreograficzny osób przebranych za pszczoły w rytm „Y.M.C.A” na czymś, co przypomina łąkę wyciętą z papieru.

- Urodziłem się tego samego dnia co Elvis Presley i Graham Chapman – ten facet z Monty Pythona. Tyle, że na szczęście kilkadziesiąt lat później. Pewnie coś w tym jest, bo 24 godziny na dobę ruszam ironicznie biodrami. I razem z przyjaciółmi z Montevideo co jakiś czas, dla odreagowania trudów dnia codziennego, wymyślam takie wygłupy na mieście.

Mistrz szybkiej metamorfozy

Miejsce akcji: Heineken Opener, Lotnisko Babie Doły, Gdynia

Kolejka do toalet w przerwie koncertów. Morze piwa od sponsora, morze ludzi czeka na wolną kabinę. Artistos wkracza do akcji. Do jednego z Toy-Toyów wchodzi jako niepozorny uczestnik imprezy, by po krótkiej wizycie wyjść ze środka jako macho rodem z niemieckich filmów sadomacho. Lateksowa czapka. Wytarty dżins na gołą klatę. Okulary jak u króla Elvisa. Wąs jak u Freddiego Mercurego. Obroża na szyi zmontowana naprędce z paska od spodni. Na niej trupia czaszka.

Na twarzach zaskoczonych ludzi pojawia się uśmiech. Błyskają pierwsze flesze aparatów. Prawie jak na pokazie mody. Brakuje tylko wybiegu, no i unoszące się w powietrzu zapachy w niczym nie przypominają perfum Hugo Bossa. Ale i tak nasz machoman nie narzeka na brak zainteresowania w tych warunkach. Dziewczyny piszczą i mdleją na widok klaty. Faceci zazdroszczą i robią zdjęcia. Ale wszystkim podoba się ta szalona postać. Do końca imprezy nasz latynoski macho zostanie uwieczniony na kilkunastu zdjęciach i filmach oraz zrobi furorę pod sceną, zachęcając gawiedź do wspólnych tańców w czasie koncertu grupy Goldfrapp. Typowa zadyma w artistostynicznym stylu.

- Ale to nic w porównaniu z akcją podczas koncertu AC/DC - Artistos uśmiecha się szelmowsko.

High Voltage rock'n'roll

Takie czasy nastały, że ludzie podrabiają wszystko. Od odzieży po samochody. Nawet gwiazdy rocka mają swoje “oryginalne kopie”. Gitarzysta australijskiej grupy AC/DC też. Siedem lat temu Artistos przed koncertem grupy w Pradze tak dobrze podrabiał Angusa Younga, że o mało co nie został wpuszczony na scenę.

- W pięć sekund skompletowałem mundurek szkolny, taki, jaki nosi Angus na scenie. Do tego krótkie spodenki, białe podkolanówki, teczka i nie mogłem się opędzić od fanów. W ciemnościach nawet nie przeszkadzało im to, że blond peruka była w innym kolorze niż rzeczywiste włosy gitarzysty. Jak zwykle powstało pozytywne zamieszanie.

- Rozdałem tyle autografów, jak nigdy dotąd. Aż iskry leciały z pióra. Na koszulkach, biletach, na pudełkach od papierosów. Nawet na damskich brzuchach. Było wiele wspólnych zdjęć. Uśmiechy na twarzach. Było mi tylko trochę zimno w nogi. Za to ochrona do końca nie była pewna, kim jestem, więc znalazłem się prawie na scenie. I wtedy było już gorąco, bo tam szalało wysokie napięcie i pioruny.

Nasuwa się wniosek, że gwiazdą rocka każdy być może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.

Uje muje i gumowe węże na dworcu PKP

Sklep z artykułami karnawałowymi Aster. Centrum Wrocławia.[/i]

- O tak - opowiada sprzedawczyni. - Często tu zagląda i wybiera różne gadżety. Nie zapomnę jak przymierzał kostium Elvisa Presleya. Niestety Chińczycy, którzy produkują nasze stroje, nie mają wyczucia europejskich rozmiarów. Biedaczysko nie mógł się pomieścić w ikselce, która w sumie była eską. Wziął więc strój biskupa i perukę w typie niemieckiej Heidi. No nie wiem po co.

Właścicielka sklepu artykuły śmieszne i sex shop w jednym z wrocławskiego Dworca PKP też pamięta Artistosa.

- Kojarzę. Grzeczny. Takie tam kupuje uje muje i gumowe węże - śmieje się rubasznie. - Ostatnio sztuczne cycki brał. Podobno stare się zużyły. Chce pan zapalniczkę w kształcie członka? A może fartuszek świntuszek dla żony?

Rzeczywiście można nabrać ochoty na małą przebierankę i drobną zmianę swojego image'u. Ale czy to nietypowe hobby i takie błazenady mają jakiś głębszy sens?

Ale o co chodzi?

- A czy wszytko musi mieć jakiś głębszy sens, drugie dno? - pada retoryczne pytanie. - Lubię rozbawiać ludzi i robię to tylko po to. Czasami bywamy stanowczo za mało wyluzowanym narodem, choć to się zmienia. A takie akcje rozweselające robiłem już dużo wcześniej, zanim na nasz kraj najechały hordy Anglików w dziwacznych przebraniach.

Rzeczywiście ciężko jest dziś zaskoczyć czymś ludzi, kiedy wieczorem po knajpach krążą grzeczni inaczej goście z Wysp Brytyjskich w strojach czasami bardzo kontrowersyjnych.

- Ale nawet gdybym został prezydentem, dalej bym się tym zajmował - pada prawie obietnica wyborcza. - Moim idolem jest Francuz Rémi Gaillard. Ten to potrafi powygłupiać się w plenerze i nie tylko. Wystarczy obejrzeć jego akcje na You Tube. Polecam rumuńskiego gimnastyka w jego wykonaniu. A teraz muszę już lecieć. Obiecałem koleżance, że wyskoczę z tortu na jej panieńskim wieczorze w tym stroju - Artistos ściąga z półki lateksowe rękawice i hełm.

I tak oto na koniec naszego spotkania rozwiązała się tajemnica maski przeciwgazowej i reszty gadżetów.

Oficjalny kanał Youtube Aristosa.

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!