Mlekiem i miodem płynący miał być niemiecki "Lebensraum", choć wcześniej spłynąć musiał krwią. Przez podbite tereny na wschodzie Europy hektolitrami przelewała się także wódka, którą Niemcy chcieli wyniszczyć słowiańskie narody.

Wybuch wojny i zbrodnicza niemiecka okupacja nierzadko budziły w ludziach najgorsze, niekiedy zwierzęce wręcz instynkty. Wszelkie przedwojenne normy etyczne traciły na wartości, gdy człowiek stawał w obliczu śmierci. Na załamaniu się ogółu zasad moralnych żerował umiejętnie hitlerowski okupant, starając się osłabiać więzi społeczne na zajętych terenach, podporządkować sobie i upodlić każdy podbity naród. Jednym z narzędzi w polityce terroru i wyniszczenia miał być alkohol w najróżniejszej postaci.

Hitler utopił Polskę w alkoholu - tak w ogromnym skrócie przedstawić można skutki niemieckiej polityki degeneracji i wyniszczania narodów wschodniej Europy, wymierzonej także przeciwko naszemu narodowi. Nie tylko bowiem niszczenie i grabież dóbr naszej kultury i ponad tysiącletniego dziedzictwa, szeroka germanizacja, zamykanie szkół i wyższych uczelni miały sprawić, że staniemy się narodem ułomnym.

Monopol całą dobę

"Przez wszystkie środowiska, przez wszystkie warstwy społeczne wartkim nurtem płynęła wódka, a Niemcy - słusznie rozumiejąc, że przyspiesza ona czas, gdy Polacy staną się zdegenerowanym plemieniem otumanionych i posłusznych niewolników - dokładali wysiłków, by jej strumień poszerzyć i pogłębić" - napisał w książce pt. "Polska Walcząca" żołnierz AK, powojenny dziennikarz i publicysta Jerzy Ślaski.

Czytaj też: II wojna światowa. Alianci bronili Polski... ulotkami

Niemcy faktycznie starali się zrobić wszystko, by dosłownie zalać Polskę wódką. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w ciągu blisko sześciu lat okupacji spożycie alkoholu wzrosło kilkukrotnie. Przed wojną Polacy spożywali średnio litr spirytusu na rok. Wskaźnik ten wzrósł po 1939 roku do aż pięciu litrów.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy



Do takiego stanu rzeczy przyczyniły się w znacznym stopniu specjalnie przez Niemców otwierane sklepy, w których niekiedy przez całą dobę zaopatrzyć się można było wódkę, płacąc przykładowo makulaturą książkową czy gazetami. Wiele takich sklepów powstało na polskiej wsi, w której problem alkoholowy nigdy wcześniej nie był tak duży, jak za okupacji.

Alkoholu w sklepach tych oczywiście nigdy nie brakowało. I choć jego produkcja na ziemiach polskich, w wyniku walk wrześniowych, została na krótko przerwana, to już niedługo po wkroczeniu do Polski Niemcy rozpoczęli produkcję m.in. znanej także dziś "Wyborowej". Pod względem jakości odbiegała ona jednak znacznie od przedwojennego trunku - słynnej już wówczas na całym świecie - poznańskiej marki.

Pije już każdy

W styczniu 1944 roku Biuletyn Informacyjny Armii Krajowej grzmiał: "Wzrost pijaństwa w Polsce w okresie okupacji jest zastraszający. Nie tylko mężczyźni piją, ale coraz częstsze są wypadki alkoholizmu wśród kobiet i młodzieży. Wódka, dająca upragnione oszołomienie i chwilową ucieczkę od strasznej rzeczywistości, jest niemieckim sprzymierzeńcem w dziele demoralizowania i zwyradniania społeczeństwa polskiego".

Bo faktycznie pił już prawie każdy. Niemcy bowiem, lecz i Polacy abstynenci, dopatrzyli się w wódce świetnego środka płatniczego. Dzięki niej można było załatwić wiele ważnych spraw. Z drugiej strony, często nie było wyboru i wódkę należało przyjąć.

Wódką lub czystym spirytusem płacili Niemcy polskim rolnikom za dostarczane przez nich obowiązkowo kontyngenty żywnościowe. Na Podhalu przykładowo produkowano do tego celu od 1940 roku bardzo mocną, 75-procentową wódkę "Tatrafeuer", której produkcję jednak wstrzymano po roku, gdyż zdaniem władz okupacyjnych bardziej niż Polakom szkodziła Niemcom, którzy często po nią sięgali mimo licznych ostrzeżeń.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy



Trzeba tu nadmienić, że znaczna część produkowanego i rozprowadzanego przez Niemców alkoholu była bardzo złej jakości, nierzadko zawierała substancje szkodliwe dla zdrowia, a nawet zabójcze trucizny. Naturalnie zwiększało to tylko skalę alkoholowego wyniszczenia polskiej ludności.

Zdarzały się też przypadki, o czym warto zapewne napisać, że podczas ulicznych łapanek Niemcy puszczali wolno osoby pijane bądź też takie, które stan nietrzeźwości tylko udawały. Chętniej natomiast fotografowali wstawionych jegomości, czyniąc to na dowód rzekomej degeneracji i zbydlęcenia podbitych narodów.

"Siekiera, motyka, bimber..."

Słowa piosenki ulicznej z lat okupacji zna chyba każdy i ich wymowy nikomu tłumaczyć nie trzeba. Zatrzymajmy się więc przy bimbrze. Nigdy bowiem w historii Polski nie był on produkowany na tak masową skalę, jak podczas II wojny światowej.

Okupacja przyczyniła się do rozwinięcia nielegalnego bimbrownictwa. Samogon pędzono wszędzie - i na wsi, i w mieście, co wcześniej zdarzało się raczej rzadko. Władze niemieckie, choć oficjalnie nielegalnego gorzelnictwa nie popierały, to na proceder ten często przymykały oko, co zresztą było zgodne z ich "polityką wschodnią".

Czytaj też: Otto Schimek. Bohaterski Austriak i jego grób pod Tarnowem

Bimber szybko stał się popularnym trunkiem. Był tańszy, a przy tym mocniejszy od niemieckiej wódki. Jednym z głównych odbiorców domowej produkcji trunku były liczne oddziały partyzanckie, stacjonujące w lasach.

Problem niekontrolowanego rozkwitu bimbrownictwa zaprzątał głowę władz Polskiego Państwa Podziemnego. Jesienią 1943 roku zdecydowały one o likwidacji nielegalnych rozlewni. I tak np. w rejonie V Armii Krajowej "Północ" zadanie to powierzono sześciu pięcioosobowym patrolom, które skierowano między innymi do Stromca, Trzebieni, Bobrowników, Brzoza, Mariampola i Rozniszewa. W wyniku przeprowadzonej akcji zlikwidowanych zostało ponad 50 bimbrowni. Niekiedy ich właściciele zmuszani byli do kąpania się w beczce zacieru lub picia dużych ilości samogonu własnej produkcji, co skutecznie odstraszało ich od powrotu do haniebnego procederu.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy



Podziemie w wojnie z alkoholem

"Zakazuje się wszelkiego używania alkoholu przy pełnieniu funkcji organizacyjnych lub urzędowych. Osoba używająca alkoholu podczas służby powinna być zawieszona w pełnieniu funkcji, a w razie stwierdzenia stanu pijaństwa ma być usunięta z piastowanego stanowiska" - rozkaz gen. Antoniego Chruściela (ps. "Monter") nie pozostawiał żadnych wątpliwości: Polskie Państwo Podziemne nie zamierzało tolerować pijaństwa. Dowództwo Armii Krajowej szybko wypowiedziało wojnę bimbrownictwu i alkoholowi w ogóle, zdawało sobie bowiem sprawę z licznych kłopotów powodowanych rozpijaniem przez Niemców polskiego społeczeństwa.

Najsurowiej karano samych żołnierzy, którzy dopuszczali się pijackich wybryków czy przejawiali choćby najmniejsze oznaki nietrzeźwości. Nagany, dodatkowe warty, hańbiący zakaz noszenia pasa głównego czy trwające czasem kilka godzin "stójki pod karabinem" - to tylko niektóre z form dyscyplinowania żołnierzy AK sięgających po alkohol. W przypadkach rażącego naruszenia obowiązujących norm i zasad stosowano sądy polowe, niekiedy karząc śmiercią.

Taki właśnie los spotkał Ryszarda Ambruza (ps. "Ryś"), który pod wpływem alkoholu zastrzelił konia gospodarzowi, u którego gościł z akowskim oddziałem, a podczas przeprawy przez rzekę postrzelił w rękę przewodnika. W czasie wieczerzy wigilijnej 1943 roku zagroził odebraniem życia mjr Zygmuntowi Szendzielarzowi (ps. "Łupaszko"), dowódcy walecznej 5. Wileńskiej Brygady AK zwanej "Brygadą Śmierci". Jeszcze tej samej nocy decyzją mjr "Łupaszki" "Ryś" postawiony został przed sądem polowym, który po całonocnej rozprawie skazał "Rysia" na śmierć. Wyrok przez rozstrzelanie wykonano nieopodal wsi Pracuty.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy



Całkiem inną sprawę, jednak znacznie większej wagi, rozpatrywał żołnierz AK ps. "Baryka", który został powołany na przewodniczącego sądu wojskowego 6. Wileńskiej Brygady AK. Był najprawdopodobniej pochodzenia żydowskiego i w partyzantce szukał schronienia przed niemieckimi prześladowaniami. Przed wojną sprawował natomiast funkcję sędziego, co zaważyło o decyzji jego dowódcy. 11 czerwca sąd polowy pod jego przewodnictwem skazał na karę śmierci dowódcę jednej z drużyn "Wiewiórkę" "za niesubordynację i rozpijanie podwładnych". Został on osądzony publicznie, wyspowiadany i zaraz potem rozstrzelany.

Przegrana bitwa

Zdaniem przeważającej części historyków, bitwa o trzeźwość narodu była jedną z tych bitew II wojny światowej, którą Polskie Państwo Podziemie niestety przegrało. Jak pisał cytowany już powyżej Jerzy Ślaski, stało się tak "(...)przede wszystkim dlatego, iż nie udało się od wódki uchronić szerokich warstw młodzieży, która - przedwcześnie dojrzała i wyemancypowana, często pozbawiona opieki rodziców i zdobywająca samodzielnie środki utrzymania - uważała, że jeśli okupacja obciążyła ją obowiązkami dźwiganymi kiedyś wyłącznie przez dorosłych, to wolno jej korzystać również i z praw, jakie dorosłym przysługują. Łącznie z prawem do picia".

Czytaj też: Operacja Kwantuńska. II wojna światowa wciąż trwa

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy




Bibliografia:
J. Ślaski, Polska Walcząca, Warszawa 1990
D. Fikus, Pseudonim "Łupaszka". Z dziejów V Wileńskiej Brygady Śmierci i mobilizacji Ośrodka Wileńskiego Okręgu AK, Warszawa 1990
L. Kania, Organizacja i funkcjonowanie podziemnego wymiaru sprawiedliwości na Wileńszczyźnie w latach II wojny światowej (1990-1945), Sulechów 2010

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!