Sylwestrowa premiera w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, sztuka Kena Ludwiga "Dajcie mi tenora!" okazała się sukcesem artystycznym i frekwencyjnym, o czym może świadczyć nadkomplet widzów na każdym spektaklu.

Jest rok 1934. Opera w Cleveland obchodzi 10 - lecie istnienia. Gwiazdą jubileuszowego koncertu ma być światowej sławy włoski śpiewak i celebryta, Tino Merelli, odtwórca tytułowej partii w operze "Otello". Na jego przyjazd w luksusowym apartamencie oczekuje dyrektor teatru operowego, Henry Saunders, który w występie śpiewaka upatruje szansy dla kierowanej przez siebie placówki (a także dla siebie samego) i jego córka Maggie, wielbicielka talentu Włocha, która gotowa jest mu oddać to, co dziewica ma najcenniejszego. Towarzyszy im zakompleksiony, potulny Max, podkochujący się w córce dyrektora, odrzucającej jego umizgi i oświadczyny. Tymczasem gwiazda spóźnia się, a kiedy wreszcie przyjeżdża okazuje się, że nie wiadomo, czy będzie mógł wystąpić, ponieważ z przejedzenia ma problemy z... gazami. Śpiewakowi towarzyszy rozkrzyczana żona Maria, która w przeciwieństwie do uwielbiających go fanów, ma serdecznie dość męża i po kolejnej awanturze postanawia ostatecznie zakończyć związek z egocentrycznym i zaniedbującym ją Tino. Ten w geście rozpaczy zażywa lekarstwo, po którym zapada w letarg. Zrozpaczony dyrektor Saunders popada w czarną rozpacz i widząc oczyma wyobraźni swoją totalną klęskę postanawia ukryć fakt domniemanej śmierci tenora i poszukać zastępcy śpiewaka. I znajduje - w osobie swojego pomocnika, a głównie obiektu uzewnętrzniana swoich frustracji i złych nastrojów, czyli w Maxie. Ten ratuje sytuację, a tym samym pozycję swojego pryncypała: jubileuszowa premiera "Otella" Verdiego kończy się sukcesem. W międzyczasie budzi się z letargu właściwy Tino Merelli i wtedy następuje w sztuce "Dajcie mi tenora!" autorstwa Kena Ludwiga (m.in. "Crazy For You") typowe dla fars i komedii pomyłek nagromadzenie sytuacji typu qui pro quo, zabawnych sytuacji, także o zabarwieniu erotycznym, bowiem o względy Tina Morelli starają się dwie inne, mocno leciwe damy z temperamentem.

Warto przypomnieć, że polska prapremiera tej sztuki Ludwiga miała miejsce nie gdzie indziej, a w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu 20 lat temu, a reżyserował ją jako "Nagłe zastępstwo" ówczesny dyrektor tej sceny, Wojciech Kępczyński (dziś: Teatr Muzyczny Roma w Warszawie), a rolę Maggie grała w pierwszych przedstawieniach Małgorzata Foremniak (wówczas: Jędruszczak). Obecne przedstawienie w świetnym przekładzie Elżbiety Woźniak reżyseruje Marcin Sławiński, który karierę aktorską rozpoczynał pod okiem Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym, natomiast reżyserską - wystawieniem "Kompotu" Kofty i Rychtera właśnie w teatrze radomskim. Sławiński ma ogromne doświadczenie w wystawianiu sztuk o charakterze komediowo - farsowym (dość przypomnieć, ze często współpracuje on z czołową sceną tego rodzaju, jaką jest w Polsce warszawski Teatr Kwadrat), nic więc dziwnego, że wprawną ręką poprowadził aktorów, którzy brawurowo zrealizowali jego pomysły reżyserskie. Zwłaszcza panowie w sztuce "Dajcie mi tenora!" mają ogromne pole do aktorskiego popisu, które w pełni wykorzystali. Na pierwszym miejscu należy wymienić Łukasza Mazurka w roli Maxa. Bezapelacyjnie jest on gwiazdą tego przedstawienia, nie tylko dlatego, że świetnie pokazuje przemianę swego bohatera z fajtłapowatego, zahukanego przez dyrektora "chłopca do wszystkiego" w świadomego swojego talentu i możliwości artystę. A jak Mazurek śpiewa! I arię Otella, i pieśń "Mamma son tanto felice", i "La donna è mobile" czy wreszcie "Brunetki, blondynki"! Rewelacja! Dodajmy: na żywo. Jarosław Rabenda jest jako dyrektor teatru raz bardzo władczy, innym razem potulny (gdy ma w tym interes), czasem diaboliczny. Aktor wykorzystuje niezwykle udatnie swój talent komediowy i vis comica, którą został obdarzony przez naturę.

Z kolei Wojciech Wachuda gra rolę boya hotelowego, niespełnionego torreadora, którym chciał zostać pod wpływem uwielbienia dla opery "Carmen". A przy tym Bellhop Wachudy, operującego ogromnym talentem aktora charakterystycznego i umiejętnościami pantomimicznymi jest jedyną postacią, która zachowuje w całej zaistniałej sytuacji swój honor i godność, nie boi się dyrektora, ceni Merelliego, ale bez gotowości utraty czci z tego powodu. W roli gwiazdy opery występuje w radomskim teatrze Piotr Kondrat; jest nieco safandułowaty, zarozumiały i próżny. Jego żonę nakreśloną nieco nazbyt zgodnie ze stereotypem Włoszki (krzykliwa, gderliwa, skrzywdzona, a jednak skłonna do wybaczeń) gra Katarzyna Dorosińska. To chyba najwyrazistsza postać żeńska w tym przedstawieniu, choć dobre momenty mają też: Iwona Pieniążek jako Julia, Maria Gudejko (Maggie) i Izabela Brejtkop występująca w roli Diany.

Klimat przedstawienia w Teatrze Powszechnym w Radomiu tworzą również kostiumy Justyny Chruślickiej wzorowane na toaletach pań z lat 30. (brawa także za kostium Otella) i scenografia Wojciecha Stefaniaka, skonstruowana w ten sposób, że widz może obserwować akcję rozgrywającą się w dwóch pomieszczeniach jednocześnie. Jest jeszcze właściwie dobrana muzyka. Generalnie bardzo zabawne, gwarantujące dwie godziny przedniej zabawy, przedstawienie, utrzymane w dobrym tempie, dynamiczne, zasłużenie nagradzane brawami przy otwartej kurtynie i przywoływaniem aktorów (także oklaskami) do wielokrotnych ukłonów.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!