Czy żeby zostać amerykańskim prezydentem, wystarczy być: a) przystojnym, młodym i opalonym; b) wpływowym bogaczem; c) przekupnym karierowiczem; d) wystarczy być!

Poznajcie Losa. Los jest ogrodnikiem w domu Starego Człowieka i mieszka w Nowym Jorku. Cały jego dobytek stanowią grabie, konewka i pilot od telewizora. Nie umie pisać ani czytać, nie płaci podatków, nie posiada aktu urodzenia, dowodu osobistego, prawa jazdy czy jakichkolwiek krewnych. O tym że w ogóle żyje, świadczy jedynie fakt, iż stoi przed nami w dobrze skrojonym garniturze przywołującym modę lat dwudziestych. „Dopóki nie patrzy się na ludzi, ludzie nie istnieją” - mówi. On sam zaistniał z chwilą śmierci swojego pracodawcy - zmuszony opuścić ogród, stanął twarzą w twarz ze światem, znanym do tej pory jedynie z ekranu telewizora. Tak zaczyna się powieść Jerzego Kosińskiego „Wystarczy być”.

Życie jest stanem umysłu


„Nazywam się Elizabeth Eve Rand” – powiedziała pewna bogata dama, chwilę po tym jak potrąciła samochodem Losa opuszczającego posiadłość. „A ja Los. - wyjąkał, a ponieważ kobieta wciąż patrzyła na niego wyczekująco, dodał: - Los ogrodnik...”. „Ross O'Grodnick?” - upewniła się, nie zdając sobie sprawy, iż właśnie powołała do życia nowego człowieka. I tak Los stał się Rossem i rozpoczął karierę „od pucybuta do milionera”.

Poddając się rehabilitacji w posesji sprawczyni wypadku, mężczyzna poznaje jej wysoko postawionego męża, znajomych z wyższych sfer, aż w końcu samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Z dnia na dzień staje się duszą towarzystwa, znaną postacią śmietanki politycznej i obiektem pożądania wszystkich kobiet. Ten niespodziewany awans do elity społeczeństwa zawdzięcza zasadzie „bądź sobą”. Nie kreuje swojego wizerunku, nie stawia żadnych celów, nie zadaje pytań, skupia się na robieniu mądrych min, uśmiechaniu i pozdrawianiu wszystkich dookoła. Co jakiś czas wtrąci parę słów o przyrodzie bądź ogrodach, które zostają wyniesione do rangi prawdy objawionej. Gardzi sukcesem, pozostaje obojętny na zainteresowanie mediów i obcych ludzi, a na występy w telewizji godzi się jedynie dlatego, że „chciał zamienić się w obraz i znaleźć wewnątrz odbiornika.”

Akceptujemy nieuchronną zmienność pór roku, a martwią nas zmienne koleje naszej ekonomii! Jacyż z nas głupcy!


Moment, w którym Ross wkracza na scenę polityczną to czas kryzysu – okres więc nam bardzo bliski. Politycy prześcigają się w obietnicach, planach pięcioletnich i metodach na cud gospodarczy. A co robi O'Grodnick? Zaproszony do telewizyjnego show na pytanie o obawy związane ze stanem rynku mówi: „W ogrodzie wszystko rośnie, ale żeby rosnąć, musi wpierw obumrzeć; żeby drzewa były silne, grube i wysokie i żeby mogły wypuścić nowe pędy, najpierw muszą stracić stare liście. Niektóre drzewa usychają, ale na ich miejsce wyrastają młode. (...) Po pewnym czasie nadchodzi wiosna i ogród rozkwita na nowo.” Wywołuje to falę podniecenia i zachwytów nad elokwentnym finansistą, wręcz mężem stanu. Mamy więc absurdalną sytuację: bezpretensjonalny analfabeta króluje nad zastępami uczonych z Białego Domu, z prezydentem na czele.

Tłem opowiadania jest przedstawienie agonalnego stanu relacji międzyludzkich i karykatura
ogłupionego przez mass media społeczeństwa. Ludzie nie potrafią się komunikować, żyją w lęku i obawie przed własnymi uczuciami. Wykorzystują innych, dopasowując ich zachowanie do własnych potrzeb. Widać to na przykładzie Rossa - jako tabula rasa pozwala innym nadawać mu konkretne cechy i w zależności od potrzeb widzieć w nim genialnego mówcę albo pociągającego amanta.

Wiedział, że nie musi się niczego obawiać, gdyż wszystko ma ciąg dalszy, i że jedynie, co może w tej sytuacji zrobić, to czekać cierpliwie.


Obserwując prostolinijne zachowanie O'Grodnicka przed oczami mam Forresta Gumpa. Bohatera z pudełkiem czekoladek, który mimo opóźnienia w rozwoju pokazuje, że prowadząc zwykłe, szare życie w zgodzie ze swoimi zasadami i sumieniem, może osiągnąć sukces. On i Ross zaskarbiają moją sympatię biorąc życie takim jakie jest, nazywając rzeczy po imieniu, mówiąc otwarcie o swoich potrzebach i oczekiwaniach. Tej zdolności im zazdroszczę, gdyż ja przed podjęciem decyzji obowiązkowo robię bilans zysków i strat, analizuję każde posunięcie, szukam ukrytych podtekstów, a wyznanie komuś czegoś niemiłego poprzedzam tygodniowymi przygotowaniami.

Przewracam dalej kartki książki i zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie, gdyby wychowała mnie jedynie telewizja. Czy tak jak Los traktowałabym życie jak rolę w filmie czy serialu, gdzie trzeba dać z siebie wszystko i nie oczekiwać niczego, bo kto inny jest scenarzystą i reżyserem? Ta teoria mnie przekonuje i koresponduje z imieniem „Los”, które odczytuje jako sugestię, że aby sięgnąć szczytu wystarczy poddać się przeznaczeniu, prostu być. W momencie gdy chcemy czegoś więcej, zatracamy powoli sens istnienia i przekreślamy swoje szanse na spełnienie.

American Dream


Z bagażem nowych doświadczeń i spostrzeżeń rozważam, czy ta historia mogłaby wydarzyć się w Polsce. Byłam pewna, że nie, do momentu gdy przed oczami stanął mi turecki sweterek i jego właściciel Krzysztof „Nie będzie niczego” Kononowicz. Całe szczęście „skazany na sukces” był on jedynie w mediach i żadna agencja PR-owska nie doprowadziła go prezydencki fotel. Służsznym skojarzeniem jest za to „Kariera Nikodema Dyzmy”. W końcu to dzięki tej historii Jerzy Kosiński obmyślił plan, jak zrealizować swój amerykański sen. „Wylądował w Stanach w ulewnym deszczu, bez niczego, prócz sprytu i inteligencji” - pisał o autorze James Park Sloan. Niedługo potem Kosiński, dzięki intratnej znajomości z zamożną kobietą, wiódł barwne życie gwiazdy. Kwestia tego, czy jedynie wzorował się na Dyzmie i dokonał autobiografizacji życia czy też splagiatował powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, pozostaje nierozstrzygnięta. Sytuacja ta tym bardziej budzi kontrowersje, że już pierwszy utwór („Malowany ptak”) był co najmniej pracą zbiorową, ale z figurującym nazwiskiem jedynie Jerzego. Ale rodzi też podziw, jak z Żyda polskiego pochodzenia zrobił z siebie sławnego celebrity.

„Wystarczy być” jest doskonałą przypowieścią na trudne lata kryzysu. Lekki język i sytuacje takie jak dialog Rossa z dziennikarzem: „Nie umiem czytać” - „Nic dziwnego! A kto dziś ma czas na czytanie?” czy klęska akcji służb specjalnych: „Towarzyszu ambasadorze, zbadanie przeszłości O'Grodnicka okazało się
zadaniem nader trudnym dla agentów sekcji specjalnej, tak trudnym, że w wyniku tej pracy straciliśmy jednego z naszych ludzi.” wywołują szczery uśmiech. Do kompletu polecam film o podobnym fenomenie, czyli „Slumdog. Milioner z ulicy" i gwarantuję pełne optymizmu spojrzenie na słupki giełdowe.

„Wystarczy być” - Wydawnictwo Albatros, 2004
„Wystarczy być” - reż. Hal Ashby, Warner Bros, 1979

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!