Na początku była książka W. Bruce'a Camerona, a potem powstał film, który od połowy lutego 2017 roku jest wyświetlany na ekranach polskich kin. Okazał się najchętniej oglądaną premierą pierwszego popremierowego weekendu.

Reżyserem filmu "Był sobie pies", bo o nim mowa, jest szwedzki twórca Lasse Halström, autor tak znakomitych filmów, jak "Co gryzie Gilberta Grape'a" z Johnnym Deppem i Leonardo DiCaprio czy "Czekolada" z Juliette Binoche. Reżyser był trzykrotnie nominowany do Oscara (m.in. za film pod tytułem - nomem omen - "Moje pieskie życie" z 1985 roku), co dobrze wróżyło jego najnowszemu obrazowi już od samego początku. I choć zapewne nie znajdzie się on wśród nominowanych do najważniejszej nagrody amerykańskiej Akademii Filmowej, to widownia zagłosuje nogami i "Był sobie pies" znajdzie swoich oddanych odbiorców, którzy obejrzą film nawet nie jeden raz.

Film Lasse'a Halströma jest bowiem po mistrzowsku zrealizowanym przykładem kina gatunkowego, przeznaczonego tak dla młodych, jak i nieco starszych widzów. Dystrybutor reklamuje film jako komedię przygodową, ale nie brak w nim elementów wywołujących silne emocje, z ronieniem łez włącznie. Narratorem opowieści i jej głównym bohaterem jest pies (w polskiej wersji językowej znakomicie kreuje go Marcin Dorociński), który jako szczeniak zostaje przyjacielem chłopca imieniem Ethan (gra go dwóch młodocianych aktorów: Bryce Gheisar i K.J.Apa). Bailey (tak chłopiec nazwał swojego towarzysza) towarzyszy mu w codziennym życiu i w jego kolejnych, nie zawsze przyjemnych, momentach. Historia chłopca i psa toczy się na przestrzeni wielu lat (dorosłego Ethana gra Dennis Quaid, znany z takich filmów, jak "Pojutrze" czy "Traffic), podczas których czworonóg przechodzi kolejne reinkarnacje, stając się z rudego retrievera owczarkiem niemieckim płci żeńskiej w służbie chicagowskiej policji czy wreszcie corgiem, który przyczyni się do znalezienia przez swoją panią, Mayę (w polskim dubbingu: Zofia Zborowska) miłości życia. Aż wreszcie losy psa i jego pierwszego pana zatoczą koło i ... Finał łatwo przewidzieć, bo amerykańskie kino lubi happy endy.

A przy okazji widz dowie się, jaki jest sens i cel współistnienia człowieka i psa, na czym polega istota psiej natury, co czworonoga smuci, a co bawi. Wszystko to podane w sympatycznej, przyjemnie się oglądającej formie, nawet jeśli czasami zbyt wyraźnie widać na ekranie ingerencję komputerowca w animacji tytułowego bohatera.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!