"CARMEN - sztuka na dziesięć telefonów komórkowych" opowiada o ludziach, miłości i jednym z cudów techniki: telefonie komórkowym. Przez jednych bywa on nazywany oknem na świat, a przez innych smyczą. Czy potrafimy bez niego się obejść? Co jest nam naprawdę potrzebne do życia?

Spektakl rozpoczyna Japończyk, który zmierza pospiesznie w kierunku sceny i równocześnie prowadzi ożywioną dyskusję przez telefon komórkowy. Można by pomyśleć, że to jakiś mało kulturalny widz zapomniał w jakim miejscu się znajduje. Ten aktor rzuca się w oczy, nie tylko z powodu odmiennych rysów. On nie tylko świetnie moduluje głos, ale stwarza atmosferę zabawy formą w przestrzeni, pomiędzy niewidoczną dla nas widownią i sceną operową. To właśnie w tym miejscu rozgrywa się akcja klasycznej opery George’a Bizeta "Carmen".

Słuchając rozmów telefonicznych, dostrzega się dramat, jaki przeżywają bohaterowie poszczególnych epizodów. Właściwie ich miłosne perypetie są odzwierciedleniem dziejów pięknej Carmen i nieszczęśliwie zakochanego Don Josego. Podobnie, jak tragiczne postaci z klasycznej noweli, która stała się kanwą do libretta, ludzie z opery nie potrafią poradzić sobie z uczuciami. Są równie śmieszni, zagubieni i bezradni, jak zabita nożem Cyganka i zniewolony przez nią jej morderca, dezerter Don Jose.

Nawet krytyk muzyczny, znakomicie zorientowany w partyturze muzycznej i akcji teatralnej nie wyciąga z tej smutnej historii żadnych wniosków, które mogłyby być pomocne w relacjach z żoną. Dzwoni do niej, błagając o możliwość powrotu do ich syna, pomimo że odszedł z domu, zabierając tylko ulubionego kota Pavarota.

Wydaje się, że każdy użytkownik telefonu komórkowego wygłasza monolog zwycięzcy i zdobywcy ludzkich serc. Stwarza przy tym pozory szczęśliwego człowieka, a przynajmniej zadowolonego z relacji, jaką udało mu się nawiązać z drugim partnerem. Wkrótce okaże się jednak, że spokojna konwersacja przekształca się w kłótnię z tymi, na których kochającym ludziom bardzo zależy. Wszyscy w tych rozmowach kłamią, manipulują, oszukują, prowadzą misterne intrygi, a wszystko po to, by mieć poczucie władzy nad bliźnimi.

Czytaj więcej -->

Mąż, zapraszający do domu ważnych gości, odgrywa przed małżonką rolę mistrza ceremonii, choć w istocie jest pilnującym porządku w teatrze szaraczkiem. Nie przeszkadza mu to jednak wbić się we frak i wyglądać w nim, jak dyrektor opery. Stwarzanie pozorów doskonałości nieźle wychodzi też aktorce, która przeżywa gehennę, dowiadując się, że pozostało jej kilka miesięcy życia. Na szczęście diagnoza okazała się błędna, ale miłosne problemy nadal pozostały realne i prawdziwe, aż do bólu.


Najdotkliwiej poznał je narkotyzujący się tancerz, który jest zazdrosny o pozostającą w mieszkaniu narzeczoną. Słusznie przeczuwa, że w końcu porzuci żałosnego ćpuna dla innego. Z monologów i telefonicznych rozmów nie dowiadujemy się, od czego zależy szczęście i powodzenie w miłości. Ani wiek, pozycja partnera, ani jego bogactwo czy uroda nie decydują ostatecznie o atrakcyjności.

Nie ma pewności, że jest to prawda, ale choć sztuka z definicji oznacza iluzję, gdzieś pomiędzy słowami każdy odnajdzie jakąś własną wartość.

Esther Vilar "Carmen sztuka na dziesięć telefonów komórkowych"
Tłumaczenie: Jacek Kaduczak
Reżyseria: Robert Talarczyk
Scenografia: Dorota Banasik
Choreografia: Katarzyna Zielonka
Aranżacja muzyczna: Agnieszka Putkiewicz
Kostiumy: Małgorzata Bursztynowicz

Występują: Anna Gornostaj,Maria Niklińska, Joanna Trzepiecińska, Jacek Bończyk, Hiroaki Murakami, Bartosz Obuchowicz/ Artur Pontek, Krzysztof Tyniec.


Do Wiadomości24 możesz dodać własny tekst, wideo lub zdjęcia. Tylko tu przeczyta Cię milion.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!