Sztuka jest piękna, z tym zgodzi się chyba każdy, jednak dusza artysty podąża różnymi ścieżkami, a gdy w imię czyjejś twórczości zaczynają cierpieć niewinne istoty, mamy do czynienia nie z talentem, lecz z obłędem.

Co wtedy, gdy twórca zatraca się w swej oryginalności i zamiast rzeczy doskonale pięknych ukazuje nam widoki makabryczne, często ocierające się o zbrodnię? Co jeżeli artyzm zamienia się w szaleństwo? Bo jedynie tak można nazwać sztukę uprawianą przez Guillermo Habacuc Vargasa i jemu podobnych artystów. Otóż ów kostarykański artysta zorganizował wystawę, na której główną atrakcją był umierający z głodu pies. Vargas przed występem głodził i nie dawał nic do picia choremu zwierzakowi, aby potem przywiązać go sznurem do ściany i pokazywać światu potworny Danse Macabre.

Natividad – bo tak na imię miał ów pies, zdechł na oczach tysiąca odwiedzających, lecz, co najstraszniejsze, w nikim nie wzbudziło to oburzenia. Widzowie wydawali się wręcz podziwiać potworną wystawę, a sam pseudoartysta został nagrodzony i wybrany do reprezentowania w 2008 roku swego kraju podczas Bienale Ameryki Centralnej. Choć nie wywołało to sprzeciwu publiczności, jednak internauci, którzy mają jeszcze resztki artystycznego smaku i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, zbuntowali się i rozesłali po sieci petycję mającą na celu odebranie Vargasowi zaproszenia na imprezę. Oto link do petycji - jeśli ktoś zechce wypełnić (dla ułatwienia - trzecia rubryka to miasto, a czwarta to kraj).

Ale przypadek Vargasa nie jest odosobniony. Kolejnym przykładem maltretowania zwierząt w imię szeroko pojętej sztuki jest węgierski film Álszent (The hypocrite), gdzie reżyser w imię wolności artystycznej postanawia utopić małego kotka. Fragment wstrząsnął mną dogłębnie i dokończyłem go oglądać tylko dlatego, że chciałem rzetelnie przedstawić fakty. Kot został utopiony naprawdę, przez półtorej minuty patrzyłem, jak walczy o życie, będąc trzymanym przez oprawcę w wannie pełnej wody. Zwierzę nie miało żadnych szans i z każdą sekundą było bliżej śmierci, aż z braku tlenu straciło świadomość, mięśnie się rozluźniły i kot podryfował na dno, będąc już tylko truchłem, w którym niegdyś istniało życie. Nie będę tutaj pokazywał tego filmu, bo jest taki, że prawie zgniotłem szklankę w dłoni oglądając to. Zainteresowanych odsyłam na blog autora, na którym znalazłem ten właśnie film, oraz zdjęcia z wystawy Vargasa. Osoby o wrażliwych duszach lepiej jednak niech go nie odtwarzają, gdyż film jest naprawdę przygnębiający.

Pozostając przy filmie trzeba zaznaczyć, że w polskim kinie również zdarzają się podobnie drastyczne sceny. W filmie „Popioły” Andrzeja Wajdy możemy obserwować scenę zrzucenia konia ze skały. Podobno kino wymaga poświęceń, ale czy aż takich, abyśmy musieli oglądać prawdziwą śmierć konia? Albo tak jak w filmie „Flisacy”, gdzie w okolicach Zakopanego podpalono czternaście żywych owiec, na co zezwoliła węgierska reżyser Judith Elek...

Wspomnę także o „Antychryście”, gdzie przed kamerą odbywa się tragedia już nie tyle zwierzęcia (choć to także), lecz dziecka. Scena, gdzie kilku chłopców łowiących karpie w górskim potoku (sic!) następnie rzuca nimi, gryzie je i bije, nie pozostaje bez wpływu na ich psychikę. Chłopcy wgryzają się w karpia, który cały czas żyje. Co chłopiec wyniesie z udziału w takim filmie?

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!