Bon Iver w czasie koncertu na Open'erze Bon Iver w czasie koncertu na Open'erze

Bon Iver w czasie koncertu na Open'erze. (© Piotr Skrzypek/W24)

Cztery dni Openera w nowej dekadzie jego istnienia przebiegły w ramach znanego już scenariusza: hektolitry deszczu, brodzenie w błocie, fantastyczna festiwalowa atmosfera, dobra muzyka i... kilka artystycznych innowacji wysokiej jakości.

11. rok swojej pracy organizatorzy Open'era świętowali w nieco odświeżonej i bogatszej formule, która, jeśli zdoła się utrzymać, ma szansę poprawić jeszcze notowania imprezy i przyciągnąć nową publiczność. Strzałem w dziesiątkę okazały się spektakle "Aniołów w Ameryce" - przez cztery dni festiwalu od godz. 12 przez 6 godzin odbywały się spektakle, na które niezwykle trudno było się dostać (nie miałam tego szczęścia), które zebrały entuzjastyczne recenzje. Podobnie wypełnione były przestrzenie drugiego teatru, w którym rozgrywała się nowoczesna sztuka "Before Your Eyes", równie pochlebnie oceniana przez tych, którzy dotarli i zobaczyli na własne oczy. Publiczność dostała bogatą ofertę - poza teatrami, jak co roku zbudowano kameralne kino ze świeżymi dokumentami. Swoje ubrania pokazywali również młodzi projektanci, a w jednym z hangarów, zamiast nieodłącznych DJów, stworzono przenośną wersję Muzeum Sztuki Nowoczesnej z bardzo ciekawą wystawą, traktującą w różny sposób o muzyce. Ci więc, którzy nie lubią brodzenia w błocie i festiwalowych ulew, mieli się gdzie schronić i czym karmić zmysły przez te cztery dni.

Dla wytrwałych przygotowano jednak niezły zestaw muzyczny. Dzisiaj napiszę o tych, którzy zrobili na mnie największe wrażenie, dzień po dniu:

1. Bon Iver - oczywistością było, że świeżo upieczeni zdobywcy nagrody Grammy wzbudzą ogromne zainteresowanie wśród publiczności swoim i tak za późnym przyjazdem do Polski. Zajęło im to zdecydowanie o kilka lat za długo, niemniej jednak warto było czekać na tak piękny występ: w organicznie zaaranżowanej przestrzeni, na tle płóciennych girland i z efektownym, minimalistycznym oświetleniem zielonych lamp tranzystorowych. Naturalizm muzyki łączył się idealnie z dekoracją, powstała nowa rzeczywistość, nowa jakość na scenie: muzycy z lekkością improwizowali, przeformułowywali kompozycję, nadając im jeszcze bardziej efemeryczną i delikatną formę, niż tę znaną z płyt. Fenomenalnie wypadł też kontrast tych niebywale subtelnych i misternych, utkanych z wielu drobnych elementów kompozycji, ze sporadycznymi crescendami, z wybuchami lekko jazzujących improwizacji, eksploatujących bogate instrumentarium zespołu i jego potencjał wokalny (tyle świetnych falsetów w jednym zespole!). Bon Iver uczynili chłodny wieczór niezwykle przyjemnym doznaniem (w końcu to zespół na dobrą zimę), dowodząc swojej wielkości i przybijając pieczęć na prestiżu. Cała lista była wybrana i zagrana przecudnie, ale najbardziej emocjonującym i przyprawiającym o dreszcze momentem było odegranie z rosnącym napięciem "The Wolves" z pomocą publiczności - skończone kakofonią wokali i dźwięków, hałaśliwie i dramatycznie, przepięknie po prostu.
2. Public Enemy - nie jestem znawczynią tej chodzącej i wciąż działającej legendy hip-hopu, ale spotkanie na żywo z ich muzyką było absolutnie przekonującym momentem, co do geniuszu i wielkości tych panów. Doskonały, długi występ przekrojowo pokazywał twórczość zespołu (po 81 trasach wreszcie dojechali do Polski po raz pierwszy, więc musieli podejść do swojej publiczności w miarę elastycznie) i wplatał kompletnie nowe kompozycje, które niebawem ukażą się na dwóch planowanych w tym roku płytach (jedna już na dniach, druga jesienią trafi do sklepów), urozmaicając je rozrywką i rozmowami ze słuchaczami. A jakość prezentowanej muzyki zawstydza wielu młodych artystów: świetne bity, mnóstwo grania na żywo (gitary, basy, perkusje, dużo energetycznych improwizacji), dobra DJka z popisowymi momentami w wykonaniu Dja Lorda, trochę gry teatralnej i krótkich scenek rodzajowych, oraz przejmujące mowy na temat pokoju i tolerancji na świecie. Cudowny, energetyczny i wciągający koncert, który pozwolił zapomnieć o całym świecie.

3. Mars Volta - sporo obaw budził występ moich ukochanych muzyków, którzy od czasów genialnej płyty "Deloused in the Comatorium" miewali się różnie, szczególnie w kwestii kondycji muzycznej - a na Open'erze miała pojawić się przede wszystkim muzyka premierowa (plus stare "The Widow" i "Goliath" oraz ciekawa interpretacja kawałka Marianne Faithful "Broken English"). Mars Volta po latach wahań nastrojów wrócili na dobrą ścieżkę. Zagrali doskonały koncert, wystrzelając ponad poziomy i standardy prezentowane przez resztę muzyków o całe galaktyki: przepiękny, mniej może eksperymentalny i niepokojący, a bardziej progresywny, rockowy koncert niż za dawnych czasów, z cudowną jednak instrumentalizacją, z mnóstwem ciekawych wpływów, jazzowych organów, solówek, wokalnych popisów (Cedrik nie wił się co prawda aż tyle, co za dawnych czasów, wokalistą jest jednak wciąż genialnym). Jak zwykle nie było przerw między utworami, nie dano nam więc szansy na wymknięcie się z budowanej przez nich atmosfery. Ja wsiąknęłam kompletnie.

4. Świetliki - nie wiem dlaczego w towarzystwie bandy ignorantów (jedna tysięczna według szacunków Świetlickiego była zorientowaną publicznością, reszta przyszła zapewne dlatego, że nic ciekawszego nie grało, a koncert był w namiocie, na zewnątrz zaś ulewa, więc nawet piwo odpadło i został tylko Świetlicki), wokalista tegoż zespołu czuł się wyjątkowo dobrze i aż promieniał dobrym nastrojem (rzadka to przypadłość w jego przypadku), co niewątpliwie przełożyło się na jego jakość. Nie dość, że muzycy wypadli fantastycznie i zagrali po prostu wyjątkowo dobry koncert, to jeszcze sporo dowcipów, gagów, papierosów i doskonałych tekstów wpłynęło na atmosferę, której nawet zagłuszający Świetlickiego deszcz nie był w stanie zepsuć. A i nowa płyta zapowiedziana została ciekawie.
5. Janelle Monae, która niestety zagrała wtedy co Mars Volta, i której koncertu widziałam tylko ostatni kwadrans, była w tym krótkim czasie zachwycająca. Big bitowe, taneczne improwizacje, fenomenalny wokal, bardzo stylowe aranżacje i tłum doprowadzony do wrzenia. Nie byłam przekonana czy ten popowy talent wykaże się czymś więcej na żywo, niż przyjemnym acz banalnym graniem, i było to przyjemne zaskoczenie. Niech wraca jak najszybciej.

O tym, kto jeszcze zagrał nieźle, a kto zawiódł, w następnych odsłonach relacji.

Znajdź nas na Google+

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!