Pewnego pięknego poranka kilka lat temu, dopadła mnie dojmująca myśl, że o czymś zapomniałem. Długo rozglądałem się po pokoju i błądziłem po mieszkaniu w poszukiwaniu tego czegoś.

W końcu mój wzrok trafił na kalendarz. W kalendarzu czerwonym mazakiem zaznaczone było kilka dat - egzaminy maturalne.

Czas egzaminów

Wpatrywałem się w nie dobrą chwilę, by po chwili zdać sobie sprawę, że jest czerwono, czerwono, czerwono, a potem długo, długo nic. Dotarło do mnie, że czas najwyższy zdecydować, co się będzie robiło w życiu. O Boże, myślę sobie teraz, podówczas doprawdy wierzyłem, że wybór studiów określi moje życie, że kierunek, który wybiorę zdefiniuje kolejne kilkadziesiąt lat mojej egzystencji.

Chodziłem co prawda wcześniej na kursy przygotowujące do egzaminów na stosunki i dziennikarstwo, ale wciąż nie byłem pewien tego kardynalnego (mądre słowo hihi) wyboru. Właściwie to chciałem zrobić rok przerwy. Zrobić cokolwiek, byle mieć chwilę więcej na zastanowienie. Dostałem jednak prikaz, że syn naukę kontynuować ma.

Na pierwszym egzaminie, choć odpowiedzi były w zasięgu ręki, uniosłem się honorem i postanowiłem zdać się na swoje umiejętności. A ch... pomyślałem sprawdzając wyniki, precz z uczciwością! Polakiem jestem i muszę, niczym komandos, wykorzystywać każdą możliwą szansę zdobycia przewagi nad przeciwnikiem (do dziś tak legitymizuję swoje ściąganie - to starcie moich umiejętności i pomysłowości z doświadczeniem i zaciętością wykładowcy). Na drugim egzaminie od początku miałem położone uszy po sobie, czekało mnie kilka części pisemnych, a ja miałem złamaną rękę.

Czas pierwszego podejścia

Koniec, końców, wspólnymi siłami, a właściwie dzięki siłom kumpla, dostałem się na dzienne prawo na uniwerek. Jeden wykładowca miał sprawę o molestowanie, drugiego akurat wywalili z innej uczelni za stawianie ocen na chybił trafił i ukrywanie protokołów. Zakuwanie kodeksów, zajęcia z łaciny, historia prawa... o nie, jestem przeciw! Przerwa zimowa, ja, wino i góry i ta wizja, że oooo mogę wszystko, że nie od razu Rzym zbudowano, że do kilku razy sztuka. Minęło kilka lat i chyba trochę żałuję, że wtedy odpuściłem. Znajomi poodbierali kwity z urzędów pracy, a ja dalej jeżdżę na studenckich biletach.

Czas drugiego podejścia

Presja w domu nie ustawała, zbliżały się wakacje i szybko trzeba było stworzyć nowy plan. I oto nagle wpadła mi w ręce ulotka jednej z niepublicznych uczelni. Znacie to uczucie, kiedy nagle doznajecie olśnienia, nogi miękną, ktoś zapala reflektor, który niczym niebiańska łuna w tandetnym filmie oświetla waszą sylwetkę? Tak miałem. Kierunek: Stosunki Międzynarodowe. Specjalizacja: Studia Strategiczne. A ch...! Po trzech latach większość studentów umiała co najwyżej zająć strategiczne miejsce pozwalające zoptymalizować prawdopodobieństwo pomyślnego zakończenia misji egzaminacyjnej.

Chciałem być tajnym agentem, świat ratować, terrorystów ganiać. Aby mi to ułatwić uczelnia zafundowała m.in. matematykę z genialnym profesorem, który jednak miał problemy z przekazaniem fundamentalnej wiedzy. Już pomijam wiedzę przedmiotową, bo tę jak wiadomo można zdobyć innymi sposobami. Otóż ów człowiek nie bardzo radził sobie z prozą wpisów. Jak pojawił się z pracami o jedenastej przed południem, tak ostatni klienci opuszczali uczelnię kilkanaście minut po północy. Dodam, że tego dnia nie każdy został obsłużony.

Inny człowiek, skądinąd obecnie minister w kancelarii prezydenta, stwierdził podczas wpisów, że studentom kłód pod nogi rzucać nie będzie i wszyscy zaliczyli. A kij ci w... Bo nie po to po nocach siedziałem i walczyłem o swoją trójczynę, żeby byle jełop dostał ją z automatu.

Smutki powpisowe zapijaliśmy na pięterku, z którego jedynie sporadycznie próbowali nas usunąć ochroniarze. Żyliśmy w komitywie - my byliśmy cichutko, im zależało tylko na tym, aby puszki w koszach lądowały. Ihaaa. I tak pewnego dnia, po wypiciu samogonu kumpla ruszyliśmy dziarsko na egzamin i jak przystało na specjalizację, zdobywając strategiczną przewagę nad przeciwnikiem misję wykonaliśmy bardzo dobrze.

A kiedyś na egzaminie wszyscy dostali piątki. No prawie. Nie każdy ma predyspozycje na superagenta. Wykładowca naiwnie pytał czy znaliśmy pytania czy pisaliśmy samodzielnie i nie ściągaliśmy. A ziooomuś miał po prostu do czynienia z ludźmi renesansu - wszyscy na kilka tygodni przed godziną zero siedzieliśmy i się integrowaliśmy. No, z książkami...

Był też taki krągły bałwanek. Kumajcie, wchodzi do sali, nikt nie ma przygotowanej prezentacji, sprawdza listę i wychodzi. Ihaaa.

Licencjat, magister tanio kupię, sprzedam, napiszę itp. itd. Polecam Gumtree.pl jeśli ktoś potrzebuje. Znam promotora, który w ciągu dwóch miesięcy dostał PIĘĆ licencjatów od jednej osoby, z różnymi nazwiskami. Dziarsko stawiał pozytywne oceny, równie dziarsko zachowywali się recenzenci. A obrona? Taki stres, że gdybym nie miał przed sobą indeksu to mógłbym się wyłożyć na pytaniu o imię i nazwisko.

Czas magistra

Licencjat to jednak nie kres moich marzeń, ani moich oczekiwań. Presja trwa, to i ja napieram. Po trzech latach w jednym sosie postanowiłem zmienić otoczenie. Właściwie to nie miałem wyboru, ale to nie jest istotne. W każdym razie robimy magistra!

Idę na inszą niby prestiżową uczelnię. Sami praktycy, ludzie z wieloletnim doświadczeniem w swoich dziedzinach, często ze sporym dorobkiem naukowym. Jestem podekscytowany, może wreszcie na zajęciach będzie można podyskutować z kimś, kto nie będzie twierdził, że Wielkie Księstwo Irlandii jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa.

Egzamin u X z przedmiotu Y. Po to się urodziłem, po to wydałem dwie stówy na książki. Po to zakuwałem. Godzina zero. Wchodzę. Dostaje pytanie. Dzwoni telefon wykładowcy. Ble, ble, ble. Po 5 minutach rozmowy kończy, a ja nawet nie zaczynam. Ale swoje wymarzone bdb dostaję do indeksu. Ihaa.

Wykład. Obowiązkowy, a jakże! Kobieta stoi, puszcza slajdy i jak rasowy syntezator recytuje ich zawartość. Ale slajdów nie prześle, nie może. W sumie... fundamenty jej egzystencji akademickiej ległyby w gruzach.

Gonię zaraz na uczelnię, bo coś podobno utknęło na plagiacie. Żeby nie było, system już dawno rozgryzłem, ale dopiero niedawno mnie oświecili o istnieniu autoplagiatu. Czy oni się jeszcze nie nauczyli, że jak studenciak płaci to mu się nie powinno kłód pod nogi rzucać w drodze do dyplomu?

Kilka lat temu marzył mi się doktorat. Ale teraz piszą, że i doktorat powszednieje. I jak tu być wyjątkowym. Ale student studiów strategicznych się nie poddaje. Student studiów strategicznych cieszy się, że ułatwiają habilitację. Ihaa.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!