Danijel Ljuboja, podobnie jak cała Legia w słabym stylu wszedł w grę w rundzie wiosennej Danijel Ljuboja, podobnie jak cała Legia w słabym stylu wszedł w grę w rundzie wiosennej

Danijel Ljuboja, podobnie jak cała Legia w słabym stylu wszedł w grę w rundzie wiosennej (© Новикова Юлия, CC 3.0)

Przed rozpoczęciem rundy wiosennej polskiej ekstraklasy murowanym kandydatem do zdobycia mistrzostwa Polski była Legia Warszawa. Jednak wzmocnieni w zimowym okienku transferowym Wojskowi są silnym zespołem, ale tylko na papierze. Dlaczego?

Poczynione przed rozpoczęciem rundy rewanżowej wzmocnienia w Legii wskazywały na to, że klub ze stolicy,
będący liderem na półmetku rozgrywek będzie miał drogę usłaną różami do odzyskania tytułu, na który czeka już od 2006 roku. Klub z Warszawy wzmocnił się praktycznie w każdej formacji, osłabiając przy tym konkurencję, czyli Lecha Poznań, lokalnego rywala Polonię i aktualnego mistrza Polski Śląska Wrocław.

Na Łazienkowską sprowadzono z Kolejorza młodego, utalentowanego pomocnika Bartosza Bereszyńskiego, Władimera Dwaliszwiliego, grającego na pozycji pomocnika bądź napastnika i Tomasz Brzyskiego - obaj z Polonii oraz solidnego i bramkostrzelnego, środkowego obrońcę Tomasza Jodłowca ze Śląska. Jakby tego było mało to nowy prezes Legii Bogusław Leśnodorski dogadał się z kibicami i na Łazienkowską wrócił dawno niesłyszany doping. Zatem warunki, które zostały stworzone Legii wydawały się idealne do tego, aby potwierdziła swoją dominację na arenie krajowej.

Pierwsze dwie ligowe kolejki rundy wiosennej wskazały, że potencjał kadrowy Legii wygląda niezwykle okazale, ale tylko na papierze. Natomiast jakość gry i styl prezentowany przez Wojskowych podczas meczów budzi wiele zastrzeżeń i jest materiałem do głębokiej analizy. W praktyce piłkarze z Łazienkowskiej już na początku rundy wiosennej stracili całą swoją przewagę nad grupą pościgową ( z czterech punktów przewagi zostały zaledwie dwa) i tylko wyjątkowemu zbiegu okoliczności i wpadkach rywali zawdzięczają to, że dalej zajmują pozycję lidera.

Wydawało się, że pierwszy mecz podopiecznych Jana Urbana w Kielcach zakończony porażką w słabym stylu 2:3 był tylko wypadkiem przy pracy. Jednak kolejne spotkanie z outsiderem ekstraklasy, GKS-em Bełchatów przed własną publicznością utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że Legia prezentuje katastrofalną formę i nie jest odpowiednio przygotowana do gry. Klub z Warszawy po raz kolejny stracił punkty, tym razem remisując 0:0. Tak słabą grę podopiecznych Jana Urbana ciężko jest racjonalnie wytłumaczyć, o czym wspominał na konferencji pomeczowej sam trener i nie znalazł żadnego usprawiedliwienia na taki stan rzeczy. Dlaczego zatem Legia rozczarowuje i nie gra na miarę oczekiwań swojego kierownictwa i fanów?

Po pierwsze słaba forma Daniela Ljuboji, który jest cieniem zawodnika z rundy jesiennej. Serb nie błyszczy w warszawskim zespole i nie daje zespołowi tyle ile w pierwszej części rozgrywek, kiedy był jej prawdziwym liderem i snajperem przez duże S. Napastnik strzelał niezwykle ważne gole ( uzbierał w sumie aż 10), a także prezentował przy tym efektowne fajerwerki techniczne z korzyścią dla zespołu. Ljuboja bardzo słabo zaprezentował się w Kielcach. Z Bełchatowem było niewiele lepiej, a jego pojedyncze udane zagrania, które można policzyć na palcach jednej ręki to stanowczo za mało jak na zawodnika kreowanego na jedną z największych gwiazd polskiej ekstraklasy.

Po drugie Legia nie ma wcale żadnego pomysłu na grę. W meczu z Bełchatowem kulał bardzo atak pozycyjny. Wystawienie w pierwszym składzie ofensywnego kwartetu Ljuboja - Dwaliszwili - Saganowski - Kosecki nie przyniosło żadnych korzyści w postaci choćby jednego gola! Mimo takiej siły rażenia atak Wojskowych praktycznie nie istniał, a akcje rozgrywane były w ślamazarnym tempie i były łatwe do rozszyfrowania dla rywali. Nie było w nich żadnego elementu zaskoczenia. Wszystko odbywało się na zwolnionych obrotach bez żadnego ładu i składu. Ponadto brakowało także płynności i polotu w grze, zacięcia oraz boiskowej agresji. Gracze Legii wyglądali także bardzo słabo fizycznie i kondycyjnie na tle młodych, grających bez kompleksów zawodników Bełchatowa. GKS na Pepsi Arenie zaprezentował się bardzo korzystnie, a na boisku nie było widać różnicy ani trochę w poziomie gry czerwonej latarni ligi, a aktualnego lidera tabeli.

Po trzecie, fatalna dyspozycja całej defensywy Legii, która nie stanowiła monolitu i popełniała dużo błędów. Panował w niej chaos, a pomiędzy zawodnikami często widoczny był brak komunikacji. Największy problem w grze defensywnej Legii stanowiły także takie elementy jak: bardzo słaba zwrotność obrońców i duże braki kondycyjne każdego z zawodników. Gracze Bełchatowa jak w masło wchodzili w pole karne Legii, stwarzając groźne sytuacje pod bramką Dusana Kuciaka. Ponadto warszawscy obrońcy bardzo rzadko włączali się w akcje ofensywne swojego zespołu. Skrajni obrońcy, po prawej stronie Artur Jędrzejczyk i po lewej Tomasz Brzyski nie byli skorzy do rajdów po obu flankach. Jedynym groźnym elementem po którym Legia była w stanie stwarzać sobie akcje bramkowe były stałe fragmenty gry - rzuty wolne bite przeważnie przez Brzyskiego.

Delikatnie mówiąc, wszystkie te mankamenty nie wystawiają najlepszego świadectwa Legii. Jan Urban ma duży ból głowy i ma nad czym myśleć przed kolejnymi spotkaniami o ligowe punkty. Trenera Legionistów czeka nie lada wyzwanie i ogrom pracy, aby przywrócić Legii blask, a zawodnikom świeżość i polot, którym imponowali przez rundę jesienną. Czy Legia podniesie się po fatalnej wiosennej inauguracji i zacznie w końcu grać na miarę oczekiwań swoich sympatyków i całego zarządu?

Czytaj więcej także na pilkarskapasja.blogspot.com i tylkopilka.pl.

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!