Za nami 10 kolejek, czas wstępnych podsumowań, konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością. Sezon zapowiadany jako krok wstecz, okazuje się całkiem atrakcyjny. Nawet jeśli atrakcyjność ta skrojona jest na miarę przeciętnego poziomu i skromnych możliwości.

- To nie wstyd przegrać z zespołem, który jest murowanym faworytem do mistrzostwa Polski. Takim na 99 proc. - mówił po meczu z Legią Bogusław Kaczmarek. Ten jeden procent niepewności trener Lechii zostawił trudnemu do nazwania po imieniu czynnikowi "X", który pęta drużynę z Łazienkowskiej sznurem niemożności. Dlaczego miałoby się udać tym razem? Jan Urban w swoim drugim podejściu do Legii jest o niebo mądrzejszy, z częścią swoich podopiecznych miał okazję pracować, wie (lub prognozuje z dużym prawdopodobieństwem) jak mogą zareagować na zderzenie z presją, niespotykaną w żadnym innym klubie. Z kluczowymi zawodnikami, którzy pojawili się przy Łazienkowskiej za czasów Macieja Skorży, szybko ułożył sobie współpracę. Ljuboja zaraz pobije swój strzelecki wynik z ubiegłego sezonu, Vrdoljak po wyleczeniu kontuzji znowu jest nie do przejścia. A w poczekalni cała gromada zdolnej młodzieży.

Drugą bramką w meczu z Koroną, Łukasz Teodorczyk zapewnił sobie stałą rubrykę w notesie Waldemara Fornalika, a Polonia utrzymanie pozycji wicelidera. Piotr Stokowiec twardą ręką prowadzi zespół po przejściach. Czym skutkuje złamanie ustalonych przez niego zasad, przekonał się w drodze powrotnej z Bełchatowa Edgar Cani, który popis swojego kolegi z linii ataku oglądał z trybun. Rudowłosy trener to swoją drogą jedna z najciekawszych osobowości w swoim fachu, lektura jego wywiadów to ratunek dla umysłu wertującego obrażające inteligencję sztampowe wypowiedzi większości rodzimych szkoleniowców, o piłkarzach nie wspominając. Na korzyść "Czarnych Koszul" działa to, że nic nie muszą. Wtedy wszystko jest możliwe.

Lech udowadnia, że grając bez napastnika, można mierzyć wysoko. Szarpie, walczy, podziwianie jego poczynań zwykle nie należy do najprzyjemniejszych form spędzania czasu w weekendowe popołudnia, choć zdarzają się fajerwerki typu atomowe uderzenia z dystansu Aleksandra Tonewa. Na pierwszy rzut oka widać zależność Kolejorza od dyspozycji Manuela Arboledy, na dziś najlepszego stopera na polskich boiskach. Efekt? Zaledwie sześć straconych bramek, najmniej w stawce.

Najbardziej zawiedzionym zespołem może czuć się Piast. Odwaga, nie kunktatorstwo, ofensywa od pierwszego do ostatniego gwizdka, nie gra na utrzymanie wyniku - to cechuje zespól Marcina Brosza, chyba najszybciej operujący piłką w ekstraklasie. Co z tego, skoro po dobrym starcie zaliczył cztery porażki z rzędu, z czego dwie (Widzew, Legia) w okolicznościach nadzwyczajnych. Grzegorz Mielcarski przed tygodniem w Lidze Plus Extra zadał celne pytanie: "Kiedy piłkarze z Gliwic przestaną w siebie wierzyć?". Limit pecha wykorzystali na całą rundę. Jako jeden z niewielu beniaminków z ostatnich lat, wnieśli coś pozytywnego do ligowego krajobrazu.
Wisła przechodzi gwałtowny proces degradacji z elity do klasy średniej. Odpowiedzi na pytanie o jego przyczyny nie sformułowano właściwie od roku. Nie znalazł jej Robert Maaskant, nie znalazł Kazimierz Moskal (jemu poszukiwania akurat przerwano) ani Michał Probierz (on przerwał na własne życzenie), nie zanosi się, żeby zrobił to Tomasz Kulawik, którego trudno nie traktować jako trenera tymczasowego. Stałym element gry przy Reymonta, staje się akompaniament gwizdów coraz mniej licznie zgromadzonej widowni.

Syndrom drugiego sezonu po awansie z pierwszej ligi toczy Podbeskidzie. Cóż, jeśli na szefa defensywy, równie zaradnej jak Rada Bezpieczeństwa ONZ w kwestii interwencji w Syrii, mianuje się Dariusza Pietrasiaka, to trudno oczekiwać cudów. Przez zatonięciem "Górali" ma uratować koło ratunkowe w postaci Ireneusza Jelenia, chyba najbardziej zaskakujący in minus transfer dekady. Opowieści o tym, jak byłego napastnika Auxerre i Lille chciało pół Europy, brzmią równie wiarygodnie, jak wysoko oprocentowana lokata w Amber Gold.

GKS Bełchatów w roli czerwonej latarni ekstraklasy godnie zastępuje Cracovię i jest na najlepszej drodze do spadku. Ale biednemu zawsze wiatr w oczy: latem wyprzedaż, ograniczona dotacja ze strony sponsora, który, jak się okazuje, miał uzasadnione wątpliwości co do takiej inwestycji, wotum nieufności ze strony publiczność (najniższa frekwencja w lidze - 1,7 tys.). Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniła fala kontuzji i konflikt z Kamilem Kosowskim, odsuniętym od pierwszej drużyny. Bełchatów to jednak miasto siatkówki.

Zarejestruj się i napisz artykuł
Znajdź nas na Google+

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!