Za nami 10 kolejek sezonu 2011/2011. 10 kolejek, które o naszej lidze mówią tylko tyle, że każdy scenariusz jest możliwy i nie sposób przewidzieć dalszego biegu wydarzeń.

Prawdopodobieństwo wytypowania wyniku meczu Ekstraklasy wydaje się mniejsze niż trafienie szóstki w totolotka. Przed rozpoczęciem rozgrywek niemal wszyscy byli zgodni, że Lech, Wisła i Legia są poza zasięgiem rywali i między sobą rozstrzygną walkę o tytuł mistrza. Załóżmy, że tuż przed pierwszą kolejką udaliśmy się na bezludną wyspę, gdzie nie dochodziły do nas żadne wiadomości. Wróciliśmy wczoraj, po rozpakowaniu rzeczy i oswojeniu się z koszmarem powrotu do Polski, ujrzeliśmy ligową tabelę. Nic nie jest tak, jak być powinno. Wszelkie przedsezonowe prognozy można bez żalu zapomnieć, oczekiwania stonować lub podkręcić zależnie komu kibicujemy, bo poza nielicznymi wyjątkami żadna drużyna nie spisuje się zgodnie z przewidywaniami.

Paradoks 1

Na początku sezonu fotel lidera zajęła Polonia. „To żadne zaskoczenie, że z takim składem i transferami za 1,5 mln euro Czarne Koszule wygrywają mecz za meczem” – tak w programie „Liga+” nad grą piłkarzy z Konwiktorskiej zachwycali się prowadzący dziennikarze i zaproszeni do studia goście. Gdy po trzech kolejkach piłkarze Janusza Wojciechowskiego spuścili z tonu, padły z kolei głosy: „Polonia jednak nie ma zawodników, którzy utrzymywaliby równy, wysoki poziom przez całą rundę”. Czasem z oceną warto zaczekać dłużej niż trzy kolejki.

Zaskakująco dobrze radzi sobie PGE GKS Bełchatów, który po gruntownych zmianach skazywany był na zajęcie miejsca w dolnych rejonach tabeli. Tymczasem Marcin Żewłakow i spółka wygrali spotkania z Legią i Lechem oraz zremisowali z Wisłą. Mając na rozkładzie trzy teoretycznie najsilniejsze drużyny, zespół sponsorowany przez państwowego giganta zajmuje dopiero 6 miejsce, bowiem tracił punkty z niżej notowanymi przeciwnikami. Co można wywnioskować z takie postawy bełchatowian? Absolutnie nic.

Kolejnym „objawieniem” sezonu została okrzyknięta Lechia. Autor jej potencjalnego sukcesu, trener Tomasz Kafarski, szumnie zapowiada, że jego zadaniem jest zajęcie miejsca w pierwszej trójce i gra w europejskich pucharach. Swoje ambicje będzie musiał zweryfikować po laniu, jakie biało-zieloni dostali od Wisły, prezentującej się najgorzej od sezonu 2007/2008. Kilka dobrych meczów uczyniło z gdańszczan kandydatów do walki o najwyższe lokaty w lidze, ale trwałych podstaw do tak dalekosiężnych celów jak do tej pory nie widać.

Warto zadać pytanie, czy media nie za wcześnie ogłaszają nową jakość w polskim futbolu? Czy jest uzasadnione, by zespołowi, który znajduje się wysoko w tabeli po zaledwie 10 kolejkach, nadać miano „rewelacji rozgrywek”, a piłkarzy przedstawiać jako gwiazdy, które nie wiadomo dlaczego zarabiają na chleb w Polsce, a mają do wyboru przecież tyle bogatszych lig na Zachodzie?

Prawda, wymienione drużyny pokazały się z dobrej strony w dotychczasowych spotkaniach. Oprócz celowo pominiętej, liderującej Jagielloni, której zdarzają się wpadki, ale można doszukać się w jej grze automatyzmu i sumiennie wypracowanych schematów, poczynaniom pozostałych drużynom rządzi przypadek. Należy się zastanowić, czy nie są one silne słabością najlepszych, którzy prędzej czy później odbudują swoją dyspozycję i wrócą na należne sobie miejsce.

Paradoks 2

W letnim oknie transferowym Legia sprowadziła 6 zawodników za około 10 mln złotych. Wśród nich są m.in.: trzykrotny mistrz Chorwacji, mistrz świata do lat 20 z reprezentacją Argentyny, mistrz Serbii i kreowany na postrach polskich defensorów Portugalczyk. Olbrzymich rozmiarów plakat z wizerunkiem tych piłkarzy „zdobił” centrum Warszawy przez okres wakacji. „Przyjdź zobaczyć nową Legię” – zachęcał napis pod zdjęciem. Nowa Legia na razie prezentuje się dużo gorzej niż „stara”, a najlepszy na boisku i tak jest niespełna 19-letrni Michał Kucharczyk z Nowego Dworu Mazowieckiego.

Legia, słynąca z tego, że przez lata była prawie nie do pokonania na własnym terenie, więcej punktów zdobyła na boiskach rywala niż na swoim, świeżo oddanym do użytku stadionie. Dzięki świetnemu marketingowi działaczy z Łazienkowskiej kibice gromadzą się przeciętnie w liczbie około 18 tysięcy. Odkryto przy tym nieznaną w świecie sportu i zarządzania teorię, że dobra frekwencja i reprezentatywny obiekt zapewnią sportowy sukces.

Paradoks 3

Arka Gdynia w ubiegłym sezonie cudem uniknęła degradacji. W tym, jej postawa jest równie zła, jeśli nie gorsza. Żadna formacja nie funkcjonuje jak powinna, gra jest szarpana, niedokładności mnożą się na potęgę, o żadnym z piłkarzy nie można powiedzieć, że reprezentuje sobą solidny, ligowy poziom. Właśnie ta Arka jako jedyna na razie wygrała i z Jagiellonią, i Bełchatowem, ma najmniej (6) straconych bramek w lidze. Dla równowagi dodajmy, że ma również najmniej strzelonych (5). Ten bilans (średnia jeden gol na dwa mecze) wystarcza na zajęcie bezpiecznego, 10 miejsce w tabeli.

Paradoks 4

Uznawany za złote dziecko polskiej myśli trenerskiej Rafał Ulatowski zawędrował ze swoją Cracovią na ostatnie miejsce w tabeli. Ironią losu pozostaje fakt, że jedyne zwycięstwo piłkarze „Pasów” odnieśli w spotkaniu z Arką (2:0), a obie bramki zostały zdobyte nieprawidłowo. Po środowej porażce w Pucharze Polski z Lechem skońyczło się miłosierdzie prezesa Filipiaka i były asystent Czesława Michniewicza musi szukać nowego pracodawcy.

Ryszard Tarasiewicz, uznawany za zbawcę Śląska Wrocław i trenera, który jak mało kto w lidze mógł być pewny swojego miejsce na ławce, pożegnał się z posadą już półtora miesiąca po starcie rozgrywek, gdy jego klub wyprzedzał tylko wspomnianą Cracovię.

Uznawany do niedawna za persona non grata na Reymonta Henryk Kasperczak został w wybrany przez Bogusława Cupiała za właściwego człowieka dla odbudowania prymatu krakowskiej Wisły. Do tamtego czasu obaj panowie spotykali się na sali sądowej, kłócąc się o interpretację zapisów w kontrakcie. Po kompromitującej porażce z azerskim Karabachem właściciel Telefoniki stracił cierpliwość i jeszcze w sierpniu ostatecznie pożegnał się z „Henrym”. Tym razem panowie rozstali się w zgodzie. Powiedzenie, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, nie traci na aktualności. Prezes Cupiał również powinien wziąć sobie je do serca.

Paradoks 5

Próżno na naszych boiskach szukać nowych, nieodkrytych talentów. Piłkarska młodzież szybko dostosowuje się do ligowej szarzyzny i traci motywację do gry wzorując się na starszych kolegach. Nawet jednak w Ekstraklasie zdarzają się pozytywne wyjątki, a świadczy o tym fakt, że najskuteczniejszymi strzelcami Ekstraklasy są Andrzej Niedzielan (31 lat) i Tomasz Frankowski (36 lat). Z ich doświadczenia i umiejętności młodzi jakoś nie chcą korzystać. Natomiast zawodnicy, którzy niedawno byli predestynowani do gry w zachodnich ligach, jak Paweł Brożek czy Semir Stilić, popadają w przeciętność i wnoszą coraz mniej do gry swoich drużyn.

Paradoks 6

Sędzia cieszący się autorytetem i szacunkiem wśród zawodników, pozostający w cieniu głównych aktorów widowiska piłkarskiego, sprawiedliwie oceniający poczynania walczących drużyn – taka persona w Polsce nie istnieje. Zawód sędziego (często poniżanego przez piłkarzy, nie mówiąc o sympatii płynącej z trybun) stał się synonimem korupcji, nieuczciwości i nieudolności.

Znaczna część z bardziej doświadczonych arbitrów ogląda świat z celi więziennej. Siłą rzeczy PZPN musiał przyśpieszyć kariery młodych adeptów z gwizdkiem z niższych lig, ale ich awans nie szedł parze z umiejętnością oceny sytuacji na boisku. Weźmy pod uwagę wybrane sytuacje z ostatnich dwóch
kolejek, bowiem szkoda czasu na wyliczenie wszystkich pomyłek w tym sezonie.

W meczu Wisła – Lechia miały miejsce trzy kontrowersyjne sytuacje, po których pan arbiter Szymon Marciniak rozważał podyktowanie rzutów karnych. Pech chciał, że odgwizdał
jedenastkę dla Wisły w sytuacji, gdy faulu nie było, a dwóch ewidentnych przewinień na zawodnikach gości już nie zauważył.
To jednak nic w porównaniu z wyczynem sędziego Sebastiana Jarzębaka, który spotkanie Korony z Bełchatowem zakończył po 80 minutach.

Paradoksem nie jest za to postawa Lecha Poznań. Mistrzowie Polski kompletnie nie radzą sobie z połączeniem występów na polskich i europejskich boiskach, ale biorąc pod uwagę poziom przygotowania atletycznego piłkarzy nad Wisłą nie jest to żadne zaskoczenie. W przypadku „Kolejarza”, podobnie jak na Legii, zastosowano innowacyjne rozwiązanie w postaci „wybudujmy stadion, a sam się zapełni”. Znowu się nie sprawdziło.

Jak widać, ligowa rzeczywistość układa komediowe scenariusze. Wszystko to niestety nie bierze się z przypadku, bo kondycja polskiego futbolu w wymiarze czysto sportowym jest fatalna. A jak spojrzymy na pozycję naszych klubów w rankingu UEFA i pozycję reprezentacji w rankingu FIFA, z komedii rodzi się dramat.

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!