Języki obce znać należy Języki obce znać należy

Języki obce znać należy. (© Ewa Łazowska)

Nie chodzi mi tutaj o świetny obraz filmowy Agnieszki Holland "Europa, Europa", ale o to, że moje osiedle też się powoli europeizuje. Cudzoziemców na moim osiedlu coraz więcej, więc okazji do konwersacji w językach obcych nie brakuje.

Na moim osiedlu, położonym daleko od centrum Łodzi, spotkać można coraz więcej obcokrajowców. Kilka dni temu rozprawiałam ze znajomą, która na osiedlowym ryneczku prowadzi niewielki straganik. Pani Czesia handluje czym się da, ale głównie kaszą, fasolą i suszonymi owocami. Gdy tak sobie gadałyśmy o wszystkim i o niczym, do straganu podszedł zażywny pan po pięćdziesiątce w towarzystwie innego pana - także mniej więcej w tym samym wieku. Zażywny pan o wyglądzie gwiazdora filmowego rozejrzał się po straganie i kazał sobie zważyć kilka kilogramów migdałów. - O! - pomyślałam sobie - ten to ma kasę! Migdały powędrowały do torby, a pan rozglądał się dalej po straganie. Tym razem jego uwagę skupiły różne odmiany fasoli. Wybrał jedną z fasolowych odmian i znowu kazał sobie zważyć kilka kilogramów, ale tym razem z komentarzem wypowiedzianym łamaną polszczyzną: - U nas takiej białej fasoli nie ma. Oczywiście nie wytrzymałam i zapytałam: - U nas? To znaczy gdzie? - Na Węgrzech. Ja Madziar. Towarzyszący mojemu rozmówcy pan skupił się na woreczkach kaszy jęczmiennej. Po chwili kilka kilogramów tego specjału także powędrowało do torby Madziara. - A mój kolega - rozkręcił się Madziar - to Włoch z Neapolu. Ja mieszkam w Budapeszcie. A wy, Polacy, to macie teraz całkiem dobrze - dodał płacąc za dokonane zakupy. I właściwie w tej historyjce nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie drobny szczegół. Panowie obcokrajowcy rozmawiali ze sobą... po polsku i to całkiem, całkiem poprawnie.

Tyle rynkowy epizod. Kilka dni później musiałam wybrać się z moją kocicą do osiedlowej lecznicy weterynaryjnej. Gdy siedziałam w poczekalni, do lecznicy weszła pani z psem mojej ulubionej rasy: springer-spaniel. Miałam kiedyś takiego psa i widok spaniela rozczulił mnie bardzo. Oczywiście wypadało zamienić kilka słów z właścicielką psiego pięknisia, co też uczyniłam. - Sorry! - usłyszałam. - Nie mówię po polsku. Jestem Angielką.
Rozmowa między nami jednak jakoś się potoczyła - ku wielkiej radości psa, który oczywiście rozumiał tylko po angielsku. Sympatyczna Brytyjka miała właściwie tylko jeden problem. Nie była pewna, czy dogada się z weterynarzem. Gdy już znalazłam się z moją kocicą w gabinecie, powiedziałam lekarzowi weterynarii, że za drzwiami czeka na wejście angielski pacjent. - No ładnie! - skomentował wiadomość weterynarz. - Tylko jak ja się z nim dogadam?

Nie wiem, jaki był końcowy efekt wizyty angielskiej posiadaczki młodego spaniela w osiedlowej lecznicy weterynaryjnej. Roli tłumacza jednak się nie podjęłam, ponieważ i ja ze swoją angielszczyzną jestem mocno na bakier.

Co by jednak nie mówić - z tych dwóch historyjek wypływa jeden wniosek: języki obce należy znać. W tym także język polski, o czym miałam okazję się przekonać przy straganie mojej znajomej. Angielski też się przydaje, bowiem nigdy nie wiadomo, kogo się spotka na moim osiedlu. Europa to Europa. I jak by na to nie patrzeć - także w odniesieniu do mojego osiedla.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!