(© Silvio Tanaka from Sao Paulo, Brazil/CC 2.0)

To, co Faith No More pokazali na swoim koncercie podczas festiwalu Malta w Poznaniu potwierdziło, że należą im się wszelkie pokłony, zachwyty i wyrazy uznania.

Na taki koncert czeka się latami - co prawda tym razem Mike Patton nie trzymał polskiej publiczności zbyt długo w stanie oczekiwania i już po trzech latach (a raczej po dokładnie dwóch latach, gdyż ich ostatni koncert miał miejsce również 4 lipca nad Wisłą) wrócili, by zagrać nie tylko żelazne, genialne kompozycje ze swojego dorobku, ale też zaprezentować trochę świeżych pomysłów.

Wieczór zaczął się jednak od dwóch supportów - najpierw można było usłyszeć Snowman, a później Muchy. Zdążyłam tylko na ten drugi z występów lokalnych artystów, którzy postawili sobie trudne zadanie sprostania wymaganiom publiczności, która, rzecz jasna, pojawiła się tak wcześnie głównie dlatego, że liczyła na dobre miejsce pod sceną o godzinie 22, niż na popisowe muzykowanie Poznaniaków. Słuchacze przyjęli ich ciepło, oni sami pozmieniali co nieco, uderzając w bardziej rockową manierę, niż to mieli w zwyczaju na płytach, a nawet dość spontanicznie i ryzykownie weszli w kolaborację z Ryszardem Andrzejewskim, znanym raczej jako Peja, który na jednym z utworów pojawił się ze swoim freestyle'm, nieco nie do rytmu, ale z pasją i w tradycyjnie kontestacyjnej manierze.

A później na scenie ozdobionej białymi zasłonami pojawiły się bukiety słoneczników i inne przepyszne wiązanki, i w tych okolicznościach Mike Patton ze swoim składem gotowi byli wyjść na scenę, najpierw częstując nas odrobiną popowej klasyki i śpiewając "Delilah" Toma Jonesa, jako przewrotny wstęp do "Woodpecker from Mars". W ten oto popisowy sposób zaczął się koncert mistrzów, przy których bledną młode talenty, a współczesne pitolenie na gitarach i umiejętności lwiej części wokalistów wydają się słabym żartem. Mike Patton szafował głosem w pełnej krasie, demonstrując wokalny kunszt niezależny od działania czasu. Brawurowo zaśpiewał nawet najtrudniejsze ze swoich popisowych partii. Atrakcji nie brakowało z resztą przez cały koncert - w wykonaniu "Evidence" pojawiła się cała zwrotka zaśpiewana po polsku, a w "Midlife Crisis" ni stąd ni zowąd zabrzmiały elementy standardu ... "Trololo Song", znów popisowo zaśpiewanego.

Mike dyrygował tłumem, zachęcając go niezwykle skutecznie do wykazywania się talentami i zaangażowaniem, dodając do koncertu elementy ciekawego, pełnego interakcji show. Wreszcie i setlista spełniała, przynajmniej moje, standardy dobrego i wyczerpującego koncertu: hity przeplecione mniej znanymi utworami, popowe "silent disco", jak to określił Mike przy okazji "Easy", ciężką amunicją w postaci "The Gentle Art of Making Enemies". I tak bez końca, panowie w białych garniturach, trochę jak piekarze albo eleganci spacerujący po letniej łące, przez prawie dwie godziny radowali publiczność doskonale wykonaną muzyką, perfekcyjną głośnością, ogromnym talentem. Mike Patton to geniusz, który zawstydza młodą generację płodnością i talentami, i który sygnalizuje smutną tendencję: wraz ze "starą" generacją powoli znika tak doskonałe granie.

Znajdź nas na Google+

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!