okładka okładka

okładka (© Zysk i S-ka)

Czy książka musi być zawsze lepsza od filmu? Okazuje się, że nie! Wystarczy przeczytać "Forresta Gumpa" Winstona Grooma i porównać go z filmem Roberta Zemeckisa.

"Forrest Gump" to słodko-gorzka opowieść o marzeniach, które jeśli się tego bardzo chce, można spełnić. Tylko na niektóre rzeczy trzeba poczekać dłużej. Tytułowy bohater to prosty chłopak, który cierpi na łagodną odmianę autyzmu. Nie miał zbyt szczęśliwego dzieciństwa, miał problemy w szkole, w dodatku musiał nosić "specjalne buty" (szyny ortopedyczne), które wzbudzały śmiech u rówieśników. Jednak miał też miłe wspomnienia z tego okresu, gdyż od początku towarzyszyła mu Jenny Curan, w której potem się zakochał. Przez lata znajomości ich losy się ze sobą przeplatały, spotykali się, tracili kontakt na długie lata i tak w kółko.

Już w dorosłym życiu, mimo swojej choroby i wskutek zbiegów okoliczności Forrest uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach w historii Stanów Zjednoczonych - w tym w wojnie w Wietnamie. Poznał prezydenta Johna Kennedy'ego i Lyndona Johnsona. A nawet zdobył spory majątek. Przez całe życie był przez wszystkich wykorzystywany w taki czy inny sposób i nawet o tym nie wiedział. Nawet przez Jenny, która wracała do niego, tylko wtedy gdy miała problemy.

Zazwyczaj jest tak, że książka jest lepsza od swojej filmowej adaptacji. Scenarzysta często wyrzuca jakieś istotne wątki, bez których zrozumienie całości jest trudne albo, co gorsza, doda coś od siebie, z kolei reżyser ma zupełnie inne wyobrażenie niż czytelnik, który inaczej widzi bohaterów oraz świat przedstawiony w książce. Ten aktor jest za wysoki, tamta aktorka w ogóle nie nadaje się do tej roli. I tak można by narzekać w nieskończoność. Jednak są wyjątki od reguły - a mianowicie "Forrest Gump" Winstona Grooma.

"Forrest Gump" to jeden z moich ulubionych filmów. Genialna rola Toma Hanksa, w dodatku film otrzymał 6 nominacji do Oscara. Pamiętam, że nagrałam go sobie na kasetę magnetowidową, gdy leciał kiedyś w telewizji i dzięki temu obejrzałam go kilka razy. Nic na to nie poradzę, że lubię komedie romantyczne.

Potem dowiedziałam się, że to adaptacja książki pod tym samym tytułem. Nie ukrywam, że byłam jej bardzo ciekawa. Teraz wiem, dlaczego ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Czytanie jej to było prawdziwe piekło. Język powieści jest bardzo bardzo prosty, jakby pisał to pięciolatek. Ja rozumiem, że główny bohater nie należał do bystrzaków, ale w filmie zostało to świetnie pokazane. Natomiast w książce bohater jest wręcz wulgarny.
Pierwszoosobowa narracja w tym przypadku była koszmarem. Poznać myśli głównego bohatera i jego wizję świata - dla mnie było to dramatyczne przeżycie. Choć czasem zdarzało mu się powiedzieć coś mądrego: Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, co ci się trafi. Co ciekawe, choć myślał wolniej od innych, fizyka kwantowa i skomplikowane obliczenia nie miały przed nim tajemnic.

Podczas gdy film jest miejscami wzruszający, miejscami zabawny, książka jest irytująca. Nie ratuje jej nawet wciągająca fabuła i wzruszające zakończenie. A to dlatego, że żeby do niego dojść, trzeba się namęczyć. Nie polecam tej książki, szczególnie miłośnikom "Forresta Gumpa", bo może pozostać im uraz, tak jak mnie.

Winston Groom jest pisarzem i dziennikarzem amerykańskim. Zadebiutował w 1978 roku głośną powieścią o Wietnamie - "W lepszych czasach". W swoim dorobku ma także m.in. "Gump i Spółka", "Przed zachodem", "Taka śliczna dziewczyna". Co ciekawe, uczył się warsztatu literackiego od swoich znanych przyjaciół - Kurta Vonneguta, Josepha Hellera, Irwina Shawa i Trumana Capote'a - widocznie za mało.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!