Logo akcji "Książka z nadzieją" Logo akcji "Książka z nadzieją"

Logo akcji "Książka z nadzieją" (© Marek Bonarski)

Przedłużono czas głosowania w drugim etap konkursu na "Książkę z nadzieją". Prezentujemy recenzje nadesłane na konkurs i zachęcamy do głosowania w komentarzach.

Recenzje prezentujemy anonimowo. Na głosy w komentarzach jeszcze
czekamy do 19 kwietnia. Liczymy na Państwa uczciwość - że oddacie tylko jeden głos.

Materiał zostanie opublikowany w serwisach: Wiadomości24.pl i doorg.info oraz na blogu akcji ksiazkaznadzieja.blog.onet.pl.

Recenzja 1

"Kaj znów się śmieje" Hartmuta Gagelmanna

Wspomnianą w temacie książkę po prostu "pochłonęłam", co nie znaczy jednak, że nie zastanowiłam się nad tym, co czytam. Wprost przeciwnie. "Kaj…" zmusza do myślenia, do spojrzenia na niektóre sprawy inaczej, do zastanowienia się nad ważnymi sprawami. Czytałam wiele książek mówiących o tego typu tematyce i byłam nimi naprawdę wzruszona... Kiedy zabrałam się za "Kaj znów się śmieje" byłam ciekawa, czy jest ona w stanie dorównać chociażby "Poczwarce" Doroty Terakowskiej i „Celi” Anny Sobolewskiej . I naprawdę byłam wielce zaskoczona! Powieść ta była powalająca, tym bardziej, że interesuję się tym na co dzień. Książka równie głęboka jak "Poczwarka". Podejmuje próbę wytłumaczenia nam ludziom, trudny temat. Temat dość powszechny i od jakiegoś czasu aktualny. Temat tolerancji. Pisząc tą recenzję chciałabym podzielić się swoimi wrażeniami, po przeczytaniu tej książki.

Opowieść pt. „Kaj znów się śmieje” Hartmuta Gagelmanna jest historią prawdziwą opartą na autentycznych przeżyciach narratora. Autor dzieli się z nami, swoim doświadczeniem z pracy w zakładzie opiekuńczym dla dzieci upośledzonych. Autor jako 19- letni student muzyki, pewnego dnia dostaje powołanie do wojska. Jednak Hartmut nie jest z tego zadowolony i odmawia służby wojskowej, w takim wypadku zobowiązany zostaje do odbycia służby zastępczej w wybranej placówce opiekuńczej: szpital, dom starców, zakład opiekuńczy dla dzieci i inne placówki specjalne. Wybrał zakład opiekuńczy dla dzieci upośledzonych.

Tą książką pragnął podzielić się z czytelnikami swoim doświadczeniem i nauczyć prawdziwej, pełnej miłości, (cierpliwej, nie biorąc nic dla siebie, cieszącej się szczęściem osoby kochanej i bolejącej z nią w cierpieniu).

W zakładzie opiekuńczym Hartmut otrzymał pod opiekę grupkę dzieci z różnymi niepełnosprawnościami. Z każdym wychowankiem zawarł szybką z konieczności znajomość. Pielęgnował i pomagał im we wszystkich sferach codziennego życia: mył, ubierał, prał ubranka i pościel, sprzątał nieczystości i pomieszczenia, karmił przy stole, czuwał w nocy (gdy zaistniała taka konieczność), odprowadzał na zajęcia. Każdemu z nich poświęcił wiele życzliwej uwagi, czyniąc podopiecznych bohaterami opowieści. Zwracał się do nich szczerze, otwarcie i z uśmiechem. Wzbudzał ich zaufanie, a w sobie motywację do podjęcia opieki nad pensjonariuszami.

Lektura emanuje ciepłem, jest nasycona pozytywnymi emocjami, ukazując jednocześnie chłód i skamieniałość ludzkich serc. Historia Kaja i Hartmuta może być dla jednych potwierdzeniem siły, jaką daje miłość, dla innych stać się bariera niemożliwą do przekroczenia. Gagelmann wskazując na niepełnosprawność swoich podopiecznych, ich ogromne trudności w wykonywaniu najprostszych, codziennych czynności, równocześnie podkreśla ich niewiarygodną, wewnętrzną siłę i wolę walki.

Pobyt w zakładzie dla dzieci upośledzonych pozwolił mu doznać tego, co w życiu najważniejsze – prawdziwego szczęścia. W zamian za nieprzespane noce oraz łzy bezradności i niemocy dostał bezgraniczną miłość i zaufanie – wartości bardzo cenne, otrzymane od dzieci porzuconych, niechcianych i zmagających się w codziennym trudzie z najprostszymi czynnościami. Odbycie zastępczej służby wojskowej zmieniło na zawsze nie tylko życie Hartmuta. Jego wizyta pozostała na pewno tez w sercach i umysłach dzieci, którym towarzyszył każdego dnia i nocy.

Myślę, że czas już przedstawić głównego bohatera opowieści i określić wartości płynące ze wzajemnych kontaktów dziecka i opiekuna. Hartmut szczególnie mocno emocjonalnie związał się z Kajem – 10-letnim chłopcem mongoloidalnym i jednocześnie cierpiącym na autyzm. Jest to sprzeczność sama w sobie i to stanowi w jego przypadku istotę problemu. Pierwsze kilkanaście dni ich współpracy były bardzo męczące dla nich obydwóch. Kaj w ogóle nie mówił, zachowywał się agresywnie względem każdego, kto się zbliżył, drapał, bił, ciągnął za włosy, krzyczał, płakał, pluł jedzeniem, załatwiał się pod siebie, moczył się i rozbierał do naga. Nie ważne jest to jak bardzo był uciążliwy dla otoczenia, ale to jak strasznie cierpiał pogrążony w samotności.

Agresją walczył o odrobinę miłości, krzykiem błagał o chwilę zainteresowania swoją osobą. Nie pozwalał się dotknąć, ale tak naprawdę bardzo marzył, aby go ktoś przytulił. Efekty pracy z Nim w zakładzie były znikome – stosowano wobec niego przymus, krępowano kaftanem bezpieczeństwa. Hartmut długo nie mógł zrozumieć, gdzie tkwi przyczyna zachowania chłopca. Kluczem do zrozumienia i uzyskania tych efektów była akceptująca zgoda na sposób istnienia Kaja, przyjęcie go takim, jakim jest i podążanie za nim, tuż obok, wspólnym rytmem.

Kaj potrzebował prawdziwego opiekuna i wychowawcę, kogoś, kto starał się go zrozumieć i w miarę swoich możliwości jak najlepiej mu pomóc, który podchodził do niego z prawdziwą miłością – bardzo mocno to odczuwał. Zbiegiem lat chłopiec zaczął się trochę bardziej uzewnętrzniać. Przedtem była zawsze ściana, w ogóle nie dawało się do niego zbliżyć. Najczęściej osoba, która zbyt blisko do niego podeszła, była natychmiast łapana za włosy, drapana albo szczypana. Kaj bardzo mocno przywiązuje się do swojego opiekuna, bardzo potrzebuje zwykłego ludzkiego uczucia, by rozwijać się w ramach swoich jakże niewielkich możliwości. Szuka poczucia bezpieczeństwa, którego tak bardzo mu potrzeba. Kiedy nastąpił przełom? Kiedy Hartmut zrozumiał, że nie może odpowiadać na agresję chłopca tym samym. Kaja nie można zmuszać, trzeba mu pozwolić działać samemu, ponieważ niezależnie od tego jak bardzo przymus będzie słuszny i stosowany w dobrej wierze, zawsze wywołuje u Kaja ponowną ucieczkę w zahamowania. On jest na tyle upośledzony na ile go takiego chcemy widzieć. Każdy krok Kaja do przodu zależy tylko i wyłącznie od naszego zaufania. Największym jego upośledzeniem jest po prostu nasz strach.„Ta historia ma swój ciąg dalszy. Kaj przebywa dziś w jednym z ośrodków pod Monachium. Po przejściu okresu dojrzewania zrobił się spokojniejszy i może wykonywać lżejsze prace pomocnicze w warsztatach ośrodka. Sprawia mu to przyjemność.”

Książka pokazuje walkę o każdy nowy dzień, jaką musiało przebyć dziecko i towarzyszący mu dorosły. Chociaż stan, który udało im się razem osiągnąć, nie był całkowicie trwały – zdarzały się bolesne nawroty to dzięki determinacji i pracy najbliższych dokonał się cud: Kaj został zrozumiany, zaakceptowany i co najważniejsze pokochany. To co, się wydarzyło i o czym opowiada ta książka, daje ogromną nadzieję, ze warto podejmować się rzeczy niemożliwych.

Autor przyznaje, że przeszedł w zakładzie szkołę życia. Nie raz się załamał, zwątpił, by potem szybko podnieść się silniejszym i sprawniejszym do walki z przeciwnościami. Był to dla niego czas bardzo ważnych doświadczeń i przeżyć, które określa jako niezbędne dla pojęcia sztuki zrozumienia drugiego człowieka, tolerancji i akceptacji dla „inności”. Hartmut spisując swoje doświadczenia miał dwa cele, przede wszystkim chciał podziękować dziecku („rzekomo normalny człowiek dziękuje upośledzonemu”), ponieważ dzięki Niemu stwierdził, że tzw. normalni ludzie mają swoje gotowe wyobrażenia na temat innych, a tych którzy nie spełniają tych norm, czyli w jakiś sposób nie pasują do ich wyobrażeń – odsuwają od siebie z niechęcią. Według Hartmuta to oni są „upośledzeni”, ponieważ „wszyscy przecież zaczynamy nasze życie od krzyku, nie umiemy, chodzić, nie umiemy mówić. Długo trzeba nas karmić, długo trzeba nas myć. I kiedy po wielu latach nauczymy się już chodzić, mówić i pisać, nadal potrzebujemy pomocy innych ludzi.

Bez rodziców, nauczycieli i przyjaciół nie bylibyśmy zdolni do życia. I jeśli szczęśliwie dożyjemy sędziwego wieku, to być może nadejdzie taki dzień, kiedy znów będziemy potrzebowali ludzi, którzy będą nas karmić i myć. Może nadejdzie taki dzień, kiedy znów nie będziemy umieli mówić ani chodzić”. Ludzie zapomnieli, że dary, które otrzymali od losu (sprawność, zdrowie, intelekt), nie są wcale wieczne.

Drugą potrzebą do jakiej przyznaje się autor, jest chęć do upowszechnienia doświadczeń i zniesienia bariery między ludźmi, podziałów na lepszych i gorszych, zdrowych i ułomnych. Zdaniem Hartmuta – nie wolno wstydliwie ukrywać niepełnosprawnych w zakładach, udawać, że ich nie ma, nie istnieją, byleby nie zakłócali rytmu życia „normalnym”. „Kaj – ty i wszyscy upośledzeni musicie stanąć twarzą w twarz z tak zwanymi normalnymi” – pisze autor i dodaje: „Piszę tę książkę dla chłopca imieniem Kaj oraz dla wszystkich upośledzonych, żeby choć trochę przyczynić się do przyśpieszenia tego spotkania”.

Czytając, możemy dokładnie przyjrzeć się emocjom bohaterów, spróbować postawić się w ich sytuacji. Książka uczy szacunku i zrozumienia dla niepełnosprawności. Autor sugeruje, że na każdego człowieka, także tego głęboko upośledzonego, należy patrzeć jako na cudowną istotę, ponieważ tak naprawdę nie wiemy, co dzieje się w jego duszy. Nigdy nie możemy być pewni, ile z naszych słów, gestów czy czynów trafia do świadomości takich osób. Praca z dzieckiem autystycznym daje przede wszystkim dużo satysfakcji, ponieważ gdy widzi się nawet drobne postępy, każdy następny kroczek, mały gest czy nową czynność, jest to niesamowita radość. Zwłaszcza gdy się wspomni to, co było kilka miesięcy wcześniej. Niestety należy zaznaczyć, że dzieci autystyczne zupełnie nie mają kontaktu – ani z ludźmi, ani z domem, ani nawet z samym sobą. „W przypadku, kiedy ucieka dziecko autystyczne, może się zdarzyć, że znajdziemy je gdzieś na drzewie albo co gorsza, pod samochodem. Nie zdarza się by same wróciły. Idą gdzieś przed siebie, ślepe na wszystko, także na niebezpieczeństwo.”

Dzięki tej książce możemy lepiej poznać chorobę oraz życie ludzi, którzy się z nią zetknęli. Czytelnik może zapoznać się z rzeczywistością panującą w zakładach opiekuńczych dla dzieci niepełnosprawnych i z zasadami jakie tam obowiązują. Uczy nas tolerancji dla osób chorych na Autyzm oraz wyrozumiałości dla ich rodzin. Widzimy świat, który dla ludzi bez takich problemów jest zupełnie obcy. Sprawia, że zaczynamy patrzeć inaczej na niektóre sprawy. W naszym społeczeństwie nadal istnieją dwa światy: dla zdrowych i chorych. Trwają obok siebie, a nie razem. Powieść pokazuje nam, że zdrowi powinni wyciągnąć rękę do chorych i zamiast wyśmiewać ich i nazywać "gorszymi", powinni zaakceptować ich i pomóc im, ponieważ wszyscy chorzy również są normalnymi ludźmi, czującymi ciepło i dobroć tak jak każdy zdrowy człowiek, bo w „gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami, wszyscy walczymy z własnymi ułomnościami, z naszymi słabościami, z naszym własnym upośledzeniem”.

Uważam, że tę książkę powinno się brać pod uwagę w kanonie lektur, w szkół średnich. Nauczyciel powinien ją dokładnie z klasą omówić w każdym kontekście, po to by w ten sposób zmusić młodego człowieka do zastanowienia się nad sensem życia oraz nad tym czym jest tolerancja wobec osób chorych.



Recenzja 2

Książka z nadzieją. To hasło kilka minut temu przywiodło mnie przed półki mojego stale rozwijającego się księgozbioru i wiem już, że mój wybór padł na książkę właściwą.
Liczba życiowych sytuacji, w których przyjdzie nam cierpieć jest nieskończenie wielka. A po każdym takim incydencie, potrzebujemy dla naszej duszy lekarstwa.
Jeśli nie możemy go uzyskać w ciepłych słowach czy czyichś ramionach, polecam sięgnięcie po balsam.
"Balsam dla duszy" to seria książek, które zawierają kilkadziesiąt historii.
Motywujących, inspirujących, pełnych wiary, czasami smutnych, a czasami po prostu bardzo pouczających.
Za każdym razem, kiedy czytam którąś z części, traktuję ją jako wyłącznik.
Wyłączam życie pełne bieganiny, poświęcania czasu na rzeczy mało ważne, nie ma mnie facebooku, nie ma mnie dla nikogo.
Czas spędzony z tą książką to konfrontacja z prawdziwym życiem.
Przede wszystkim z różnymi morałami, jakie ze sobą niesie. Nie zawsze potrafimy je słusznie z życia wyciągnąć i zamieniać porażki w doświadczenie.
Warto też dodać, że nie znajdziemy w tych historiach psychologicznego bełkotu. To różne, ciekawe historie, które zebrali autorzy tej książki.
Przez lata tworzenia jej kolejnych części, zostali hojnie nimi obdarowani. To ten typ książki, o którym myślimy po zamknięciu, której fragmenty plączą nam się po głowach, dając mnóstwo nadziei i motywacji.
Moja dusza po ich przeczytaniu zawsze czuje się fantastycznie i mogę ją polecić każdemu.


Recenzja 3

Neal Bascomb – „Wytropić Eichmanna”, Wydawnictwo Znak 2009.

Adolf Eichmanna w hitlerowskich Niemczech. Morderca wszech czasów, a może tylko zwykły urzędnik? Dziś nieomal nie ma dorosłego człowieka, który nie wiedziałby kim był ten człowiek. Ale zazwyczaj ta wiedza ogranicza się do stwierdzenia, że Eichmann był odpowiedzialny za masowe mordy na Żydach podczas II wojny światowej, świadomie realizujący plan „ostatecznego rozwiązania”.

„Wytropić Eichmanna” ma wszelkie podstawy, by uchodzić za powieść detektywistyczną. W istocie jest autentyczną opowieścią. Wszystko zdarzyło się naprawdę, choć uwierzyć w to trudno. Nieustanne przenoszenie zdarzeń w czasie i miejscu stanowi o atrakcji tej książki. Wspaniałe retrospekcje. Raz akcja dzieje się w Niemczech, Austrii, czy Włoszech, aby za chwilę przenieść się do Argentyny lub Izraela. W jak pasjonujący sposób zbiera się grupa operacyjna! Ludzie o różnych charakterach, pochodzeniu i narodowości muszą stworzyć bezbłędny i w kompletnej tajemnicy działający zespół. Każdy ma swoje zadanie i za nie odpowiada. Działanie paraliżuje świadomość, że pomyłka nie wchodzi w rachubę. Zupełna konspiracja, jak wtedy, gdy on był panem życia i śmierci!

Kiedy czytelnik prawie umiera ze strachu o powodzenie akcji, autor po raz kolejny przenosi nas w okres wojenny. Podaje cyfry, przerażająco wysokie cyfry, do których dodaje okrutne słowa – ograbieni, zmaltretowani, wywiezieni, ostatecznie zamordowani! I ponownie, wprowadza nas w lata, gdy niektórzy w Europie powoli zapominali lub chcieli zapomnieć o koszmarnych przeżyciach. Aż trudno wyobrazić sobie, że nadal żyją ludzie, którym udało się ujść
z tego piekła!

Czytając o ogromie zbrodni wojennych na narodzie żydowskim, nie chce się wierzyć, że za ten wielki mord odpowiadał człowiek. Człowiek mający matkę, żonę, dzieci. Człowiek, który po ucieczce do Argentyny bardzo troszczył się o swoją rodzinę – Adolf Eichmann – skromny pracownik pod zmienionym nazwiskiem. Ale ten sam, który zza biurka jednym podpisem unicestwiał tysiące, dziesiątki tysięcy rodzin. Wreszcie człowiek, który te wielkie zbrodnie
beznamiętnie tłumaczył ścisłym wykonywaniem rozkazów. To były rozkazy wodza! Przecież nie mógł inaczej, zostałby ukarany, przecież wojna wymaga dyscypliny!

Adolfa Eichmanna koniecznie trzeba znaleźć, gdyż jemu uciec nie wolno! I są ludzie, którzy tego dopilnują!

Przesłaniem tej książki jest wielka nadzieja i przekonanie, że to, co wtedy się działo, a działy się rzeczy straszne i niepojęte, już nigdy się nie powtórzy!

Recenzja 4

Jak dogonić tych, co mieli lepszy start - recenzja książki „Zabiorę Cię tam” Joyce Carol Oates

Nadzieja to szerokie słowo, którego nie da się sprowadzić do jakiejś jednej ogólnej definicji. Gdyby ktoś natomiast próbował to uczynić, nie potrafiłby się wyzbyć zapewne własnego subiektywnego spostrzeżenia, iż nadzieją jest to, za co ją aktualnie uważamy.

Bohaterka książki „Zabiorę cię tam” przez całe życie miała nadzieje na to, że jej ojciec i starsi bracia ją pokochają. Niestety z racji tego, że cała rodzina obwiniała ją za śmierć ukochanej matki, która zmarła wskutek wyczerpania porodem, nigdy nie mogła zrealizować tego swojego, zdawałoby się, zupełnie naturalnego marzenia.

Czy jest to jednak powód do całkowitego załamania się? Na to z pewnością można patrzeć z wielu różnych perspektyw. Dla niektórych może bowiem i życie oznacza nieustanne szukanie akceptacji u innych. Bohaterka książki „Zabiorę cię tam” doznawszy odrzucenia ze strony swojej rodziny, poszukuje wsparcia u zdemoralizowanych koleżanek ze swojego akademika. Lecz kiedy nie udaje jej się odnaleźć zrozumienia u tych amerykańskich trzpiotek, podejmuje pierwszy odważny krok – zaczyna żyć po swojemu, od tego czasu nie oglądając się już na nikogo i na… nic.

W końcu zostaje kochanką pewnego dyskryminowanego doktoranta filozofii – „czarnucha”, który totalnie reformuje jej myślenie, a zarazem daje nadzieje… nie tyle na miłość, ale na to, że nareszcie nie będzie musiała przed nim kogoś udawać. Lecz kiedy kochanek nie spełnia jej emocjonalnych oczekiwań, oznajmia wszem i wobec, że ma już dosyć bycia stale wykorzystywaną przez innych.

Tym sposobem odnajduje klucz do pozbycia się balastu swojej przeszłości. Niemniej to nie koniec jej zmagań. Nagle z otchłani wychodzą stare upiory…

Rak jej ojca to cios prosto w serce. Ten człowiek całe życie ją poniżał, a do tego zmistyfikował swoją śmierć i teraz wraca jakby zza grobu. Co zrobić? Przebaczyć? On już nie ma nadziei ani na lepsze życie, ani na jej miłość.

Prawda jest brutalna, lecz silniejsza jest jej świadomość. Nareszcie wtedy rozumie to, że aby wystartować, trzeba w końcu kiedyś ruszyć z miejsca. A lepszy start? Jedno jest pewne. Jeśli nie wyssałeś go z mlekiem matki, będziesz musiał o niego powalczyć.

Recenzja 5

Książka, która dawała i nadal daje nadzieję.

Wiele jest takich książek, fakt powiadają, że dobra książka jest balsamem dla duszy. Ja mogłabym o wielu pozycjach w ten sposób powiedzieć.

Jednak książką z nadzieją jest od zawsze powieść biograficzna Michała Kaziowa pt. "Gdy moim oczom”.

Książka ta opowiada o losach autora, który to w czasie II wojny światowej od bomby stracił wzrok oraz obie ręce. Autor ukazuje w powieści swoje najpierw zagubienie i niechęć do świata, a później swój upór i odkrywanie na własny sposób rzeczy, które sprawią, że jego życie stanie się w późniejszym życiu inne. Autor podkreśla, że mimo swojej niepełnosprawności był ciekawy świata, choć często bez sił, ale wciąż z nadzieją i pomocą bliskich brnął do przodu aby w końcu zdobyć dobrą pozycję i godnie żyć.

Ta książka od zawsze podnosiła mnie i moją mamę na duchu. Od kiedy sama czytam, często do niej sięgam. Dzięki niej wiem, że niepełnosprawność nie jest barierą i jeśli się chce i ma się wsparcie najbliższych to można osiągnąć wiele.

Poza tym czytając tą powieść uzmysławiam sobie, że trzeba cieszyć się z tego co się ma, że mogłam być bardziej pokrzywdzona przez los (autor oprócz ślepoty nie miał także dłoni).
„Światło jest w ludziach i ono oświetliło moją trudną drogę” – to słowa autora, które i mnie bardzo uskrzydlają bo to w ludziach jest nadzieja, w ich gestach, a często nawet w niewinnym uśmiechu.

Recenzja 6

Jeanne Carol Martin, W obliczu raka. Zaufałam Bożemu Miłosierdziu, przeł. A. Dzisiewska, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2003, s. 108.

Dokąd mnie zabierasz?

Autorka nie była dewotką. Nie wiem, czy żyje. Wiem, że miała trzydzieści pięć lat i dowiedziała się, że to koniec. Mijały lata, operacje, jedna za drugą. Potem przyszedł strach, że przerzuty to kwestia czasu. Potem pojawiły się różne metody walki, alternatywna medycyna, chrześcijańska modlitwa, wizualizacje, tai chi… i pretensja dorosłej już córki: – Jak możesz wierzyć w Boga, który jest zdolny zrobić ci coś takiego?! – W ośrodku wsparcia dla chorych na raka postanowiła wygłaszać prelekcje – jak redukować stres, jakie terapie i programy są skuteczne. Szef ośrodka ostrzegał: – Proszę nie mówić o Bogu. Religia jest krępująca. – Przyznała mu rację. Na krótko, bo… Przekonała się, że jest inaczej.

W niepozornej książeczce znalazłam coś, czego nie chciałam szukać. Moi bliscy żyli i mieli się dobrze. Po latach książka ukazała się znowu, można ją już kupić w księgarniach internetowych. Ta sama okładka. Tylko ludzi, którzy wtedy żyli, już nie ma. Zabrał ich rak.

Wyjmuję z półki tamto wydanie i wracam do dnia, gdy książka Jeanne wypatrzona w krakowskiej księgarni, chyba z powodu okładki, dała mi nadzieję. Przecież czytałam profilaktycznie. Bo Jeanne mówi o raku jak o czymś, co spotkać może każdego z nas. Jak o depresji czy innym nieszczęściu. Potem był czas, gdy rak zabierał bliskich mi ludzi.

Wczytywałam się w jej modlitwy i przytaczane przez nią cytaty, fragmenty psalmów i zwykłe ludzkie uwagi. Przyznaję, mam alergie na książki pisane językiem nieprzystającym do życia, do egzaltowanych i sentymentalnych książeczek religijnych. Jeanne dawała mi podstawy, pokazała, jak jeździć tandemem, gdy z tyłu siedzi… Bóg. W pewnym momencie Jeanne przesiada się, z przodu jest On. I wtedy zaczyna się ostra jazda. Ale to już wyczytać można z jej historii, zwłaszcza z ostatniego rozdziału. Nie wiem, czy Jeanne nadal pedałuje. Wiem, że jest w mojej nadziei. Jak słowa Julianny z Norwich, będące mottem jednego z rozdziałów, gdy autorka mówi, jak mimo wszystko zwrócić się ku Bogu:

On nie rzekł:
„Nie będziesz cierpiał,
Nie będziesz się trudził,
nie będziesz nękany chorobami”.
Rzekł: „Nie będziesz pokonany”.
Czytałam w dniu pogrzebu jak mantrę:
„Czego rak nie potrafi?
Rak jest tak ograniczony –
Nie może skruszyć miłości...”.

Czytając Jeanne, czułam, że rak nie potrafi odebrać tego, co daje Ktoś inny. Że mam ufać.

Recenzja 7

Dokąd idziesz?

Twórczość Henryka Sienkiewicza zna chyba każdy, przynajmniej ze słyszenia. Wychowałam się w domu, w którym był on (i dalej jest) uznawany za wspaniałego pisarza. Gombrowicz złośliwie określił Sienkiewicza w taki oto sposób: „pisarz pierwszorzędny pośród drugorzędnych”. „Mądrość” ta, poznana w liceum, nie zmieniła mojego podejścia - za bardzo lubiłam książki tego autora, by z dnia na dzień stracić ogromną doń sympatię.

Kiedy zaczęła się ta miłość? Gdzieś na przełomie podstawówki i gimnazjum, gdy pewnego dnia będąc chora, z nudów sięgnęłam po zaproponowaną przez mamę lekturę. Początkowo podeszłam do „książki staruszków” nieufnie, mając jednak masę wolnego czasu zaczęłam czytać jedno z dzieł Sienkiewicza. Tego samego dnia skończyłam, a książka ta do dzisiaj towarzyszy mi w życiu.

Akcji „Quo Vadis” nie muszę chyba opisywać zbyt obszernie. Większość czytelników zna ją dość dobrze, dzięki reżyserowi Jerzemu Kawalerowiczowi. Dość powiedzieć, że znajdziemy w niej miłość, przeszkody „natury obiektywnej” (on - rozpustny rzymianin, ona - cnotliwa chrześcijanka), nagłe zwroty akcji. Spotkamy też paskudnego tyrana i – choć historycy nie do końca się z tym zgadzają – podpalacza, zobaczymy oczyma wyobraźni piękne pejzaże i przystojnych mężczyzn. Klasyk.

Przyjrzyjmy się drodze, którą pokonuje Winicjusz. Poznajemy go jako pewnego siebie, bogatego młodziana, który zwykle dostaje to, czego pragnie. Cały świat ma na wyciągnięcie ręki. I tylko Lidia zdaje się opierać jego „władzy”. Zakochany mężczyzna, próbując zdobyć ukochaną, przechodzi niesamowitą przemianę. Od człowieka pysznego i skoncentrowanego na sobie, do współczującego. Traci miłość własną i zamiłowanie bogactw, rezygnuje z postawy roszczeniowej, a zaczyna prosić. Otwiera się na drugiego człowieka i znajduje coś, co cenniejsze jest od wszystkich skarbów Rzymu – prawdziwą miłość.

Uważny czytelnik zauważy, że wszystko u Sienkiewicza jest takie... estetyczne. Kiedy płonie Rzym, umiera Piotr, Winicjusz przechodzi przemianę - każde wydarzenie zdaje się być opisane w najpiękniejszej możliwej formie. Niemalże tak perfekcyjne jak rzeźby starożytnych Greków. Bez żadnej skazy. Prawdziwe „kopiuj wklej”. Zamiast Grupy Laokoona mamy rzeźbę literacką Winicjusza trzymającego w ramionach uratowaną Ligię. Nawet postawa Chilona, którego poznajemy jako cwaniaczka i oszusta, a który pod koniec książki nawraca się, jest idealna w każdym swoim wydaniu – czy to rzezimieszka, czy męczennika.

Czym jest nadzieja? Dla mnie to wiara, że działając dzisiaj i pokonując kolejne przeszkody możemy jutro żyć lepiej. Przekonanie, że warto jeszcze nieco się potrudzić, by doczekać lepsze chwil, które (o czym nawet wspomina psychologia) kiedyś muszą nadejść. Pytanie tylko, czy wystarczy nam cierpliwości, wytrwałości. Czytając to dzieło Sienkiewicza można odnaleźć wspomniane elementy, które nieco odbudują w nas nadzieję.

Książka ta pozwala spojrzeć na trudy życia jako na drogę czy docenić to, co mam. Przypomnienie sobie tej - chwilami ckliwej - historii nadaje wartości każdym trudom, które pokonuję na co dzień, ale i podkreśla to, że zawsze można mieć nadzieję. Nadzieję na to, że wszystko skończy się tak, jak powinno.

Może nie zawsze będą to happy endy w wersji winicjuszowskiej. Częściej spodziewam się zakończeń takich, jak to Piotrowe – gdy zadaje On pytanie „Quo vadis, Domine?” i pomimo własnych lęków wraca tam, gdzie posyła go ponownie Jezus. Mimo wszystko i takie rozwiązanie w tej książce promienieje pięknem – śmierć Piotra, który w tym ostatnim wyborze poddał się w pełni woli Bożej.

Pomimo sienkiewiczowskiej „estetyki” lubię tę książkę. Odpowiada ona na moją potrzebę pocieszenia, odnalezienia nadziei „pomimo wszystko”. Czasem trzeba przeczytać piękną baśń, by stwierdzić, że może to życie tutaj nie jest takie złe. W końcu nie zawsze sto książek teologicznych jest w stanie zastąpić powieść, która budząc emocje zepnie całą wiedzę umysłu klamrą uczucia.

Zapraszamy państwa do głosowania na najciekawszą recenzję!!!



Współautor artykułu:

  • Marta Wróbel

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!