Z zapisu mojej rozmowy z Grażyną Brodzińską - Pierwszą Damą Polskiej Operetki dowiecie się m.in. co artystka zabiera na wakacje, czy jest zakupoholiczką, czym jest sława i sukces oraz czego ponownie nie popełniłaby w swoim życiu.

Na rozmowę z największą damą polskiej sceny operetkowej i musicalowej umówiliśmy się w Grand Hotelu - najsłynniejszym hotelu w Łodzi. Powitała mnie elegancka, uśmiechnięta, posiadająca niesamowity wdzięk i urok osobisty Grażyna Brodzińska.

Adam Sęczkowski: Może nie będę oryginalny, ale zacznę od stwierdzenia, że talent ma Pani w genach. Jest Pani córką śpiewaczki, tancerki i aktorki Ireny Brodzińskiej i tenora, reżysera, założyciela teatrów muzycznych w Lublinie i Szczecinie Edmunda Waydy. Mama marzyła, żeby mała Grażynka kontynuowała jej artystyczną drogę, ale tata początkowo był temu przeciwny.

Grażyna Brodzińska: Tak to prawda. Tata wiedział jaki to jest, wbrew pozorom, ciężki zawód. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, bo to tylko z pozoru tak pięknie wygląda: wszyscy ładnie śpiewają, tańczą, są dobrze ubrani. Tata jako trzeźwo myślący mężczyzna chciał mnie trochę chronić. Ja jednak cieszę się, że wybrałam zawód, który jest moją pasją, kocham go! A marzenie Mamy się spełniło.

Czy poza profesją rodziców, jako dziecko, miała Pani jakieś inne artystyczne ideały?

- Przyznam, że myślałam o zawodzie tancerki, chodziłam do szkoły baletowej, bardzo pociągał mnie taniec. Może tu Pana zaskoczę, ale myślałam również o zawodzie dziennikarki, ponieważ kiedyś wygrałam radiowy konkurs na opowiadanie i wydawało mi się, że może pójdę tą drogą, ale te zapędy mi przeszły i skoncentrowałam się na śpiewaniu.

Przyznam, że słuchając Pani głosu i sposobu wypowiedzi jestem pewien, że dziennikarką również byłaby Pani znakomitą.

- Myśli Pan? (śmiech) Dziękuję bardzo.


Jaki był Pani dom? Z tradycjami, w którym dba się o wartości narodowe, patriotyczne? Jakie wartości międzyludzkie wpajali Pani rodzice? Jakim była pani dzieckiem?

- Zaczynając od ostatniego pytania to na pewno byłam dzieckiem teatralnym, ponieważ już właściwie śpiewałam pod sercem mamy; z mamą w duecie i z tatą w tercecie. Jako mała dziewczynka przesiadywałam za kulisami, w garderobach, a na widowni podczas prób i przedstawień. Rodzice wpajali mi takie cechy jak lojalność, prawość i staranie się, abym patrząc w lustro mogła zawsze ujrzeć uczciwego, dobrego człowieka.


Pasje Grażyny Brodzińskiej


Ciągle na walizkach, wiecznie zapracowana. Czy ma Pani czas na swoje pasje? Jaki ma Pani sposób na relaks? Co lubi Pani robić w domowych pieleszach?

- W wolnym czasie lubię nic nie robić. (śmiech) Jeśli mam chwilę wytchnienia to uwielbiam leniuchować. Moja pasja to podróże, uwielbiam zwiedzać i tu nie do końca czas wypełnia mi błogie lenistwo. Na wakacje zabieram teksty i nuty. Zawsze się czegoś uczę. Mąż nie jest z tego zadowolony, mówi: "odpoczywaj, masz wakacje, relaksuj się". Jak większość kobiet relaksują mnie też zakupy, czego wy - mężczyźni zupełnie nie rozumiecie. (śmiech) Gdy znajdziemy jakiś nowy, fajny ciuszek to jesteśmy szczęśliwe, a szczęście to przecież relaks.

Ale nie jest Pani typem zakupoholiczki?

- Nie, zakupoholiczką (o piękne słowo!
śmiech) nie jestem, ale lubię czasem kupić sobie coś ładnego.

Kontynuując temat mody; wielokrotnie podczas koncertu zmienia Pani stroje, a piękne suknie, które z wytworną elegancją Pani prezentuje są jedną z atrakcji występu. Czy może Pani zdradzić ile sukien ma Pani w swojej garderobie?

- (śmiech) Oj nie pamiętam, nie liczę. Jest ich bardzo dużo muszę przyznać. Ale to i tak zdecydowanie za mało niż artystka chciałaby mieć. (śmiech) Często zmieniam suknie, bo wymaga tego zróżnicowany repertuar, który wykonuję. Do hiszpańskiej pieśni musi być odpowiednia suknia, a do tanga czy walca zupełnie inna.

Kto jest pani stylistą?

- Mam znakomitą projektantkę, łódzką scenograf - panią Marię Balcerek, która najczęściej projektuje kostiumy do przedstawień operowych i teatralnych. Drugą taką osobą jest młoda dziewczyna z Gliwic - Basia Gronek. Pierwsze moje suknie pochodziły z Paryża. Była taka firma "Cymbeline". Jej szefem był Francuz, który zakochał się w Polce i w Polsce. Prototypy przyjeżdżały na pokazy do Warszawy. A te, które najbardziej mi się podobały już nie wracały do Francji, zostawały w mojej garderobie (śmiech).


Jak zodiakalny Byk, który ma silnie wyrobione poczucie więzi rodzinnych radzi sobie z opuszczaniem rodziny na wiele dni, tygodni czy miesięcy?

- Tego właśnie wymaga miłość do mojego zawodu. Trzeba być w różnych miejscach. Nie zawsze publiczność może przyjechać do mnie, więc ja jeżdżę do nich. W wielu miastach, zwłaszcza mniejszych ludzie są naprawdę szczęśliwi, kiedy przyjeżdża do nich znany artysta. Ta publiczność reaguje wspaniale, bardzo spontaniczne. A ja daję jej wszystko co mam najlepsze i czuję tę serdeczność. Owacyjne brawa są największą nagrodą. Kiedyś po jednym z koncertów podeszła do mnie starsza pani o dwóch kulach z chorym kręgosłupem i wyznała mi ze łzami w oczach: "ja za panią jeżdżę po całej Polsce". Warto uprawiać ten zawód choćby dla takich momentów!


Znając Pani wrażliwość myślę, że w takich sytuacjach również bardzo się Pani wzrusza.

To prawda. Czasem nawet ronimy łzy razem.

Widownie największych sal koncertowych podczas Pani koncertów są wypełnione po brzegi, ma Pani na swoim koncie niezliczone nagrody. Mimo to należy Pani do grupy skromnych osób, które trzymają się z dala od blichtru i plotek.

- My home is my castle! (śmiech)

Nigdy nie kusiło Panią, aby bardziej wejść w barwny świat celebrytów?

- Nie, mnie to nie interesuje. Uprawiamy ten zawód by nieść ludziom radość, a popularność to miły dodatek. Sława często pomaga w życiu. Wiem, że publiczność uwielbia "ploteczki". Jednak bycie w środku tego całego zamętu nie jest dla mnie zbyt frapujące. Niektórzy artyści to lubią. Ja do takich nie należę. Różnie to bywa; często dziennikarze zachłystują się artystą, jest o nim dużo, potem za dużo, aż staje się po prostu nieinteresujący. Chyba, że skandal goni skandal. Paparazzi aż za bardzo wgłębiają się w życie prywatne artysty i wtedy zaczynają się kłopoty. Media bywają okrutne. Przy mojej wrażliwości bardzo by mi to przeszkadzało, a mojemu mężowi aż za bardzo. Bankiety i bale owszem, ale z uśmiechem na ustach. Warto od czasu do czasu pojawić się w jakiejś gazecie, czy udzielić wywiadu, byle nie za często. Chciałabym, żeby publiczność mnie pamiętała, ale żebym się jej nie znudziła.

Ja bardzo się cieszę, że przyjęła Pani moją prośbę o rozmowę.


Co według Pani jest miarą sukcesu?

- Być od początku do końca profesjonalistą. Hm Na pewno miarą sukcesu są pełne widownie podczas moich występów. Dopóki publiczność będzie chciała być na moich koncertach czy spektaklach, dopóty wiem, że mnie lubią, chcą mnie słuchać i na mnie patrzeć.

Lubią to bardzo skromnie powiedziane.

- (śmiech) Dobrze. Widząc więc te pełne widownie mogę spokojnie użyć słów: "kochają mnie", tak jak i ja ich kocham. Miarą mego sukcesu są również wyrazy entuzjazmu i uznania ze strony bardzo młodej widowni!

Właśnie w jednej z Pani wypowiedzi słyszałem, że otrzymuje Pani mnóstwo maili od młodych ludzi oczarowanych Panią.

- Tak. Wyrażają oznaki sympatii, proszą o autografy i zdjęcia.

Czy otrzymując i czytając wiadomości od młodych ludzi uważa się Pani za popularyzatorkę i propagatorkę operetki?

- Chyba tak. Operetkę, uważam za najtrudniejszy teatralny gatunek muzyczny. Ideałem jest spektakl, w którym wszyscy doskonale śpiewają, grają, tańczą i dobrze wyglądają. Świetna reżyseria, scenografia, choreografia i dobra orkiestra. To wszystko składa się na sukces operetki. Uważam, że ten gatunek jest bardzo potrzebny publiczności. To piękna bajka dla dorosłych. Tego nam dzisiaj trzeba. Happy endu! Bohaterzy się kochają, rozstają a potem wracają do siebie. No i ta piękna muzyka. Nieśmiertelni i ponadczasowi: Lehar, Kalman, Strauss, Offenbach. Tekst operetkowy zawsze "trąci myszką", ale należy zrobić z tego walor. Broń Boże nie unowocześniać! - moim skromnym zdaniem oczywiście. Publiczność zawsze wychodzi z przedstawień operetkowych uśmiechnięta, szczęśliwa i rozśpiewana. Obecnie mam okazję pracować z młodymi ludźmi. Znakomita krakowska orkiestra Creo złożona z młodych muzyków tuż po studiach. Występuję również z dwoma świetnie śpiewającymi chłopakami: znakomitym tenorem Andrzejem Lampertem i piosenkarzem muzyki pop z głosem Franka Sinatry czyli Marcinem Jajkiewiczem, który śpiewa czasami w programie "Jaka to melodia?". Są przystojni, kulturalni i sympatyczni. Widownia też coraz młodsza.


Na forach internetowych znalazłem wpisy, które mówią, że internauci którzy dotąd nie słuchali operetki, a przypadkowo usłyszeli Panią, stwierdzili, że Pani śpiew i repertuar oczarował ich i sprawił, że pokochali ten rodzaj muzyki.

- Chcę przybliżyć świat operetki. Moja najwierniejsza publiczność to ludzie średniego i starszego pokolenia. Ale coraz więcej jest młodej widowni. Zdarza się, że młodzi ludzie, którzy zaczęli mnie słuchać, to Ci, którzy na koncerty są dosłownie wyciągani za rękę. Np. jakaś ciocia przyleciała z Kanady i prosiła, aby ją zaprowadzić na mój występ. Zgadzali się nie do końca z własnej chęci, ale niejako zmuszeni przez starszą panią. Kiedyś przyszedł do mnie za kulisy młodzieniec i powiedział: nie wiedziałem, że to jest taka wspaniała muzyka. Będę się starał przychodzić na takie występy częściej. Ale wracając do moich planów. Jestem teraz na etapie przygotowywania nowej płyty. Nagrałam już arie i duety operetkowe, dwie płyty "misz-masz", na których jest operetka, musical i piosenka, a najnowsza to klimaty Franka Sinatry i Nat King Colea. Będzie to zatem coś zupełnie innego. Ja jestem taki niespokojny duch i ciągle chce mi się tworzyć coś nowego, aby się nie powtarzać. Nie lubię stać w miejscu. Mam sporo planów i zastanawiam się czy im podołam, ale w końcu przychodzi wiara w swoje możliwości, która każe mi sięgać gwiazd. Dość często to się udaje.


Kiedy nowa płyta trafi do sklepów?

- Myślę, że w okresie jesienno-zimowym. To nie jest takie proste, że zrobię "pstryk" i już mam nową płytę. To długa droga. Nowe aranżacje, nowe dobre teksty, bo w większości śpiewam po polsku, ale zdarza się też w obcych językach. No i te pieniądze!


Czy może Pani obiecać, że zaprezentuje Pani nowy repertuar w Łodzi?

- Bardzo bym chciała i wierzę, że się uda.

Czy marzy się Pani dokonać czegoś szalonego czego dotąd nie miała Pani odwagi zrobić?

- Zrobiłam jedną rzecz na koncercie, czego nie popełniłabym po raz drugi. Było to coś szalonego, ale i niebezpiecznego, coś czego nie powinnam była robić. Podczas próby koncertu Waldemara Malickiego w Toruniu, gdzie występowała też Justyna Steczkowska, Alicja Węgorzewska czy wspomniany już Andrzej Lampert, zobaczyłam za sceną siedmiopiętrowy wieżowiec. Reżyser koncertu wymyślił sobie, że właśnie na dachu tego budynku zaśpiewa tenor, który przyjechał z Włoch. Będzie miał postawiony mikrofon i wykona arię właśnie z tamtego miejsca. Pomyślałam sobie: on tam wysoko stoi i śpiewa? Ja też bym tak chciała. Wymyśliłam, że wykonam w tym samym miejscu "Tango Jalousie" nie tylko śpiewając, ale i tańcząc. W ciągu dnia jeszcze widziałam, gdzie znajduje się moja bezpieczna linia, natomiast wieczorem nic nie było widać oprócz czterech reflektorów, dwa po bokach i dwa pośrodku. Wiedziałam, że od reflektora muszę mieć ok. 1 m, bo później już tylko przepaść. To było prawdziwe szaleństwo, ale chciałabym jeszcze kiedyś popełnić coś szalonego. Może trochę bardziej bezpiecznego?!


Pamiętam Panią z fantastycznych występów w cyklu programów "Z batutą i humorem" Macieja Niesiołowskiego. Każdy odcinek oglądałem z wypiekami na twarzy.

- To był świetny program, który w swojej konwencji był poważny, ale zrobiony dowcipnie. Prezentowana była tylko poważna muzyka, ale żartobliwie. Osoby, które niekoniecznie lubiły operę, oglądały ten program, bo był śmieszny i kulturalnie zrobiony. Do dziś dnia pamiętam co wyprawiały dziewczyny w orkiestrze np. jedna z nich w pewnym momencie wstawała, grała na skrzypcach, i tańczyła na puentach. Inna znowu śpiewała. To było fantastyczne (śmiech). Program miał ogromną popularność i przy bardzo wysokiej oglądalności został zdjęty z anteny. Nie rozumiem tego, no ale cóżbywa! Widzowie dziwią się dlaczego telewizja rezygnuje z takiego programu, a na jego miejsce puszcza często nie powiem co.

Podobne głosy niezrozumienia decyzji Telewizji Polskiej pojawiały się już wielokrotnie, chociażby po zdjęciu programu Wielka gra.

- Tak, to był świetny program i cieszył się ogromną popularnością. Do tego, oglądając go, można się było wiele nauczyć.

Wspomniała Pani o Nat King Coleu, Franku Sinatrze, a czy dalej w telefonie ma Pani ustawiony dzwonek Elvisa Presleya?

- Mam i wiem, że wtedy dzwoni mój mąż. Usłyszał Pan to pewnie podczas przerwy, w garderobie na moim ostatnim koncercie w Łodzi? (śmiech)

Tak, to prawda.


Brigitte Bardot w wywiadzie tuż przed swoimi 78 urodzinami wyznała, że wielka sława spaprała jej życie. Czy uważa Pani zgodnie z fragmentem operetki "Baron Cygański", że "Wielka sława to żart"?

- Jeżeli żart, to i tak bardzo dobrze. Wie Pan, ja tego nie odczuwam tak pesymistycznie jak Bardot. Nie. Sława to jest coś fantastycznego, to nie jest żart. A przy okazji jest to ogromna serdeczność ludzi. Jest więc bardzo potrzebna.

Na przykład żeby nie płacić mandatów, gdy zatrzyma policja?

- Zależy jaki policjant (śmiech). Jeżeli jest muzykalny, to bardzo dobrze.

Kiedy Bogusław Kaczyński opowiada o primadonnach, słucha się tego jak bajki. Uwielbiane, noszone na rękach, budzące powszechny zachwyt. Czy dzisiejsze divy spotykają się z podobnymi hołdami?

- Kiedyś diva, gwiazda uwielbiana przez publiczność, dostawała brylanty w kwiatach, a teraz cieszymy się nawet z samych kwiatów (śmiech). Uwielbiam kwiaty, więc dziękuję za różę, którą od Pana dostałam. Naprawdę jest przepiękna.

Taki skromny prezent świadczący o podziwie dla Pani talentu.

- Dziękuję. Jak jest róża to znaczy, że jest fantastycznie (śmiech) Chociaż dostałam kiedyś złoty łańcuszek, ze złotą koniczynką ukryty w bukiecie tulipanów. Chyba od Wielbiciela?!
Kiedyś tłum fanów czekał na gwiazdę, zaprzęgał się do dorożki, którą diva odwożona była na uroczysty bankiet. Teraz ja przeważnie wchodzę pierwsza do teatru, kiedy jeszcze nikogo nie ma. Śmieją się ze mnie, że otwieram i zamykam teatr. Wychodzę ostatnia, kiedy już zupełnie nikogo nie ma. Ale ci najwierniejsi wielbiciele wytrzymują i czekają na mnie. Są autografy, komplementy, brawa i kwiaty.

Zastanawiam się jak artysta zapamiętuje te wszystkie teksty i arie, które śpiewa?

- Praca nad spektaklem trwa nieraz rzeczywiście parę miesięcy. Do zapamiętania tekstów piosenek czy arii, potrzebny jest odpowiedni czas. Przygotowanie muzyczne to jedno, a nauka roli to drugie. Spotykamy się przy stoliku ze scenariuszem czy egzemplarzem i albo coś wykreślamy, albo coś dodajemy. To próby czytane. Kiedy już mamy opanowany tekst, wchodzimy na scenę. Chociaż łatwiej utrwala się tekst na próbach sytuacyjnych. No i choreografia i sceny aktorskie. To jest naprawdę długi czas prób.


Ostatnio widzieliśmy Panią w Łodzi podczas koncertu "Przystanek Kiepura", a niedługo bo już 15-go kwietnia wystąpi Pani na koncercie "The 12 tenors" - dwunastu tenorów.

- Dwunastu tenorów światowych, chociaż mamy wśród nich jednego Polaka łodzianina.

Pan Krzysztof Ciupiński-Świątek. Jakimi kryteriami kieruje się Pani dokonując selekcji zaproszeń na występy, które Pani otrzymuje?

- Bardzo ważne jest dla mnie czy śpiewam sama, czy z kimś. Jeżeli dostaję taką propozycję, to pytam kto będzie śpiewał, czy będą tancerze, czy przy fortepianie, czy z orkiestrą. Gdzie koncert ma się odbyć, jaka sala?

Jaki repertuar usłyszymy podczas tego koncertu i jakie arie Pani wykona?

- Repertuaru nie zdradzę, niech to będzie niespodzianka. Powiem tylko, że śpiewam zarówno z chłopakami, jak i sama. Wszystkich serdecznie zapraszam.

Czy prawdą jest, że życie śpiewaków ma sporo ograniczeń?

- Unikam chłodów, przeciągów, zimnych i gazowanych napojów. Struny głosowe są bardzo czułe, wrażliwe i trzeba o nie dbać. Z gołą głowa nie chodzę, noszę ciepłe buty i szalik. Uważam, żeby się nie przeziębić i nie zarazić od kogoś np. w pociągu. Te kąpiele w szampanie i surowe jajka to raczej legenda. A tak na co dzień żyję prawie normalnie.

Ma pani w sobie dużo siły wewnętrznej, przebojowości. A jakie są największe słabości?

- Za dużo Pan chce wiedzieć. (śmiech)

W takim razie wycofuje to pytanie. (śmiech)
Czego na zakończenie mogę Pani życzyć?

- Może to banalnie zabrzmi, ale zdrowia i słońca. Jak się ma zdrowie, to można góry przenosić. Gdy jestem zdrowa i świeci słońce, to radość gości w moim sercu.

Zatem życzę Pani, aby przy blasku promieni słonecznych przenosiła Pani wiele gór. Dziękuję za rozmowę.

- Dziękuję, było mi bardzo miło i życzę Panu i czytelnikom wszystkiego najlepszego.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!