W tym roku chciałem spotkać na swojej drodze ... małego człowieczka, który towarzyszył mi w końcowej fazie wiosennej edycji rajdu - mówi Piotr Siondalski, uczestnik rajdu "Harpagan"


W Przodkowie koło Gdańska odbyła się 32. edycja rajdu na orientację - Harpagan. Impreza przeznaczona jest dla ludzi, których pasją jest mierzenie granicy swojej wytrzymałości. Jednym z uczestników był Piotr Siondalski – kardiochirurg





- Organizatorzy rajdu, w którym wziąłeś udział,
określają go mianem „ekstremalny”. Czy
impreza rzeczywiście ma taki charakter?


- Z całą pewnością jest to rajd nietypowy. Odbywa się w
trzech kategoriach – pieszej, rowerowej i mieszanej, a celem jest przejście 100 km
w ciągu 24 godzin, przejechanie 120 km 
w czasie o połowę krótszym lub przemierzenie 50 km pieszo i 100 km na rowerze w czasie
18 godzin. Pokonanie trasy prowadzącej między wyznaczonymi na mapie punktami
kontrolnymi jest nie lada wyzwaniem. Trzeba walczyć nie tylko z własnym
zmęczeniem, ale również umieć posługiwać się mapą i kompasem, bo jest to rajd w
czystej formie - na orientację. A zważywszy, że odbywa się bez względu na
pogodę, zdecydowanie zasługuje na określenie „ekstremalny”


- Co w Twoim wypadku było najtrudniejsze – podjęcie decyzji
o udziale, walka ze zmęczeniem, czy decyzja o zakończeniu udziału przed
dojściem do mety?


- Wszystko było bardzo trudne. Decyzję o udziale podjąłem
już rok temu po długich przemyśleniach. Piękną ilustracją podejmowania prób zmierzenia
granic własnej wytrzymałości jest dla mnie utwór „From Gagarin Point of View”
zespołu Esbjörn Svensson Trio. Bodajże dwa lata temu byłem na ich koncercie w
Żaku. Kiedy słucham ich muzykę, zadaję sobie pytanie o tę granicę. Ciekawi mnie co jest po drugiej stronie mojej niemocy. Pociąga
mnie fakt, że pomimo dobrego przygotowania fizycznego, psychicznego i
sprzętowego, nie jestem w stanie przewidzieć co może się wydarzyć, dopóki nie
zacznę realizować, wydawałoby się niemożliwego, zadania. Coś jak kosmos dla
Gagarina.
Dla większości uczestników stanięcie na starcie Harpagana to
początek przygody, która odurza, to przeżycia, które każą dwukrotnie w ciągu
roku (rajd odbywa się na wiosnę i jesienią) zmierzyć się z harpaganowymi
trasami, tak jest i w moim przypadku, więc 20 października nie miałem już
dylematu, stanąłem na starcie mimo osłabienia po przebytym poprzedniej nocy
zatruciu pokarmowym.


A zmęczenie?  
To
rzeczywiście duży problem. Mimo że jestem  
wysportowanym, przyzwyczajonym do dużego
wysiłku facetem, podjąłem decyzję o wcześniejszym zakończeniu rajdu właśnie z
powodu krańcowego wyczerpania.
Trasę pokonywałem z dwoma kolegami i zakończyliśmy
tegoroczną przygodę równocześnie. To była trudna decyzja ...


- A czy
podczas
nocnej wędrówki po lesie towarzyszył Ci strach?


- Nie, zupełnie o tym, nie myślałem


- Czy oznacza to, że to uczucie jest Ci w ogóle obce?


- Uprawiam wiele dyscyplin sportowych, które niosą ze sobą
duże ryzyko, które podnoszą poziom adrenaliny. Pływam na desce surfingowej,
uprawiam kitesurfing, nurkuję, jeżdżę konno, skakałem  
na banjo. Oczywiście, są to sytuacje, kiedy towarzyszy
mi strach, ale to przecież o to właśnie chodzi. To jest właśnie ta adrenalina,
która pcha mnie ku niebezpieczeństwu i która jest równoznaczna z odczuwaniem
strachu.


- Willy Brandt twierdził, że „ ... tylko ci są rzeczywiście
odważni, którzy znają także strach – wszyscy inni są tylko brawurowi”. Możesz
więc o sobie powiedzieć, że jesteś odważny ...


- Chcę tak myśleć (śmiech)


- A wracając do Harpagana i Twojego zawodu. Na starcie
stanęło ponad sześćset osób, które postanowiły sprawdzić swoją wytrzymałość. Czy
start w takiej imprezie nie jest obarczony zbyt dużym ryzykiem? Pytam o to
kardiochirurga.


- Myślę że ci, którzy startują w Harpaganie nie rozważają
swojej przygody w kategoriach prozdrowotnych. Chodzi o to, aby się skatować. Oczywiście,
zdaję sobie sprawę z zagrożeń mogących być konsekwencją podjęcia tego typu
walki. Grozi mi zapalenie mięśni, urazy wysiłkowe stawów, spadki poziomu cukru
we krwi, ale mimo wszystko chęć poznania granic własnej wytrzymałości i tego, co
poza nią można zobaczyć, przeważa nad rozsądkiem


- Brunon Zwarra, opowiada w książce „Wspomnienia gdańskiego
bówki” o swoim dziadku, który w XIX w. raz w miesiącu przemierzał pieszo trasę
z Kościerzyny do Gdańska (tam i z powrotem ponad 120 km) w celu odebrania
renty. Wynika z tego, że przejście ok. 100 km dla przeciętnego człowieka jest
dystansem do pokonania.


- Oczywiście. Sam dystans nie jest w żaden sposób
przerażający. Problemem jest przejście tych stu kilometrów po bezdrożach, mając
do dyspozycji jedynie kompas i otrzymaną na stracie  
mapę z naniesionymi punktami kontrolnymi, oraz
zmieszczenie się w czasie nie przekraczającym 24 h.


- Jednym z celów imprezy jest ukazanie uczestnikom piękna
krajobrazu Pojezierza Kaszubskiego. Rajd rozpoczął się o godz. 21, kiedy było
już ciemno. Czy po całonocnej wędrówce możliwe jest podziwianie widoków?


- Odpowiem w ten sposób. Kolega, z którym szedłem, o świcie
powiedział:
 
„Patrzcie,
słońce pije wodę...”. Przez gęstą mgłę prześwitywały promienie słońca. To było
piękne!


- Z ponad sześciuset osób, które wzięły udział w konkurencji
pieszej, tytuł Harpagana otrzymało 45 osób. Pokonali dystans w wyznaczonym
czasie, zaliczając wszystkie punkty kontrolne. Jaki Ty wyznaczyłeś sobie cel
stając na starcie? Czy miałeś jakąś swoją, prywatną metę?


- Oczywiście zawsze dążę do pokonania kolejnej bariery. Mam
nadzieję, że kiedyś zostanę Harpaganem. W tym roku chciałem spotkać na swojej
drodze ... małego człowieczka, który towarzyszył mi w końcowej fazie wiosennej
edycji rajdu. Był to kolorowy, być może krasnoludek (śmiech), który stawał mi
na drodze. Za każdym razem starałem się go ominąć, wpadając przy okazji na
idącego ze mną kolegę, który słysząc o człowieczku, patrzył na mnie coraz
bardziej dziwnym wzrokiem. Kiedy wreszcie postanowiłem nie obchodzić
przeszkody, człowieczek się ... rozpłynął. Zaznaczam, że nie brałem niczego .. (śmiech) W
tym roku go nie spotkałem, może jednak za wcześnie ukończyłem rajd?


- Rajd na stałe wpisał się do kalendarza pomorskich imprez
turystycznych, zapewne będziesz miał jeszcze okazję dojść do mety końcowej. Ale
póki co, zgadzasz się z Leopoldem Staffem, który powiedział „A większą mi
rozkoszą podróż, niż przybywanie?”


- Oczywiście, bo urok życia polega właśnie na ciągłym „gonieniu
króliczka”.


 

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!