zdjęcie ilustracyjne zdjęcie ilustracyjne

zdjęcie ilustracyjne (© Lucien Monfils/ Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, 2.5 Generic, 2.0 Generic and 1.0 Generic license.)

10 czerwca, niedziela. Po kilku dniach lekceważenia opuchniętej ręki (myślałem, że jest stłuczona lub zwichnięta) idę w południe do tarnowskiego szpitala po „pomoc doraźną”. Tłoku nie ma, wypisują mi kartę, przyjmuje mnie tęgi lekarz (łatwo sprawdzić nazwisko, bo miał dyżur aż do następnego dnia). Nie kłamię mu, że „to” stało się przed chwilą, więc mówi mi żebym spadał (innymi słowy).

Następnego dnia mam iść do rodzinnego, ten da mi skierowanie do ortopedy ten skieruje na zdjęcia i tak po trzech dniach wrócę do punktu wejścia, czyli do szpitala. Na nic moje utyskiwania, że ręka boli i pokazywanie jak bardzo jest opuchnięta. Spadać.

Wieczorem z bólu nie wytrzymuje i idę do drugiego, mniejszego szpitala w Tarnowie. Mimo niedzieli, na ortopedii lekarz dyżurny uprzejmie mnie przyjmuje i tylko spojrzał na rękę i stwierdził: „złamana”. Potwierdzają to zdjęcia rtg. Jestem przyjęty na oddział, po dwóch dniach operacja.

Lekarz mniejszego szpitala jest oburzony postępowaniem swojego „kolegi” z dużej placówki. Mówi mi, że nawet, jeżeli nieszczęśliwe zdarzenie miało miejsce kilka dni temu to na „doraźnym” powinni mnie przyjąć, bo przecież stan mógł się pogorszyć, a tak było, bo ręka bolała coraz bardziej. Zapytał mnie czy mam kwit, że nie chciał mnie przyjąć. No nie mam - wezmę następnym razem, gdy - odpukać – sprawa się powtórzy.

"Robić im się nie chce" - komentuje lekarz z mniejszego szpitala. Po tygodniu idę do mniejszego szpitala na kontrolę. Niestety zdjęcie wykazuje „przesunięcie”, więc następnego dnia znowu mam się zameldować w szpitalu. Mimo, że opuściłem placówkę „zdrowia” tydzień temu, procedura przyjęcia zaczyna się od nowa. 2 Lekarzy oddziału przyjmuje w poradni. Jeden, - co zrozumiałe przyjmuje pacjentów do kontroli. Ale drugi zamiast wzmacniać blok operacyjny zajmuje się poradnią, czyli wypełnia kilkanaście (sic!) stron formularzy. Sprawa, którą mogłaby się zająć sekretarka medyczna, a nawet pacjent mógłby wypełnić je sam, ponieważ całe kwestionariusze polegają jedynie na oświadczeniach klienta (m.in. kiedy było się u fryzjera, dentysty i okulisty. Co ma okulista do złamanej ręki - to chyba tylko NFZ wie. Chociaż może on podejrzewa, że nie wiem, że jestem ślepy i stąd uraz. Ale moich kilkadziesiąt odpowiedzi nie ma ŻADNEGO znaczenia, bo nawet, gdy nie wiem czy byłem szczepiony przeciw żółtaczce, to i tak idziemy dalej. Znaczenie ma tylko kilka moich podpisów, które potwierdzają jedynie to, że szpital nie bierze ŻADNEJ odpowiedzialności za moje leczenie. Np. w razie zakażenia żółtaczką powikłania są moją sprawą (sic!).

Skoro przyszedłem „do poprawki” to liczę na szybki termin operacji. Gdzie tam! Widoczne NFZ tak to ustawił, że trzeba się mną „pobawić”, mam sobie poleżeć w szpitalu żeby miał lepiej zapłacone, (jeżeli nie wiadomo, o co chodzi - pewnie chodzi o pieniądze - brzmi stare przysłowie). Rozumiem jeszcze „zwłokę” przy jakimś skomplikowanym zabiegu, ale mój jest prosty jak budowa cepa, albo słowa Tomaszewskiego.

Na trzeci dzień mam wyznaczony termin ponownej operacji. Jestem 4. na pięciu pacjentów wyznaczonych do zabiegu. Czas dłuży mi się niemiłosiernie, denerwuję się - to normalne. Z ulgą witam pielęgniarkę z kroplówką, bo to oznacza, że lada pół godziny będę operowany. Niestety kroplówka cała „schodzi”, a nikt mnie nie zabiera na blok operacyjny. Potem okazuje się, że operacji jednak nie będzie, bo kardiologia zabrała rentgen operacyjny do włożenia innemu pacjentowi rozrusznika. Czyli kardiologia i ortopedia ma jedne urządzenie rtg wykorzystywane przy operacjach?

Lekarz, który miał mnie operować SPECJALNIE przyjechał na ten zabieg, no, ale anestezjolog nie rozpocznie następnej operacji, bo przecież za pół godziny, o 15 kończy pracę i ma w nosie, że ktoś czeka i cierpi. W rezultacie mój pobyt w szpitalu przedłuża się o kolejne, co najmniej trzy dni. Przed pierwszą operacją tłumaczono mi, że muszę na nią poczekać, bo będę miał cały szereg badań. Te „badania” polegały na pobraniu krwi i paru zdjęciach rentgenowskich. Razem zajęło to pół godziny. Przed drugą operacją - podobno na życzenie anestezjologa - ponownie pobiera mi się krew - tak jakby jej właściwości zmieniły się ciągu tygodnia.

W „dużym” szpitalu w Tarnowie powiedziano mi: „spadaj”. W „mniejszym” przyjęto mnie życzliwie, z kulturą i szacunkiem dla bólu i człowieka. Ale „mniejszy” wyżej przepisów, wyżej NFZ-u i Ministerstwa „Zdrowia” nie podskoczy. Kto jest dla kogo i z czyich pieniędzy?


Znajdź nas na Google+

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!