Jak współcześnie wyglądają przygotowania na party?

Kobiety dwie godziny przed wyjściem starannie wykonują na swych nieskazitelnych twarzach kolorowe malowidła, 30 minut przed spryskują wybalsamowane wcześniej ciała drogimi perfumami, by zapach zdążył prawidłowo zapachnieć. Dzień przed ładują baterie do aparatów. Mężczyźni biorą szybki prysznic, nakładają żel na włosy i pakują cyfrówki do futerałów. Nikt nikomu nie kupuje róż, nie pakuje prezentów, nie zabiera gitary.

Dzwonek! Gospodarz otwiera drzwi, a jego wierny giermek robi pierwsze pamiętne zdjęcie. Rażący flesz od niedobrze ustawionego aparatu wybiela opalone twarze, białe z natury czyni upiornymi. Tłuste cery mają najgorzej, bo świecą się najpiękniej.

Z początku sztywne towarzystwo zasiada do stołu. Głównym daniem będzie zmrożona wódka klasy A, B i tani szampan zza wschodniej granicy. Na papierosa trzeba wyjść na balkon, by dym nie przeszkadzał giermkom w pracy. Pierwszy kwadrans – goście wyjmują sprzęt. Drugi – włączają niezawodny tryb „auto”. Trzeci – wymyślają śmieszno-żałosne pozy. Czwarty – przesiadają się, biegają w kółko. Trzeba być przecież na wszystkich tego wieczoru. Gdy szkło pęknie na dobre, flesze nie przestają błyskać. Płeć piękna pudruje nosek w WC, silniejsza pilnuje angielskiego irokeza.

Z głośników płynie popowa nuta. Chocholi taniec czas zacząć. Foty z góry, z dołu, na spontanie. Czasem ktoś trzaśnie kilka czarno-białych albo w sepii. Sąsiedzi spać nie mogą, a przecież już 15 po 22. Właściciel „kwadratu”, nazbyt zajęty tracącym moc kompakcikiem, nie ma czasu na uspokajanie „zrobionych” przyjaciół. W końcu ktoś wpada na pomysł przeniesienia imprezy do Internetu. „Nasza-klasa”, „Myspace”, „Studentix” zapraszają serdecznie do siebie. Następuje wielkie logowanie. Przeciążone serwery dyszą jak lokomotywy, zbolałe palce błagają o litość, a szkło się męczy.

Sytuacja opanowała się sama w ciągu niespełna 45 sekund. Wzorowo jest należeć do przynajmniej trzech wirtualnych społeczności. W nich człowiek nie posługuje się już imieniem i nazwiskiem, nie mówi o swoich zainteresowaniach, ale najzwyczajniej w świecie przeobraża się w piksele: „Rzym 2007”, „Paryż zeszłego roku”, „Ja i moje dwa skarby”, „U cioci na imieninach – maj”… Linki mienią się w oczach, strony skaczą jak czarne ogiery na wyścigach, a wszystko w rytm muzy „zapodanej” przez Dj. Wacława z Łomży. Kilka długich godzin później party dobiega końca. Każdy udaje się na mały relaks ze swoim własnym laptopem. Dzień po „domówie”, na wielkim kacu, aparaty podłączają się do PCetów. Przeglądanie, ostra krytyka i selekcja wyłaniają te najlepsze. Ci, co nie byli płoną z zazdrości.

Świat oszalał. Chorobliwe zdejmowanie wszystkich obrazów zajmuje ludziom stanowczo za dużo czasu. Zajmuje do tego stopnia, że nie mają kiedy ze sobą rozmawiać. No chyba, że wtedy, gdy odwiedzają się po to, by „bezinteresownie” wymienić się plikami .jpg.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!