„Książka to przyjaciel, który nigdy nie zdradzi.” – stwierdził niegdyś Jacques Vellee des Barreaux, francuski poeta żyjący na przełomie XVI i XVII wieku. Mimo, iż od tego czasu minęło kilkaset lat, podejście do książki u niektórych czytelników nie zmieniło się. U mnie jest podobnie.

Odkąd sięgam pamięcią, w domu zawsze były książki. Do zapalonych czytelników należała cała moja rodzina. Każda osoba miała swoje indywidualne zbiory, preferencje. Ojciec czytał książki podróżnicze, dotyczące Indian, matka i siostra literaturę piękną, dziadek wojenną. Do literatury pięknej, szczególnie przedawnionej, nigdy tak do końca się nie przekonałem, literaturę wojenną czasem lubię poczytać. Za to tematy podróżnicze wciągnęły mnie do reszty.

Niewiele pamiętam książek z okresu wczesno-dziecięcego. Były to zazwyczaj bajki lub komiksy. Lubiłem ilustrowane przygody Bolka i Lolka, koziołka Matołka, Kajko i Kokosza. Pamiętam swój pierwszy, ilustrowany atlas geograficzny. Był podzielony tematycznie, na mapach poszczególnych kontynentów znajdowały się ilustracje fauny i flory tam występującej, rysunki ludowych strojów mieszkańców, flagi poszczególnych państw. Oprócz sterowanego pojazdu z wieloma lampkami i dźwiękiem, rosyjskiej produkcji, właśnie ten atlas był moją największą zabawką dzieciństwa. Atlas przetrwał do dziś – obecnie przegląda go mój siostrzeniec.

W kolejnych latach, charakteryzujących się większym już dostępem książek na półkach sklepowych, zainteresowałem się komiksami o amerykańskich herosach – Batmanie, Super-Menie, Spider-Menie. To był krótki okres, szybko odkryłem magię książek nieilustrowanych, za to w grubych, wielotomowych. Zawsze wolałem i wolę książki kilkusetstronicowe. Nie lubię rozstawać się z książkowym bohaterem.

Przełomowym momentem w zainteresowaniu literaturą były przygody Tomka. Cykl książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego wywarł duży wpływ na mnie i zapewne w pewnym stopniu zdecydował o moich późniejszych podróżach… Zaś jako chłopiec pływałem z Tomkiem po morzach i ocenach świata, łowiłem kangury, pomagałem Indianom, walczyłem z łowcami głów i handlarzami niewolników. Przemierzałem w wyobraźni cały świat od Afryki po Australię. Zawsze fascynowało mnie, iż ten autor nie podróżując zbytnio po świecie (do Polski przybył ze Stanów Zjednoczonych), w tak wierny sposób potrafił odzwierciedlić zwyczaje egzotycznych plemion, florę i faunę na poszczególnych obszarach globu. Alfred Szklarski był przeciwnikiem nacjonalizmu, propagował ideę zjednoczenia i pojednania narodów i ras. Dało się to zauważyć w jego twórczości. Nie każdemu podobały się takie „radykalne” poglądy – Alfred Szklarski spędził 8 lat w więzieniu za swoje publikacje. To był pisarz genialny, do tej pory wracam do jego książek, mimo, iż znam je na pamięć…

Podobnie sprawa się miała z książkami na temat Indian. Przewertowałem dziesiątki pozycji o tej tematyce. Żal mi było losu Indian, gnębionych przez kolonistów. Zawsze kibicowałem im w próbach ich wyzwoleńczej walki i zachowania własnej tożsamości. Czytałem kiedyś tekst publicystyczny polskiego pisarza, nie pamiętam którego. W mojej utkwiła pamięci, to teza autora, iż jesteśmy jednym z nielicznych, może jedynym narodem w Europie, który w starciach europejskich kolonistów z Indianami, zawsze stawał po stronie tych drugich. Nie wiem, czy mogę się z tym zgodzić, w końcu jeden z najbardziej znanych autorów książek o tematyce indiańskiej, twórca Winnetou – Karol May – był Niemcem. Nie spotkałem jednak żadnego rodaka, który wypowiadałby się negatywnie na temat rdzennych ludów Ameryki.

Dużo radości dawały mi książki Henryka Sienkiewicza. „Ogniem i mieczem” jest jedną z moich ulubionych pozycji. Jakością i akcją przewyższa pozostałe tomy trylogii. W przeszłości lubiłem często wracać do „W pustyni i w puszczy”. Z dzieciństwie miałem (i nadal mam) dziesiątki albumów przyrodniczych i podróżniczych. W erze, gdy nie było internetu, były to szczególnie cenne eksponaty. Przeglądając niedawno archiwalne numery miesięcznika „Zwierzaki” przypomniałem sobie, że moja przygoda z mediami zaczęła się nie przed kilku laty a w szkole podstawowej. Korespondowałem z czasopismem, moje listy i rysunki ukazywały się w druku.

Okres ostatnich lat szkoły podstawowej, liceum zaowocował zainteresowaniem horrorem. Przejrzałem chyba wszystkie dostępne tytuły w miejscowej bibliotece. Wielu autorów było nieznanych, mieli jednak fenomenalne niekiedy książki. Powoli, małymi kroczkami zbliżałem się do literatury mistrza tego gatunku – Stephena Kinga. To dla mnie niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie, przeczytałem większość jego książek. Chyba tylko on potrafi z niezbyt ambitnej historyjki o zielonych ludkach i znalezieniu UFO w lesie, zrobić dreszczowiec, który wciągnie czytelnika na długie godziny. Innym interesującym pisarzem poruszającym się w tej tematyce jest Graham Masterton. Brytyjski autor, autor licznych horrorów, interesuje się naszym krajem, przyjeżdżając czasami. W jego twórczości często dostrzega się polskie akcenty.

Niezmiernie interesuje mnie fantastyka. Za najlepszą książkę tego gatunku (zapewne jak większość czytelników) uważam „Władcę pierścieni” Tolkiena. Trylogię o przygodach hobbita Frodo przeczytałem jednym tchem. Nie inaczej było z innymi książkami tego autora. Warto wspomnieć, że Tolkien znał w większym lub mniejszym stopniu około 30 języków, nawet próbował uczyć się polskiego.
Uważam, że mamy znakomitych polskich pisarzy tego gatunku. Lubię Andrzeja Sapkowskiego za sagę o wiedźminie i trylogię husycką. Aż żal bierze, że adaptacja filmowa „Wiedźmin” okazała się takim fiaskiem. Czytam książki Kresa, Piekary, Ziemkiewicza, Pilipiuka. Za to nigdy nie przekonała mnie literatura Stanisława Lema.

Od kilku lat mocno interesuje się literaturą faktu. Reportaże potrafią wciągnąć czytelnika. To już nie zawsze jest czytanie dla relaksu. Niektóre reportaże, szczególnie wojenne dają do myślenia. Co ciekawe – prozę Kapuścińskiego, mistrza reportażu czytam od niedawna. Znacznie wcześniej zainteresowała mnie literatura faktu w wykonaniu Jacka Pałkiewicza.
Jego podróże opisane w sposób rzeczowy, konkretny najbardziej przypadły mi do gustu. Jeszcze w czasie działalności w magazynie studenckim „Radar” udało mi się przeprowadzić wywiad z polskim reporterem, znanym bardziej we Włoszech niż u nas.
Jacek Pałkiewicz samotnie przepłynął Atlantyk na szalupie ratunkowej w 44 dni! Cenię go bardziej niż Cejrowskiego, który swoją popularność bardziej zawdzięcza medialności i aktorstwu niż warsztatowi dziennikarza. Z literatury faktu na uwagę zasługują też publikacje Tochmana i Giełżyńskiego. W ich ślady idzie również Czeszumski – zapewne wkrótce przeczytamy jego reportaże o wojnie narkotykowej w formie drukowanej.

Książki potrafią wciągnąć i zająć szmat czasu. Raczej nie zaniżam polskich statystyk dotyczących czytelnictwa wśród Polaków – zdarza mi się przeczytać kilka książek w tygodniu. Jako dziennikarz, recenzent, również osoba pisząca prozę, zapewne jestem wymagającym czytelnikiem. Zwracam uwagę na poszczególne elementy książki, akcję, realizm bohaterów, zróżnicowanie charakterologiczne, sposób prowadzenia narracji, tajemniczość i grę na emocjach. Książka powinna być dynamiczna, ciekawie prowadzona. Najważniejsza jest akcja! Nie lubię języka poetyckiego, pełnego intelektualnych, często przesadzonych sformułowań i filozoficznych zagadek. Przerost formy nad treścią. Takich książek unikam!

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!