Konkurs polega na odgadnięciu losów bohaterów powieści "Wszystko się zmienia" Mariana Noconia. Autor najlepszego, najbardziej odpowiadającego prawdzie tekstu, zostanie nagrodzony wymienioną książką. Patronat nad powieścią objął serwis Wiadomosci24.pl.

O co chodzi?

W konkursie może wziąć udział każdy zarejestrowany użytkownik serwisu Wiadomosci24.pl. Osoby zainteresowane konkursem mają za zadanie przeczytać zamieszczony poniżej fragment powieści i na jego podstawie stworzyć dalsze losy bohaterów. Może to być forma literacka, dyskusja, polemika, esej, dowolna forma dziennikarska - wszystko zależy od wyobraźni dziennikarzy serwisu.

Aby wziąć udział w konkursie należy do 15 listopada opublikować tekst związany z tematyką konkursu, opatrzony tagiem: "Wszystko się zmienia". Autor najbardziej interesującego tekstu otrzyma w nagrodę książkę Mariana Noconia: "Wszystko się zmienia" i będzie mógł przekonać się o rzeczywistym zakończeniu losów bohaterów. Wydawcą książki jest Wydawnictwo Novae Res.

Konkurs rozstrzygnie Michał Mazik w porozumieniu z autorem książki, Marianem Noconiem. Wyniki konkursu zostaną opublikowane do 7 dni od terminu nadsyłania tekstów.

Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie. Zaskocz swoją wyobraźnią innych i odgadnij zakończenie książki!

Fragment książki: Rozdział 1. Według planu

Kładąc się późnym wieczorem, starałem się wyciszyć i nie myśleć o tym, co będzie mnie czekało następnego dnia. Rankiem obudził mnie promień słońca przeciskający się przez szczelinę między firanami. Spojrzałem na święcące czerwonym kolorem cyfry budzika. Było jeszcze wcześnie i nie musiałem wstawać. Dobrze. Mam jeszcze czas
pomyślałem z zadowoleniem i ulgą. Nie mogłem jednak zasnąć, bo pochłonęły mnie myśli o organizacji podróży i troska o losy moje i mojej rodziny w najbliższych trzech tygodniach, jakie miałem spędzić daleko od domu. Czas przeleciał jak błyskawica. Na szczęście te myśli przerwał dźwięk budzika, zapobiegając mojemu spóźnieniu. Kiedy wstałem, ani się spostrzegłem, gdy musiałem wyjść z mojego katowickiego mieszkania
oczywiście, jeśli chciałem zdążyć na autobus. Zarzuciłem na plecy spakowany poprzedniego dnia plecak, spojrzałem na żonę oraz dwójkę dorastających chłopców, rzuciłem ciepło:
Do zobaczenia. Będę o was myślał. Nie martwcie się, będzie dobrze.

Potem autobus, pociąg i w końcu warszawskie lotnisko. Do odlotu pozostały ze cztery godziny. Czytając jakiś kolorowy magazyn, spojrzałem w dół holu i dostrzegłem czerwone polary. To współuczestnicy wyprawy. Po dwóch godzinach siedziałem razem z nimi na pokładzie najmniejszego Boeinga. Lecieliśmy do Rotterdamu. Dalej przeładunek bagaży i po dziesięciogodzinnym nocnym locie stąpam wreszcie po szorstkim betonie nairobijskiego lotniska. Nie był to jednak spacerek, a gorączkowe truchtanie w poszukiwaniu zaginionego bagażu. Połowa naszej ekipy pozbyła się połowy ekwipunku. Byłby to pryszcz, gdyby chodziło o wczasy w Kenii. Reklamacja, bagaż dochodzi do tygodnia albo nie
i tyle. Tym razem mnie i moich towarzyszy wyprawy ogarnął poważny niepokój, bo bez tego sprzętu trudno będzie wejść na blisko sześciotysięczny szczyt. Z rozmowy łamaną angielszczyzną z miejscowymi dżentelmenami w marynarkach wynikało, że bagaż będzie za dziewięć godzin. Oczywiście, jeśli doleci kolejnym samolotem z Rotterdamu. Nie mieliśmy wyjścia. Deszcz i chłód afrykańskiego poranka szybko pomogły nam znaleźć się na pokładzie latającej ciężarówki, jaką był wysłużony pasażerski ATR. Silniki zagrały i odtąd ciężki, miarowy warkot łopot śmigieł towarzyszył nam w drodze do pobliskiej Tanzanii.

Krótki, blisko godzinny lot okraszono nam sokopodobnym napojem, którego sposób przyrządzenia oraz podania był daleki od europejskich zwyczajów. Ależ mi się chciało pić! Ale gdy przystawiłem mały plastikowy kubek do ust, by ukoić pragnienie, moja racjonalność zaczęła dominować.
Ameba, ameba!
zakołatało mi w głowie. Odstawiłem porcję ciepłego, kleistego płynu, który miał mi przybliżyć kontynent. Jedynie młodemu stewardowi trudno było wytłumaczyć, czemu tak entuzjastycznie przyjęty poczęstunek nie został skonsumowany.
Po pół godzinie głos pilota oznajmił nam i innym miejscowym pasażerom, że po lewej stronie znajduje się znany masyw Kilimandżaro, a po przeciwnej Mawenzi. Zaraz można było poznać, kto jest nowicjuszem, a kto starym wygą. Ci pierwsi, do których się zaliczałem, złapali aparaty i kamery, by przykleić się do bulajów. Drudzy obserwowali nas z afrykańskim dystansem do pośpiechu. W ich ciemnych oczach można było dostrzec cień politowania, ale i sympatycznego zrozumienia.

Cieszyliśmy się z mijającego deszczu. Po stronie tanzańskiej kraina stała się dla nas przyjaźniejsza. Deszcz ustał, a wędrujące ku górze ciężkie chmury odsłoniły w połowie jeden z celów naszej podróży
ogromny masyw górski. Snopy słonecznego światła, padające na rudawą ziemię, sprzyjały naszej nadziei. Nadziei, że góra okaże się dla nas łaskawa. Lądowanie było miękkie i profesjonalne. Pasażerowie, odziani w tutejsze kolorowe dzianiny, szybko i sprawnie opuścili pokład. Nawet solidne bagaże podręczne nie były w stanie przeszkodzić im w przechodzeniu przez wąskie drzwiczki. Jeszcze przed chwilą ociężali przysypiali na swoich siedzeniach. Jednak zaraz po otwarciu drzwiczek samolotu z gracją, bez przepychania rozpłynęli się. Tymczasem my trochę nieporadnie wygramoliliśmy się ze swoim drogocennym sprzętem na taflę lokalnego lotniska.

Port Kilimandżaro, pomimo nazwy international, nosił znamiona lokalnego, turystycznego lotniska. Dochodząc szybko do budynku odpraw, zbudowanego w stylu warszawskiego hotelu Victoria, chcieliśmy po naszemu załatwić reklamację zagubionego bagażu. Mieliśmy wsparcie ścian budynku postawionego kiedyś przez Polaków, więc wydawało nam się, że sprawy pójdą dużo szybciej. Tutaj otrzymaliśmy pierwszą lekcję. My mamy zegarki, a oni
czas. Już po trzech godzinach papierkowej roboty mogliśmy zajrzeć do jedynego czynnego punktu, jakim był kantor wymiany. Nasze dolary zamieniły się w tanzańskie szylingi z liczbą zer przypominającą polskie banknoty przed denominacji. Czuliśmy się coraz pewniej.
Potem półgodzinny odpoczynek po bądź co bądź męczącej operacji wymiany waluty. Wcale nie czuliśmy się obserwowani czy nagabywani. Ten problem załatwiał płot z drutem kolczastym i wartownik z kałasznikowem. Mogliśmy wdychać wilgotne, chłodne i nasycone niewidocznym pyłem afrykańskie powietrze.

Gdy nadjechał wyczekiwany mikrobus, dwóch rosłych przedstawicieli naszego organizatora zapakowało cały ekwipunek na dach pojazdu. Potem szybkie sprawdzenie umocowania i wszyscy weszliśmy do wozu.
Asfaltowa droga o dobrej nawierzchni zaprowadziła nas do lokalnej autostrady, jak nazywali tę krajową dwupasmówkę Tanzańczycy. Dalej tylko sześćdziesiąt kilometrów jazdy
i okazjonalne zapoznawanie się przez zakurzone szyby z okolicznymi widokami. Oprócz sawanny, porośniętej tu i ówdzie kolczastymi krzakami akacji, ciągnącymi się wzniesieniami pokrytymi ciemnobrunatną glebą, można było dostrzec w oddali samotne baobaby. Trasa wiła się wzdłuż gęsto przylepionych do drogi budyneczków. Ich wygląd nie był imponujący, ale dobrze odzwierciedlał koczowniczy charakter i upalny klimat krainy: małe, z niewielkimi oknami, bez szyb, kryte rzadziej liśćmi palmowymi, częściej blachą falistą. W większości puste. Ich mieszkańcy rozbiegli się na pastwiska, targi i drogi. W oddali dało się też zauważyć charakterystyczne okrągłe chaty dumnych Masajów. One także nie pchały się na pierwszy plan ku naszej drodze, ustępując współczesnym hybrydom pustaków z nowoczesną blachą.
To nie koniec naszej malowniczej podróży do hotelowej oazy w Moshi. Gdyby nie liczne rzesze pięknie i kolorowo ubranych ludzi, okolica byłaby wręcz smutna. Na szczęście machające do nas ręce i szerokie śnieżnobiałe uśmiechy napawały ufnością i sympatią.
Idylla byłaby pełna, gdyby nie zbierający się w mikrobusie pył. Dławił nas w oczy i gardła, zupełnie nie przeszkadzając naszym współpasażerom na gapę
moskitom. Niestety, raz po raz musiałem odrywać się od wizjerów aparatu oraz kamery i dynamicznie zajmować się tymi maleństwami.

Płynność jazdy wyhamował korek spowodowany wypadkiem niewielkiego, zdezelowanego autobusu. Kiedy ruszyliśmy dalej, zauważyłem sznur rozsypanych owoców ciągnący się na dwadzieścia metrów. Doprowadził on mój wzrok do pochylonego w rowie pojazdu. Mijając zgromadzony wokół niego gestykulujący tłum gapiów i pasażerów, można było dostrzec policjantów i zapewne kierowcę autobusu. U ich stóp leżały liście bananowca, spod których wystawała para kobiecych nóg. Dreszcz przeszedł po moim ciele i doszło do mnie, że to nie film krajoznawczy.

Gdy po trzech godzinach jazdy upodobniliśmy się do Beduinów, zobaczyłem dziesięć, może dwanaście wysokich silosów miejscowego browaru. Podróż dobiegała końca. Przejechaliśmy jeszcze tylko pół kilometra po bezdrożach poza miasto i jedynie ciągnące się za nami tumany kurzu zdradzały kierunek jazdy.
Dojechaliśmy do wysokiego muru. Metalowa brama otworzyła się i z dyżurki wyszedł umundurowany recepcjonista. Zagadał z naszym kierowcą. Obaj spojrzeli na nas i po chwili strażnik nerwowym ruchem kazał otworzyć bramę.
Może to porwanie?!
rzucił ktoś żartobliwym tonem.
Nikt się jednak nie zaśmiał. Sam nie byłem pewien.

Brama otworzyła się z piskiem, a zza jej wrót wyskoczyło kolejnych czterech mundurowych, którzy otoczyli nasz pojazd, rozglądając się na boki. Mikrobus wjechał, ludzie wbiegli za nim i brama odcięła nas od świata. Świata, który już stawał się dla nas coraz przyjaźniejszy.
Gdy nasz bus zatrzymał się na minidziedzińcu wśród parterowych i jednopiętrowych budynków otoczonych palmami, niepokój zaczął się kurczyć.
Zbyt ładnie, by mogło tu być coś gorszego niż hotel
pomyślałem.
Spekulacje zacierały niewygody podróży. Oblepione potem i brunatnoczerwonym pyłem ciała turystów wytoczyły się na brukowany małą kostką trotuar. Wypadaliśmy jeden po drugim niczym spadochroniarze. Nogi, osłabione ponad dwudziestogodzinnym siedzeniem, chciały nam udowodnić, że za równikiem ciało waży więcej; wydawało się, że są z waty.
W nasze grono wtargnął dwumetrowy dryblas. Spojrzeliśmy nieufnie, ale trudno było nie odwzajemnić jego szerokiego uśmiechu. To nie był wódz tego plemienia, lecz hotelowy boy. Bagaże z jego pomocą fruwały z dachu wozu, spadając niestety na ziemię. Mundurowi chronili nas przed nadmierną ciekawością miejscowych, a cywile zajęli się naszymi paszportami, żołądkami i pieniędzmi.

Po przydzieleniu pokoi zapadliśmy w dwugodzinną drzemkę.
Obudził mnie rumor dochodzący z góry. Gdy się ocknąłem, zaległa cisza. Wyszedłem na werandę, gdzie paru takich jak ja stało gotowych do wyjścia. Spojrzałem na zegarek. Było po siedemnastej. Niezbyt gorąco, tak ze 26şC. Twarz otulał lekki wietrzyk. Czułem lekkie podekscytowanie czekającym nas poznawaniem.
Idziemy do centrum?
rzuciłem do żądnych przygód znajomych.
Kiwnęli akceptująco głowami. Wróciłem do pokoju, założyłem na głowę białą randżerkę i poszliśmy w piątkę.
Przekroczyliśmy bramę i skierowaliśmy się do odległego o trzy kilometry miasta Moshi. Spragnieni afrykańskich wrażeń, mając na wyciągnięcie ręki masyw Kilimandżaro, chłonęliśmy wszystko, co nas otaczało. Bladolicy europejczycy z uśmiechem naiwnych turystów kroczyli dumnie całą szerokością polnej drogi. Dopiero pędzący z naprzeciwka bus przywołał nas do porządku. Zostaliśmy zmuszeni odtąd iść gęsiego jak wszyscy. Od tego momentu zaczęliśmy krytyczniej oceniać otaczającą nas rzeczywistość.

Po półgodzinnym spacerze zreflektowaliśmy się, że nie minął nas żaden biały człowiek. Miejscowi, z nielicznymi wyjątkami, przerywali swoje zajęcia, by spojrzeć na idące osobliwości. Telefony komórkowe w tym rejonie nie działały, po angielsku trudno było się porozumieć, a natarczywe słowne zaczepki handlowe szybko stopiły nasze poczucie bezpieczeństwa. Zrozumieliśmy, iż nie jest to europejska wycieczka. Wyróżnialiśmy się wieloma cechami i nic dziwnego, że przyciągaliśmy uwagę.

Pragnienie zmusiło nas do skorzystania z lokalnej gastronomii. Dobrze schłodzone piwo, woda mineralna, soki i cola szybko przemieniły się w kropelki potu, a te z kolei w wodne soczewki. Dlatego wracając z niewielkimi trofeami pamiątkarskimi, coraz bardziej odczuwaliśmy na skórze niewinne z pozoru słońce. Wnet przekonaliśmy się, że nawet na dwie godziny przed jego zachodem nie należy go lekceważyć. Z białych staliśmy się czerwonoskórymi.
W hotelu zyskaliśmy uznanie już jako doświadczeni afrykańscy turyści
i to nie tylko swoich pobratymców, ale także obsługi hotelowej. Okazało się bowiem, że w licznych folderach ostrzega się globtroterów przed nadmierną ciekawością handlową naszych braci. I z reguły nikt nie ma ochoty zwiedzać okolicy piechotą.

Po przyzwoitej kontynentalnej kolacji położyliśmy się na nocny spoczynek. Większość z nas kładła się z nadzieją na odzyskanie swojego sprzętu.
W nocy obudziło mnie na chwilę trzaśnięcie drzwiczek gazika i gasnący warkot jego silnika. Zaraz potem na nowo zapadłem w płytki sen. Jeszcze przed wschodem słońca ponownie usłyszałem gazika. Wrócił z naszym zagubionym bagażem. Uczynna obsługa, ku naszej radości, sprawiła się na medal! Ujęła nasze serca.
Przed śniadaniem postanowiłem zrobić ciekawe zdjęcia okolicy. Ochroniarz zobaczywszy moje zapędy fotoreporterskie, zaczął energicznie coś mi tłumaczyć, pokazując teren za murem naszej oazy. Ponieważ używał języka bantu
suahili, tylko się uśmiechnąłem, pokazując palcami, że wrócę za dziesięć minut, i poszedłem w teren.
Wróciłem po pięciu minutach. Otóż oddalając się samotnie od muru na dwadzieścia pięć metrów, usłyszałem wpierw jedno nieśmiałe:
Hello.
Odpowiedziałem tym samym i przeszedłem dalsze dwadzieścia metrów. Zrobiłem kilka fotek i do moich uszu doszedł znajomy dziecięcy głosik:
Hello! Hello!
Tym razem brzmiał już śmielej. Po chwili wtórował mu z tuzin podobnych głosów, przekrzykujących się nawzajem. Ani się spostrzegłem, zostałem otoczony liczną grupą dziatek. Dopiero donośny krzyk mojego portiera rozproszył dzieciaki, które pochowały się w okolicznych zaroślach. Szybko wycofałem się na upatrzoną pozycję w hotelu.
A trwało w nim międzynarodowe śniadanie z niemal kontynentalnym jadłospisem. Wśród dźwięków filiżanek, gwaru żartujących gości przełykałem po chwili treściwy posiłek.
Tuż po nim czekało nas przygotowanie ekwipunku, wyposażenia osobistego, przepakowanie się i droga na szczyt.

Po półgodzinnym organizowaniu się ekipy nasze bagaże zostały umocowane na dachu busu.
Wsiedliśmy i czekaliśmy, aż pojawi się przewodnik. Jedynie cień budynków hotelowych
i miły lokalny chłód powstrzymywały nas od ponownego rozejścia się na chłodne piwo.
Wreszcie brama została otwarta, a za nią pojawiło się ostre słońce oraz furgonetka z naszym przewodnikiem.

Odprowadzeni lasem rąk obsługi hotelowej i otuleni miejscowym tumanem kurzu jechaliśmy w stronę masywu Kilimandżaro. Rzadko miałem okazję spoglądać na wierzchołek góry odległej o blisko dwadzieścia kilometrów, zadzierając jednocześnie wysoko głowę.
Po godzinie skończył się asfalt, a my jechaliśmy dalej i wyżej. Pokonanie ostatnich dwóch kilometrów krętej górskiej drogi zabrało nam ponad dwadzieścia minut.
Z wyciem silnika dojechaliśmy do bramy parku narodowego Machame. Po zarejestrowaniu się i zważeniu naszych bagaży przez wyselekcjonowaną okiem przewodnika ekipę tragarzy wyruszyliśmy.

Początkowo wędrówka przebiegała łagodnym, parkowym traktem. Podejście nie było strome i wydawać by się mogło, że będzie to spacerek dla naszej grupy. Jednakże organizmu nie da się oszukać. Na wysokości dwóch kilometrów otrzymywał przecież o dziesięć procent uboższą w tlen mieszankę powietrza. Po czterech godzinach spaceru pośród drzew, olbrzymich paproci, zwisających lian i pokrzykiwań małp oraz ptaków zatrzymaliśmy się na półgodzinny biwak. Od tego momentu było już coraz bardziej męcząco.
Trzy tysiące metrów ponad poziom morza (n.p.m.) osiągnęliśmy na godzinę przed zachodem słońca. W sam raz, by rozbić namiotowy biwak.
Nazajutrz obudził nas oślepiający blask słońca. Jego tarcza zawieszona była tuż nad masywnym szczytem, Schira, które monumentalnie wyrastało spośród lasu deszczowego na wysokość ponad pięć tysięcy metrów. Był to jeden z trzech szczytów Kili.
Jesteśmy na trzech kilometrach, a przed nami jeszcze dwa i pół w górę
pomyślałem.
Minęła godzina i o ósmej byliśmy znowu w drodze, zostawiwszy las, który skrywał nas przed palącymi promieniami słońca. Idąc wolno, z nogi na nogę, mozolnie pięliśmy się po skałach w górę. Zanim okryła nas mgła, nad głowami krążył wysoko orzeł, który przekazał potem swój patrol licznym krukom górskim. Te nie odstępowały nas na krok i były przy każdym posiłku, cierpliwie czekając na pobliskich pagórkach, aż będą mogły skorzystać z darmowego bufetu. Ale my nie byliśmy szczodrzy i jedyne, na co mogły liczyć, to kilka skórek bananów
i okruchy z batonów orzechowych. Posiłki były zjadane do czysta.

Skalne ścieżki, półki, kilkusetmetrowe przepaście i wysokie na kilometr ściany bazaltowe inspirowały nas do dalszej wspinaczki. Dławiący oddech, niemogący zaspokoić w pełni potrzeb tlenowych organizmu, był pokonywany wolą dojścia na szczyt.
Kolejny wieczór, zakwasy w nogach. Następny tysiąc metrów wspinania się, sześć godzin męczącego trawersowania zbocza wielkiej góry.
Humor jednak nie opuszczał nas. Ciepła, pożywna kolacja w dużym namiocie. Obsługiwani przez tragarzy i kucharzy, śmialiśmy się i śpiewaliśmy radośnie do północy. W podobnym duchu upłynęły dalsze dwa dni, przy czym na wysokości czterech tysięcy metrów pojawiło się wiele niezapomnianych widoków. Bezchmurna pogoda wyostrzała doznania. Zakrzywiający się niebieski, odległy na paręset kilometrów horyzont, ścielące się u stóp białe chmury i strzelisty na blisko dwa kilometry czarno-biały masyw Schiry
trzeciego ze szczytów Kilimandżaro, dawały mi radość.

Szósty dzień był dniem ataku na najwyższy wierzchołek Uhuru Peak o wysokości 5895 metrów.
Szybkie tempo dotychczasowego wchodzenia na te 4,7 tysiąca metrów nad poziom morza dawało się nam we znaki. Dwie osoby cierpiąc już na chorobę wysokogórską, musiały niestety pozostać w piątym obozie.
Mieliśmy trzy godziny na sen. Ale już po godzinie obudziłem się w namiocie, czekając na zbiórkę.
Wyruszyliśmy na godzinę przed północą. Idąc gęsiego, zaopatrzeni w latarki na czołach i w plecaki, widzieliśmy tylko rozgwieżdżone pięknie niebo. Z okolicznych obozów wyruszyli też inni turyści z całego świata, stąd nasza droga nie była samotna. Wciąż ktoś nas mijał lub my mijaliśmy kogoś. Zdawkowe rozmowy były przytłoczone ciężkimi z wysiłku krokami, głębokimi sapaniami oddechów i przenikającym zewsząd zimnem.
Gdy znaleźliśmy się na wysokości pięciu tysięcy metrów, pod naszymi buciorami zachrzęścił śnieg.

Spojrzałem przed siebie wysoko, ale końca nie było widać. Białe światełka latarek maszerujących przed nami ludzi zlewały się z nieruchomymi gwiazdami na czarnym niebie. Jedynie ich powolny ruch zdradzał, gdzie jest jeszcze ziemia, a dokładnie wulkan. Zmęczenie, niewyspanie, zmrożone części twarzy i długotrwałe niedotlenienie powodowały, że jedynie silna wola posuwała moje nogi do przodu. Po bokach co kilka metrów odbywał się ludzki dramat. Słabsi nie wytrzymując trudu, poddawali się jeden po drugim. Jedni w przyklęku
nie mogąc się już podnieść, drudzy siadając wprost na drodze, aby odpocząć
nie wiadomo, na jak długo, inni pod wpływem dramatycznie załamującej się kondycji, wywołanej obrzękiem mózgu
byli natychmiast znoszeni w dół, by nie przypłacić tego śmiercią. Kiedy minąłem kolejną koleżankę rezygnującą z dalszego wejścia, poczułem lekki ból głowy? Szybko zdjąłem z ust szalik ocieplający mój oddech. Ból świadczył o tym, że do mojego mózgu dociera zbyt mała dawka tlenu, która na tej wysokości była i tak o połowę niższa niż na wysokości morza. W myślach zacząłem się modlić o wytrwanie.
Pomogło. Nasza szesnastka dotrwała do pierwszej kaldery wulkanicznej. Odpadło sześć osób. Był to i tak bardzo dobry wynik.

Pierwsze promienie budzącego się dnia zastały nas w punkcie Gilmana (5685 m. n.p.m.). Do wyższego o dwieście metrów szczytu pozostało nam jeszcze czterdzieści pięć minut drogi.
Przewodnik zaproponował nam pozostanie, abyśmy mogli zobaczyć przepiękny wschód słońca nad Afryką. Ale w mojej głowie tliło się jedno: Liczy się szczyt! Wschód słońca zobaczę z drogi do niego. I choć połowa moich kolegów i koleżanek pragnęła krótkiego odpoczynku, widząc, jak drepczę dalej, ruszyła za mną. Wschód słońca zastał nas w połowie drogi na szczyt. Zatrzymałem się i spojrzałem przez lewe ramię.

Daleko za trzecim szczytem Kilimandżaro
Mawenzi
pojawił się olśniewający punkt, który z każdą sekundą powiększał się, przeobrażając w tarczę świetlną. Na chwilę żółtawe światło rozlało się pomiędzy ziemią a niebem. Gdy zmrużyłem oczy, jaskrawość żółtego słońca ściemniała. Koncentrowałem się na rosnącym kole. Wszystko migało mi przed oczyma. Sięgnąłem po aparat, by uwiecznić tę chwilę, gdy ktoś trącił mnie z dużą siłą.

Co robisz?!
krzyknąłem do przechodnia.
Ten zaś nawet nie obejrzał się, tylko szedł dalej wąską ścieżką na szczyt. A za nim kilku innych, bardzo wysokich turystów. Tutaj zachowanie wielu ludzi było dziwne, nienaturalne. Kiedy spojrzałem na powrót w stronę wschodu, słońce unosiło się już nad ostrym szczytem Mawenzi, świecąc większą bielą aniżeli śnieg z otaczających lodowców. Pstryknąłem dwa razy, sfilmowałem krótkie ujęcie i poszedłem dalej.
Z każdym krokiem moje ciało robiło się cięższe. Szczytu Uhuru Peak nie było jeszcze widać, ponieważ zakrywało go czarne wulkaniczne wzniesienie. Dopiero gdy się na nie wspiąłem, idąc małymi kroczkami, zobaczyłem tablicę z napisem informującą o szczycie. Po dziesięciu minutach stałem przy niej. Byłem bardzo szczęśliwy. Zrealizowałem swoje młodzieńcze marzenie!
Nasza szesnastka skupiła się na pamiątkowym zdjęciu, krótkim sfilmowaniu, a potem jazda
w dół. Czekało nas jeszcze dziesięć godzin schodzenia.
Oczywiście, musiałem jeszcze sfilmować to i owo. Robiąc zdjęcia, nie kontrolowałem tego, co dzieje się dookoła mnie. Czas biegnie wtedy wolniej.
Kiedy rozejrzałem się, nie było już nikogo z moich towarzyszy i przewodników, jedynie kilkanaście grupek innych szczęśliwców, którzy weszli na kalderę wulkanu. Popatrzyłem
w kierunku prawdopodobnego zejścia i ogarnął mnie lęk. W dół prowadziły trzy ścieżki, a każda do innego obozu, które były od siebie odległe o co najmniej dwie godziny marszu.
Która prowadzi do mojego obozowiska?
zapytałem samego siebie.

Popatrzyłem raz jeszcze dookoła, wypatrując kogoś znajomego. Niestety, widziałem tylko innych cudzoziemców, którzy uśmiechali się teraz do mnie, szczęśliwi z osiągniętego celu. Pomachałem im ręką i skupiłem się na wizjerze kamery. Włączyłem silne zbliżenie i przeszukiwałem każdą ze ścieżek, mając nadzieję, że zobaczę kogoś z mojej grupy. Były puste!
Perspektywa złego wyboru drogi powrotnej nie rozweselała mnie. Toteż kiedy na ułamek sekundy zobaczyłem znajomą kurtkę i kapelusz pewnej kompanki, rzuciłem się z wysokości pięciu i pół tysiąca metrów w jej stronę. Biegłem po miałkim wulkanicznym żużlu, nabierając prędkości. Gorący pył podłoża, buty zapadające się w drobnych, ostrych kamyczkach i napięte do granic wytrzymałości mięśnie nóg nie zwiastowały wygodnego zejścia. Na dodatek piekące słońce podrażniało moje przemrożenia na rękach.

Jakże byłem szczęśliwy, gdy dogoniłem dwie ostatnie osoby z mojej grupy! Okazało się, że siedemset metrów zejścia pokonałem w dziesięć minut. Dopiero teraz spokojnie rozejrzałem się po okolicy, by zrobić kilka zdjęć. Niestety, sam szczyt Uhuru przestał być stąd widoczny. Dalej cztery godziny mozolnego schodzenia w rosnącej spiekocie. Z góry żar południkowego słońca, z dołu gorący miał pumeksu i bazaltu.

Zebraliśmy się w szóstym obozie i już razem pokonaliśmy dalsze sześć godzin drogi do obozu siódmego. Ostatniego.
Wracaliśmy zmęczeni dwudziestodwugodzinnym marszem, ale bardzo zadowoleni. Przed nami rysował się zasłużony odpoczynek i cudowna perspektywa uczestnictwa w tanzańskim safari, a potem wylegiwania się na plażach Zanzibaru.
Do ostatniego obozu doszliśmy tuż przed szybkim zachodem słońca. Jedno piwo, jedna miska wody na umycie nóg i jedna poduszka w namiocie na głęboki sen.
Rano leniwie zbieraliśmy się na śniadanie. Słońce i humory dopisywały. Pamiątkowe zdjęcie, podziękowania miejscowej ekipie za dobrą współpracę i atmosferę. Dwugodzinny marsz do granicy parku narodowego z czekającym transportem na finiszu.
Po południu żarty i śpiew wypełniały autobusik, którym wracaliśmy do znanego nam hotelu.


Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!