W połowie lat dziewięćdziesiątych, między pracą, wiecznymi kolejkami i utrzymywaniem ludzkich kontaktów z własnymi dziećmi poszła do szkoły na wywiadówkę w klasie córki. Skończyło się jednak religijnym konfliktem.

Zastała salę szkolną czystą po niedawnym malowaniu zarządzonym przez rodziców, na które, tak jak wszyscy, przekazała składkę. Działy się w kraju rzeczy wielkie i doniosłe, ale jakoś drobne, praktyczne skutki przemian solidarnościowo-wolnościowych umykały uwadze w codziennym młynie obowiązków. O jednej ważnej nowości dowiedziała się natychmiast po rozpoczęciu zebrania.
- Kto zdjął krzyż ze ściany – zapytało kilka matek, zorientowanych, że był i wisiał, bo go osobiście powiesiły?
- Został zdjęty tak jak wszystko, bo klasa była malowana, odpowiedziała wychowawczyni.
- A pomoce naukowe i orzeł już wiszą! – zauważyły.
- To czemu jeszcze krzyż nie wisi, a w ogóle, kto go zdjął niech go powiesi - zażądała gromko grupa matek zawsze aktywnych. Zrobił się lekki tumult, wychowawczyni solennie przyrzekła sprawę wyjaśnić, a panie z komitetu klasowego – dopilnować.

Bohaterka opowiadania obserwowała z zainteresowaniem dyskusję, nie zabierając głosu czekała na sprawy konkretne, czyli omówienie wyników nauki.
Do domu wracała wolnym krokiem w towarzystwie jednej z matek. Znały się dziewczynki z klasy, znały się matki z pracy, pogawędka i spacerek przebiegały sympatycznie, aż wreszcie znajoma zapytała:
- A pani to co, na ten krzyż – powinien wisieć w klasie, czy nie?
- Jak już go powiesili, to niech wisi - odrzekła. - Ale na mój rozum to miejsce krzyża jest w sali katechetycznej, a w szkole powinno wisieć godło państwa, bo szkoła jest państwowa, a nie kościelna - dodała na własne i dziecka, jak się miało okazać, utrapienie.

Na skutki lekkomyślnie rzuconych słów nie trzeba było długo czekać. Już następnego dnia córka wróciła ze szkoły posiniaczona, z potarganymi włosami, spłakana i straszliwym buntem w oczach.
- Więcej do szkoły nie pójdę - oznajmiła z determinacją. - Koleżanki mnie pobiły, bo podobno krzyż zdjęłaś ze ściany.
- Chryste Panie! Co się porobiło? Kto ci to powiedział? Przecież to nie prawda!
- Zdjęłaś czy nie, ja tam więcej nie pójdę. Ani na żadną religię - wydarło się dziecko ostatkiem głosu.

Chwyciła za telefon, zadzwoniła do wychowawczyni. Nazajutrz poszła do szkoły sama, mając nadzieję na wyjaśnienie sprawy. Wychowawczyni zdziwiona, "nieświadoma" afery, skrępowana dziwnie, obiecywała wyjaśniać rzecz z psychologiem, dziećmi w klasie i dyrektorem na dokładkę. Nie miała pojęcia, o czym mowa, krzyż w klasie wisiał i w zasadzie nie byłoby sprawy, gdyby nie fakt, że dziecko pójścia do szkoły odmówiło na serio.

Następnego dnia odebrała w pracy dziwny telefon od nieznanego pana, który wyjaśnił miłym głosem, iż doszły „ich” słuchy o konflikcie na tle religijnym w szkole, oferując zajęcie się całą sprawą w celu jego rozwiązania. Wysłuchała propozycji z uwagą.
- Poradzę sobie sama - odrzekła - to nieporozumienie między dziećmi, na pewno sprawa sama się wyjaśni.

Dostała dwa dni na załatwienie i powrót dziecka do szkoły. Trzeba było przecież aferze położyć kres, dziecko powinno wrócić do szkoły. Sprawa dziwnie wyszła na zewnątrz i zrobiło sie całkiem paskudnie. Wreszcie wymysliła.
Pognała do znajomego z lat szkolnych, jedynej osoby zdolnej załatwić sprawę skutecznie, a przede wszystkim dyskretnie i we właściwym gronie. Był to proboszcz innej parafii, przyjaciel z lat dziecinnych męża, starszy kolega z tej samej szkoły średniej.
Zrób coś z tym, Franek – zażądała po zrelacjonowaniu całej sytuacji.
- To nie moja parafia - odrzekł. - Nie mogę się wtrącać.
- Acha! Nie twój rewir? - wydarła się na kolegę księdza. – Kelner jesteś, czy ksiądz? Jak za dwa dni dzieciak nie wróci spokojnie do szkoły, nikt mnie nie będzie pytał o zgodę i może zgadniesz, kto mi się ofiarował z „pomocą”? Akurat ci panowie są tu potrzebni? A jeżeli tak, to komu? Mnie, parafii, kościołowi czy tym kretynkom, które aferę sprowokowały?

Franek słuchał cierpliwie, obiecał odbyć rozmowę z pewnymi osobami nie gwarantując za skutki i oto następnego dnia po południu zadzwoniły do drzwi mieszkania trzy koleżanki córki.
- Bo pani powiedziała, oznajmiły słodkimi głosikami, że pewnie jesteś chora i myśmy ci przyniosły zaległe lekcje, a siostra na religii powiedziała, że może ty zmieniłaś religię albo muzułmanka jakaś jesteś to i tak możesz do szkoły chodzić.

Osłupiałe dziecko patrzyło na matkę, osłupiała matka na swoje dziecko.

Wieczorem podeszła do własnej ściany, we własnym domu i zdjęła krzyż, który z symbolu wiary przeistoczył się nagle w symbol głupoty, nieodpowiedzialnych działań w imię fałszywie pojętej religijności i krzywdy jej dziecka.

Coś w niej pękło. Coś odeszło bezpowrotnie, a co najdziwniejsze – nie odczuła ani żalu, ani braku. Jej ostatni spowiednik, Franek, pokiwał głową i stwierdził: miał rację ksiądz Grzegorz, kiedy cię nazwał najlepszą katoliczką wśród heretyków i najgorszą heretyczką wśród katolików.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!