Przez przypadek trafiło do mnie tłumaczenie zapisków z podróży. Przekład z języka swahili jest dziełem mojego przyjaciela ojca Bogdana, misjonarza.

Autor tej impresji prosił, by nie ujawniać jego nazwiska ze względu na ważne funkcje, jakie pełni w ojczystym kraju. Zresztą usilnie starał się, by utrudnić identyfikację państwa, o którym pisał. Możemy tylko domniemywać, że chodzi o któreś z państw leżących w Afryce równikowej.

Bolanda jest jedyną zieloną wyspą wśród państw idącego w moralną zapaść kontynentu eurolandyjskiego, a przynajmniej tak sądzili jej mieszkańcy. Wedle zasady, że trójkąt to figura doskonała, grupowali się wokół trzech wizji: budowy wiecznej szczęśliwości, powszechnej sprawiedliwości i umiłowania wszetecznych igraszek.

Sprawująca obecnie władzę pierwsza grupa łączyła się na lorach lub ślicznie zdobionych różyczkami podestach pod hasłem „budujemy mosty dla pana starosty”.

W opozycji stali Prawdziwie Sprawiedliwi, którzy wszelkie działania w imieniu Narodu zaczynali od nasączania wnętrza organizmu wywarem z pewnego rdzawego grzyba. Specyfik ten, wywołując syndrom wroga, tak osobliwie wyostrzał zmysły, że dostrzegali go praktycznie wszędzie. Jeśli delikwent nosił obfity zarost, kitkę spiętą recepturką lub loczki w postaci korkociągu od razu było wiadomo, że chce ich policzkować. Podnosili wtedy oczy i dając odpór wrogowi unisono śpiewali: ”gwałt niech się gwałtem odciska/ wsadzimy wam w d*** styliska...” Drugiego policzka nie nadstawiali.

Zabawowej nacji numer 3 ględzenie na każdy temat przychodziło łatwo. Jako bywsze dzierżymordy leczyli się z psychicznych dołów specyfikiem bez krzyżyka czyli LSD, od którego zresztą wzięli nazwę.

Sprawa się rypła, kiedy grupka młodzieży w krótkich majtkach zamanifestowała swój smutek wywołany nagłym zejściem od pioruna księcia pana i jego dworu podróżującego karetą klasy lux.
Okoliczności tej tragedii były jasne (jak wspomniana błyskawica). Okazało się, iż nie dla wszystkich. Może nie był to przypadek tylko sprawka niecnych sąsiadów? Może miłościwie panujący książę podniósłszy rękę ku górze sprowokował uderzenie gromu? Mnożyły się domysły, domniemania, wieszczenia i różne teorie.

Przy siedzibie księcia dorodna młódź usypała kopczyk, zwieńczając go drewnianym Iksem, czyli Wielką Niewiadomą. Znak zaś ten wielce był hołubiony w Bolandii jako symbol narodowy oraz religijny.

Książę elekt Bronislaus Kandelabr bąknął, że kopczyk z Iksem zasłania mu widok na miasto stołeczne, pozbawiając kontaktu ze społeczeństwem. Trzeba by go więc przenieść i z należnym szacunkiem usadowić w innym miejscu.

Na takie dictum przywódcy Sprawiedliwych trzasnęła bariera immunologiczna. Nie dość, że odmówiono mu przejęcia schedy po poprzedniku, to nie ukazała się okładka Timesa z jego konterfektem. Natychmiast zamanifestował osobiste przywiązanie do symbolu, czym bardzo poruszył swoich wyznawców. Ci zaś tłumnie, tudzież spontanicznie, ruszyli z klekotkami pod siedzibę elekta, by chronić przed bezczeszczeniem kopiec wespół z Iksem. Ichnia potrzeba męczeństwa była tak ogromna, iż nie bacząc na nic, wiązali się do jego drewnianej podstawy wypatrując rychłej śmierci, a co najmniej biczowania. Przypadkowi widzowie zadawali sobie pytanie, czy osoby te tylko się pasą, czy już za chwilę będą się wieszać.

"Naród" miał to w nosie i urządzał wedle obiektu festyny. Doprowadzał tym klekotów do totalnej dezintegracji psychicznej i jeszcze większej determinacji w ukazywaniu cech prawdziwego Bolandczyka.

Odezwał się wreszcie sam przywódca duchowy lekko zniesmaczony zawłaszczeniem Znaku. Zaszemrał coś cichutko, bo właśnie przechodził zapalenie migdałków i mówienie sprawiało mu ból. Aktualnie przebywał na leczeniu u wód więc cała ta historia źle wpływała na postępy terapii. A w ogóle była potrzebna jak rybie ręcznik gdyż sytuacja przypominała szachowy pat.

W pałacu uradzono, by prosić o pomoc sławnego pogromcę gadów latających. Szewczyk Dratewka zapakował zestaw nr 3 (skóra barania, siarka, saletra), poczochrał na szczęście lemura i dla niepoznaki przyodział w komeżkę. Po chwili wahania dołożył kropidło i udał się do stolicy.

Obudził się w szpitalu z zanikiem pamięci, pękniętą przegrodą nosową i brakiem przedniego uzębienia. Bez namysłu postanowił emigrować do kraju Gaelitów, by tam zmyć plamę na honorze i podreperować finanse.

W trosce o jedność państwa generał Borsuczysyn wezwał agenta Tomka. Padł rozkaz: rozkochać, spętać, wynieść.

Rozkaz został wykonany. Bolanda po ciężkich przejściach odreagowuje.


Kiedy kończyłem czytanie łyknęliśmy po piwie (nie był to Lech) prosto z lodówki. O. Bogdan splótł ręce i powiedział: - Drogi przyjacielu, chwalmy Pana, że mieszkamy w normalnym, demokratycznym kraju. Normalnym, czyli takim, w którym funkcjonuje prawo.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!