Laura Łącz, popularna aktorka teatralna i filmowa, pisarka, właścicielka Agencji Artystycznej "Laura" z właściwą sobie klasą i elegancją poprowadziła 19 listopada 2012 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim koncert "Basem i tenorem" z udziałem Bogusława i Ryszarda Morków i Eweliny Hańskiej. Przed koncertem artystka zgodziła się porozmawiać z Wiadomościami 24.pl

- Pani Lauro, komu zawdzięcza Pani swoje oryginalne, rzadkie kiedyś, a i dziś nieczęste imię?
- Zauważyłam, że już pojawiają się Laury wśród pokolenia dwudziestoletnich dziewcząt i małych dziewczynek; mamy nawet aktorkę Laurę Samojłowicz. Natomiast kiedy ja byłam dzieckiem, byłam chyba jedyną dziewczynką o tym imieniu w Warszawie. Pochodzi ono jednoznacznie od Laury z "Kordiana". Moja mama jako studentka szkoły teatralnej i ulubienica Leona Schillera, ówczesnego rektora tej uczelni i dyrektora Teatru Polskiego przygotowała na tak zwane "sceny marzeń" postać właśnie Laury z dramatu Słowackiego i odegrała przed profesorem niemą scenę. Na jej podstawie Schiller zgadł, co to za postać, pochwalił moją mamę za wykonanie, co sprawiło, że polubiła to imię. Kiedy się urodziłam, rodzice ustalili , że będę nosiła imię Laura albo Ewa. Do urzędu zapisać dziecko poszedł ojciec i to w zasadzie on postanowił, że na pierwsze imię będę miała Laura, a na drugie Ewa. Moi rodzice lubili oryginalność i nietypowość, a ja się cieszyłam, że miałam takie piękne i rzadkie imię.

- Czy dla Pani, córki aktorskiego małżeństwa: Haliny Dunajskiej i Mariana Łącza, wybór szkoły teatralnej był czymś zupełnie oczywistym?
- Tak, w moim przypadku tak właśnie było. Moi rodzice studiowali na jednym roku w szkole teatralnej i byli wychowankami wielkiego Leona Schillera, następcy Wojciecha Bogusławskiego, jak go niektórzy nazywali. Lubił on bardzo moją mamę i ojca, który już wtedy był już bardzo znanym piłkarzem, reprezentantem Polski w piłce nożnej. Po studiach zaangażował ich do Teatru Polskiego, pierwszej wówczas sceny w naszym kraju, skupiającej najlepszych aktorów, co było dla nich ogromnym zaszczytem. W moim domu cały czas o tym teatrze się rozmawiało, a jeszcze dodatkowo ja urodziłam się w momencie, gdy zespół teatru był na gościnnych występach w Moskwie, co się rzadko wówczas zdarzało, dlatego wszyscy w teatrze przy ulicy Karasia pamiętali datę moich urodzin.

Moja mama, będąc ze mną w ciąży, grała wiele wspaniałych ról, między innymi w "Dziadach" w reżyserii Bardiniego, Anielę w "Ślubach panieńskich", Luizę w "Intrydze i miłości" z Niną Andrycz, tak więc ja, zanim się jeszcze urodziłam, już znalazłam się na scenie Teatru Polskiego. Ja kochałam ten teatr i chciałam bardzo być aktorką tej właśnie sceny, chociaż po ukończeniu szkoły teatralnej miałam propozycje angażu w Teatrze Ateneum od mojej ukochanej profesorki, Aleksandry Śląskiej czy do teatru Kwadrat, prowadzonego przez Edwarda Dziewońskiego. Poza tym moim naturalnym środowiskiem byli przyjaciele rodziców, tacy jak małżeństwo państwa Dmochowskich, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Łapicki, Tadeusz Łomnicki, Ignacy Gogolewski, którzy często nas odwiedzali w mieszkaniu na Starym Mieście w Warszawie. Nie wyobrażałam sobie, żebym mogła wykonywać jakiś inny zawód!


- Do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie trafiła Pani na wyjątkowo utalentowany rok, dość przypomnieć, że studiowali z Panią m.in. Grażyna Szapołowska, Mirosław Konarowski, Cezary Morawski, Barbara Bursztynowicz, Marcin Troński, Stanisław Górka...
- Mój rok uważany był za niezwykły pod każdym względem. Pan wymienił nazwiska kilku kolegów, ale to nie znaczy, że pozostali byli gorsi. Przeciwnie: byli równie znakomici i utalentowani, co spowodowane było też wyżem demograficznym, który sprawił, że na jedno miejsce w PWST przypadało 80 kandydatów. Zostali przyjęci więc sami najlepsi z najlepszych. A to, że się niektórym nie powiodło albo pojechali do innych miast, pragnąc pracować rzetelnie w teatrach, nie zdobyli popularności lub nawet "dla chleba" zmienili zawód, to nie znaczy, że byli mniej zdolni od Szapołowskiej, Morawskiego czy Górki. Byli to przede wszystkim fajni, mili ludzie, stanowiliśmy bardzo zżytą grupę. Dla mnie wszystkie koleżanki i koledzy z roku są jak bracia i siostry. Bardzo się lubiliśmy, począwszy od egzaminów wstępnych do dyplomu i dziś, kiedy kogoś z nich spotykam, to tak jakbym spotkała najlepszego w życiu przyjaciela.

- Po studiach znalazła się Pani w wymarzonym Teatrze Polskim, gdzie czasami spotykała się Pani na scenie ze swoim rodzicami. Jak się z nimi grało?
- Zdarzało się nawet i tak, jak w sztuce "Cyrano de Bergerac", że oprócz moich rodziców grał także mój ówczesny narzeczony, a później mąż, Krzysztof
Chamiec. Ja nie lubiłam grać z rodzicami z różnych powodów. No, może z ojcem to jeszcze, bo on się nie wtrącał, podobnie jak mąż. Natomiast, niestety, moja mama taka była (i jest do dziś), że nawet nieproszona siadała w ostatnim rzędzie w teatrze, udając, że jej nie ma i codziennie robiła mi uwagi, z którymi ja się nigdy nie zgadzałam. To było straszne!


- Dlaczego przestała pani grać w Teatrze Polskim?
- Gdy założyłam moją agencję artystyczną, organizującą różne imprezy i zaczęłam bardzo dużo jeździć po Polsce z monodramami poetycko - muzycznymi i z adaptacjami sztuk teatralnych przez siebie stworzonymi, po prostu nie mogłam być do dyspozycji dyrektora teatru codziennie. Dochodziło do tego, że co miesiąc prosiłam o 30 dni zwolnienia! Wspólnie z ówczesnym dyrektorem, Kazimierzem Dejmkiem, uzgodniliśmy, że wezmę na rok urlop bezpłatny i po tym okresie wrócę do teatru. Niestety, różnie się to układało, a ja przedłużałam ten urlop, potem zmieniła się dyrekcja teatru. Teraz kieruje nim pan Andrzej Seweryn, a ja widzę, że już do teatru raczej nie wrócę na dawnych warunkach.

- Nie brakuje Pani teatru na co dzień?
- Ogromnie brakuje! Bardzo żałuję moich zawodowych i życiowych decyzji. Uważam, że moją karierą pokierowałam najgorzej, jak tylko mogłam. Miałam znakomity debiut, grałam w teatrze same wspaniałe, główne role, występowałam w filmach, serialach, teatrze telewizji, w radiu. Potem jednak tak pokierowałam swoimi wyborami, że właściwie wszystko, zwłaszcza po urodzeniu syna, zakończyłam. Owszem, odniosłam sukces finansowy i kieruję swoją pracą zawodową jak chcę, jestem sobie sterem, żeglarzem, okrętem i dyrektorem, robię, co chcę.

Mam nadmiar pracy, dlatego działalność mojej agencji raczej zwijam niż rozwijam, by uniknąć pracoholizmu. Natomiast w sensie artystycznym poniosłam porażkę. Bo ja nie jestem typem bizneswoman czy księgowej. Nie umiem i nienawidzę tego robić! Żartuję nieraz, że rola w "Klanie" to jest genialna kreacja, ponieważ ja tam gram osobę, która bez przerwy siedzi i przekłada faktury, czego ja bym nigdy w życiu nie umiała i nie mogła robić. Byłam, jestem i będę artystką, aktorką, pisarką. To mogę robić, natomiast nienawidzę pracy księgowej i biznesowej. Na emeryturze będę raczej pisać niż zajmować się organizacją imprez.


- Ukończyła pani także filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim i zajmuje się twórczością literacką. Dlaczego zdecydowała się Pani pisać głównie dla dzieci i młodzieży?
- Ja się w ogóle to sama nie zdecydowałam i gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę pracować jako aktorka czy pisarka dla dzieci, to bym się uśmiała, bo ja długo ani nie pragnęłam mieć swojego dziecka, ani nie chciałam tworzyć dla dzieci. Natomiast w pewnym momencie, odpowiadając na zamówienie napisałam słuchowisko "Nocne duszki" i to się spodobało. Potem były opowiadania dla czasopism dziecięcych, np. "Świerszczyka" , "Misia", itp.

Następnie stworzyłam spektakl według ludowej opowieści "Gęsi Baby Jagi", który stał się hitem. Z tego zrodził się wielki cykl "Pokochaj teatr". Znakomity agent, pan Marian Martyński, założył nawet specjalną agencję artystyczną, "Fantazja", na rzecz tego cyklu i mojej pracy dla dzieci. To on mnie wprowadził na tę ścieżkę, bo ja nie miałam takich zamiarów ani ochoty. W chwili jego śmierci, dwa lata temu, świadomie i natychmiastowo się z tego wycofałam. Zdecydowanie wolę występować i pracować dla dorosłych.

- Jak w takim razie spędza Pani czas przeznaczony wyłącznie dla siebie?
- Jestem domatorką, nie lubię podróży, dlatego rzadko wyjeżdżam i czas spędzam z moim synem i moją mamą. Żałuję, że mam tak mało czasu na czytanie, które bardzo lubię. Mniej chętnie korzystam z zaproszeń zewnętrznych. Owszem, bywam na różnych imprezach, głównie jako organizator lub współorganizator, czasem jako prowadząca. Jako kobieta lubię też pójść na jakiś dobry pokaz mody lub inną przyjemną imprezę. Bywam na nich jednak króciutko i chętnie wracam do domu.

- Zawód Pani rodziców zdeterminował Pani wybór profesji, o czym rozmawialiśmy na początku naszego spotkania. Czy próbowała Pani namówić własnego syna na kontynuowanie rodzinnej tradycji artystycznej?
- Wszyscy pytali mojego syna od dziecka, czy tak jak dziadziuś, babcia, tatuś i mamusia będzie aktorem i on początkowo odpowiadał, że pewnie tak, chętnie. Ale jakoś nie wybrał tej drogi. A ja nie jestem tego typu matką, która by go popychała do aktorstwa na siłę. Jeśli on nie ma takiego „parcia na szkło” i takiego zamiaru, to trudno. W tej chwili rozpoczął studia na wydziale prawa, więc być może to będzie jego droga życiowa. Szczerze mówiąc, nie zobaczyłam w nim wielkiego talentu i wielkiej pasji, więc nie wspierałam go w tej dziedzinie. Trochę żałuję, a szczególnie żałuje moja mama, która myślała, że jej wnuk wybierze tę drogę, że powinien...

- No cóż, nie możemy decydować o wyborach naszych dzieci...
- Zdecydowanie tak.

- Dziękuję Pani za rozmowę i życzę wielu jeszcze artystycznych sukcesów.
Zarejestruj się i napisz artykuł
Znajdź nas na Google+

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!