Jeśli chcesz poznać kierunek, w jakim zmierza futbol, patrz na Ligę Mistrzów - coraz częściej słychać takie opinie. Coś jest na rzeczy, skoro pozostaje ona obsesją największych z wielkich, a do tego generuje dochody nieporównywalne z żadną inną piłkarską imprezą.

Obchodząca w tym roku swoje 20-lecie Champions League to dziecko byłego szefa UEFA Szweda Lennarta Johanssona. Powołanie jej do życia było przedsięwzięciem obliczonym na odrestaurowanie podstarzałego Pucharu Mistrzów, który powstał (1955 r.) u zarania ery telewizyjnej, jeszcze przed pierwszym, głębszym tchnieniem procesu globalizacji futbolu. Rzeczywistość nadchodzącego wielkimi krokami XXI w. wymagała nadania rozgrywkom nowego impulsu.

Lepszy świat

Myślą przewodnią reformy było sukcesywne zwiększanie liczby drużyn - z 8 (do sezonu 1994/1995), przez 16 (do 1997/1998) i 24 (do 1999/2000), po 32 (po dziś), oraz eksport udoskonalonego piłkarskiego produktu na większe połacie Starego Kontynentu.

O jakość widowiska miała zadbać nowoczesna medialna oprawa: specjalne logo, charakterystyczna granatowa kolorystyka, patetyczny hymn puszczany przed pierwszym gwizdkiem sędziego, stała pora rozgrywania meczów (przy sztucznym oświetleniu, co na początku lat 90. jeszcze nie wszędzie było standardem), surowsze niż w przypadku rozgrywek ligowych wymogi organizacyjne i marketingowe (np. udekorowanie stadionu specjalnymi banerami).

Rebranding Pucharu/Ligi Mistrzów przyciągnął uwagę i pieniądze sponsorów (w chwili obecnej pięciu strategicznych), bez których trudno byłoby dziś mówić o jej renomie. W zamian otrzymali oni PR-ową trampolinę - nawet średnio zorientowanemu obserwatorowi rozgrywek przychodzi na myśl skojarzenie z firmą produkującą karty płatnicze.

Dla kogo honory

Nie warto się oszukiwać - Liga Mistrzów to lokal dla klientów o grubych portfelach. Z każdym kolejnym rozszerzeniem zyskiwali najmożniejsi, jednocześnie pogłębiały się dysproporcje w układzie sił na Starym Kontynencie. Najwyżej klasyfikowane ligi otrzymały dodatkowe miejsca, bowiem potencjałem finansowym i kadrowym bili na głowę konkurentów-mistrzów z mniej zaawansowanych piłkarsko nacji. Na wyobraźnię europejskiej centrali mniej lub bardziej działała również groźba utworzenia konkurencyjnych rozgrywek w ramach nieistniejącej już G-14.

Jeśli chodzi o krajowe federacje, najliczniej reprezentowane były: hiszpańska (12 drużyn), niemiecka (10) oraz angielska, włoska i francuska (po 9). Przedstawiciele Primera Division również mają w CV najwięcej triumfów - 6, Serie A - 5. Premier League - 3.

Wśród klubów najwięcej startów zanotowały: Manchester Utd - 17, Barcelona, Real Madryt, Porto - 16, Bayern Monachium i AC Milan - 15. Puchar Ligi Mistrzów najczęściej, bo trzykrotnie, podnosili piłkarze Barcelony, Realu i Milanu, dwa razy - Manchesteru Utd, raz - Liverpoolu, Bayernu, Borussii, Juventusu, Interu, Porto, Olympique Marsylia i Ajaxu Amsterdam. Żadna z drużyn nie wygrała dwa razy z rzędu.

Od udziału w tym arystokratycznym gronie nie jeden klub uzależnia swoją egzystencję. Sam start w fazie grupowej oznacza dochód rzędu około 7 mln euro, ale to i tak tylko przystawka. Na konta ubiegłorocznych finalistów, Barcelony i Manchesteru Utd, wpłynęło ponad 50 milionów euro. Dla porównania: reprezentacja Hiszpanii za zwycięstwo w ostatnich mistrzostwach świata otrzymała około 23,5 mln euro od FIFA plus około 12,5 mln od własnej federacji. Jak boli rozstanie z Ligą Mistrzów przekonał się ostatnio Liverpool, były triumfator i finalista, który po dwóch słabych sezonach nie może odnaleźć sportowej równowagi.

Komu pod górę

Najśmielsze wyzwanie nietykalnej klubowej elicie rzuciły ukraińskie lokalne kolosy z Doniecka i Kijowa (Dynamo wraz z Panathinaikosem Ateny to jedyne zespoły spoza "towarzystwa", które osiągnęły fazę półfinałów) oraz pompowane przez surowcowych miliarderów Zenit Sankt Petersburg, kazański Rubin oraz cała gromada moskiewskich klubów na czele z CSKA. Bajońskimi zarobkami skusiły one kilka znanych (i nieco wytartych) nazwisk (Danny, Bruno Alves, Fernando Meira, Domenico Criscito, Zvjezdan Misimović, Kevin Kuranyi. Obafemi Martins, Nelson Valdez, nie wspominając o Samuelu Eto'o, tułającym się w również obracającej kapitałem z wieloma zerami Anży Machaczkała), systematycznie nadrabiają zaległości w standardach organizacyjnych i poprawiają sportową infrastrukturę. Na razie ich aspiracje kończą się w najlepszym razie na 1/4 finału.

Przed trzema laty, pod hasłem "zbyt mało mistrzów w Lidze Mistrzów", zmieniono zasady eliminacji. Oddzielono od siebie zespoły z czołówki klubowego rankingu UEFA, które w swoich ligach zajęły 2., 3. lub 4. miejsce od mistrzów niżej klasyfikowanych federacji. Inaczej mówiąc, uchylono wrota do raju europejskim średniakom. Jak to wygląda w praktyce najlepiej wyjaśnić na przykładzie mistrzów Polski (dwa razy Wisła, raz Lech): zamiast Barcelony, Realu czy chociażby Anderlechtu, na swojej drodze spotykali Flotę Tallin, Spartę Praga i APOEL Nikozja. Fakt, że rywale z niższej półki również okazali się za mocni, świadczy tylko o słabości naszych potentatów. Szef UEFA Michele Platini miał się kiedyś zwierzyć swojemu koledze z boiska Zbigniewowi Bońkowi, że podarował polskim klubom awans na tacy, a one nawet takiej szansy nie potrafią wykorzystać.

Wprowadzenie kwalifikacyjnych modyfikacji jednak tylko w minimalnym stopniu pogłębiło proces piłkarskiej multikulturowości. Sezon przed reformą w LM gościły: po 4 drużyny z Anglii, Hiszpanii i Włoch, 3 francuskie, 2 portugalskie i niemieckie - w sumie 6 państw zgarnęło 19 z 32 miejsc (59 proc.), reprezentowanych było 13 federacji. W obecnych rozgrywkach "wskaźnik reprezentatywności" zatrzymał się już 17, ale wspomnianej szóstce również przypadło 19 miejsc.

Jednorazowy awans do Champions League nie oznacza rzecz jasna otrzymania karty stałego klienta. Część klubów roztrwoniła swój wysiłek (Artmedia, Debreczyn), część utrzymywała się na powierzchni kilka lat, ale zatonęła z powrotem (Rosenborg), część zarobiła kapitał dla swojej ligi (w ostatnich czterech sezonach do LM zakwalifikowały się cztery różne zespoły z Rumunii: Cluj, Steaua, Unirea, Otelul). W mniejszości pozostają ci, którzy potrafili wykorzystać sprzyjającą koniunkturę (wspomniany APOEL, pierwszy cypryjski ćwierćfinalista w historii).

Konkluzje nieuchronnie zmierzają do tezy o Europie dwóch prędkości. Pierwsza z nich ucieka drugiej na piątym biegu, druga - niby coraz mocniej naciska na gaz, wchodzi na wyższe obroty, ale nadal traci dystans.

Znajdź nas na Google+

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!