Holendersko-polska firma pragnie uruchomić świniarnię w kompleksie wiosek otoczonych łąkami i lasami. - Chcecie zgotować nam piekło! - zaprotestowali mieszkańcy gminy Kożuchów. A inwestor na to: - Wieś to nie lawenda, aby tu nie było czuć żadnych zapachów!

Holenderski przedsiębiorca Sebastianus W. M. Zegers będący wiceprezesem spółki holendersko-polskiej Grolder pragnie w Studzieńcu (gmina Kożuchów) zaadoptować pomieszczenia po popegeerowskiej suszarni na chlewnię, w której będzie tucz warchlaków i tuczników.

Chlewnia będzie usytuowana zaledwie 350 metrów od najbliższych zabudowań mieszkańców, zaś w promieniu 3 km od dwu sąsiadujących wiosek: Mirocina Dolnego i Książa Ślaskiego. To wspólny kompleks pól, łąk i lasów, na którym żyje ponad 1.500 osób i w ciągu ostatnich lat stał się terenem intensywnego rozwoju budownictwa jednorodzinnego dla mieszkańców miast: Zielonej Góry, Kożuchowa i Nowej Soli.

Zegers mający podobną inwestycję w Borowcu k. Siedliska (gm. Nowa Sól), gdzie przejął małą popegeerowską świniarnię – tu na kożuchowskim terenie pragnie stworzyć gigantyczne przedsięwzięcie. Według projektu, inwestor w trzech zaadoptowanych pomieszczeniach co tydzień pragnie przeznaczać na ubój blisko 500 szt. świń. Rocznie więc ponad 25 tys.

Starostwo w Nowej Soli dla inwestycji zapaliło zielone światło, natomiast Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Gorzowie Wlkp. zwrócił się do firmy o uzupełnienie raportu inwestora o oddziaływanie na środowisko planowanego przedsięwzięcia.

Grolder z miejsca wynajął odpowiednich ekspertów, którzy stworzyli fascynującą ekspertyzę.

- Jest ona bardzo przychylna dla inwestora – zauważyła w rozmowie z W24, naczelnik wydziału ochrony środowiska i rolnictwa w kożuchowskim magistracie, Maria Dudkiewicz. - Ale jak znam życie, raport jest raportem, a życie jest życiem...

W czystość intencji Groldera także nie wierzą mieszkańcy, mimo iż ustami ekspertów firma zapewnia, że w uruchamianej chlewni zastosuje jedną z najlepszych w Polsce technologię chowu. Gnojowica natomiast, jako naturalny nawóz wykorzystywana będzie do nawożenia pól uprawnych należących do inwestora lub przekazywana będzie okolicznym rolnikom.

Fakty jednak są okrutne.

Okolice usytuowania świniarni to tereny podmokłe o wysokim stanie wód podgruntowych. Wiosną i jesienią na łąkach i polach pojawia się woda. Będące tu poniemieckie zabudowania, jedynie nielicznie z nich wyposażone są w piwnice. Do 1945 r. okolice były oplecione w udrożnieniowy system rowów melioracyjnych, przepustów i tam. To wszystko obecnie jest w ruinie.

- Będziemy topić się w gnojówce! - denerwują się mieszkańcy. I kontratakują: ta ogromna ilość świń, która przetoczy się przez świniarnię wytworzy masę nie tylko specyficznego odoru lecz przede wszystkim hektolitry gnojowicy, która będzie pompowana w okolicę. Po jednym sezonie grunty tego „naturalnego nawozu” już nie przyjmą. Powstanie gąbka. Gnojówka pojawi się we wszelkich zapadlinach, rowach i dostanie się do rzeki Czarna Struga, wpadającej do Odry.

To groźba katastrofy ekologicznej.

- Wasz raport ten fakt przemilcza – mówi miejski radny z wyborczego okręgu Książ-Studzieniec, Marcin Jelinek, będący także prezesem Stowarzyszenia Czarna Struga. Stowarzyszenie do kożuchowskiego ratusza złożyło wniosek o uczestnictwo w postępowaniu administracyjnym dotyczącym uruchomienia chlewni na prawach strony. I nie ustąpi: będzie dążyło do odbycia rzeczywistych konsultacji z mieszkańcami trzech wiosek i w ostateczności przeprowadzenia referendum. - Nie pozwolimy się zakleszczyć!

- Firma nie gwarantuje także, że nie będzie w okolicy śmierdziało! - dorzuca sołtys Studzieńca, Beata Danielkiewicz. - Podają za to mnóstwo wskaźników, liczb i danych. Nie oszukujmy się, papier wszystko przyjmie! - oburza się sołtys.

Inwestor Zegers widzi to o wiele inaczej: - Mieszkam w Holandii sto metrów od chlewni i jestem zdrowy jak rydz. Czy Holendrzy są chorzy? U nas ciągle wylewa się gnojowice na pobliskie pola i nikt nie czuje smrodu, choć nasze normy są o wiele ostrzejsze niż tu u was w Polsce – przyznaje.

Przyznaje ponadto, że rzeczywiście w czasie chowu powstaje specyficzny zapach związany z procesami fermentacyjnymi zachodzącymi w odchodach zwierzęcych. Może on stanowić uciążliwość zarówno dla okolicznych mieszkańców, jak i osób przebywających tu czasowo. - Uciążliwości zapachowe będą znikome - stwierdza na koniec.

Eksperci Groldera dorzucają do wywodu Zegersa, że w Polsce jest brak obowiązujących norm prawnych, które nie pozwalają ocenić, czy uciążliwości zapachowe mieszczą się w granicach prawa.


W zwalczaniu smrodu pomoże, według ekspertów... „Róża wiatrów”, czyli zbadane przez nich występujące w okolicy prądy powietrzne. To one przegonią odór hen wysoko nad głowami mieszkańców.

- Wieś to nie lawenda, aby tu nie było czuć żadnych zapachów! - podzielił się swoim przemyśleniem jeden z ekspertów. Wiceprezes Groldera wspólnie z kontraktowymi ekspertami na pierwszy rzut musiał właśnie spotkać się z mieszkańcami Studzieńca. Tu popełnili falstart.

- Spotkanie zorganizowano o godzinie 12 w urzędzie gminy – mówi radny Jelinek. - Tak nie powinno być. To nie my, mieszkańcy, powinniśmy się dostosować do terminu, ale inwestor do mieszkańców tak, aby ci mogli w jak najszerszym gronie swobodnie się wypowiedzieć.

Mieszkańcy ocenili fakt tak zwołanego spotkania, prawie że za ich plecami, jako kpinę. Mimo tego w sprinterskim tempie się skrzyknęli.

- Wysłuchajmy argumentów obu stron w spokoju – zaapelował burmistrz Kożuchowa Andrzej Ogrodnik do przybyłej na spotkanie garstki mieszkańców. - Tu żadnych decyzji nie podejmujemy.

- Chcecie zgotować nam piekło! - nie wytrzymał lukrowych analiz spółki Grolder, Kazimierz Ponikwia, mieszkaniec Studzieńca. - Ten smród będzie ciągnął się latami, nawet wtedy, kiedy nas już nie będzie na świecie. Przez 40 lat wlejecie w nas milion ton gnojowicy! Wykorzystujecie fakt, że w Polsce jeszcze nie mamy ustawy odorowej, mamy lobby śmierdziuchów, którzy torpedują unijne normy!

Ponikwia suchej nitki nie zostawił na raporcie opiniotwórczej firmy wynajętej przez Holendra. Jako specjalista hodowli, wieloletni pracownik PGR, nadzorujący byłą świniarnię w pobliskiej wsi Radwanów, która trzymała w ubiegłym wieku w garści smrodu i kataklizmowych wylewów gnojówki całą okolicę – z aptekarską dokładnością wytknął Zegersowi przekłamywania, zaniżania wskaźników, szachowanie liczbami warchlaków i tuczu, tak, aby zaniżyć emisję amoniaku, niewiedzę o tutejszej okolicy, zwłaszcza o podgruntowych wódach i glebie.

- Macie państwo jedynie własnej tutaj ziemi 35 ha, a do zagospodarowania waszej wyprodukowanej gnojówki potrzeba blisko 400 ha ziemi – dowodził. - Oczywiście, istnieją bardzo nowoczesne technologie chowu świń, lecz to kosztuje, a wy chcecie jak najmniejszym kosztem wszystko to zrobić.

Apetyt Holendra został także zlany zimną wodą przez młodych mieszkańców, mających w swoim arsenale potężne armaty: zgoda na uruchomienie świniarni w Studzieńcu, to zgoda na monstrualną zmianę krajobrazu okolicy, storpedowanie napływu inwestycji i rozbudowy siedlisk ludzkich. To krok wstecz.

- Tym samym zamyka się rozwój naszych wiosek! - argumentowała kilkakrotnie Aneta Łozińska. - Jestem młodą osobą, wzięłam kredyt, aby się tu pobudować. A teraz chcecie zalać mnie gnojowicą. Nasza gmina z waszej tu działalności nie pozyska żadnego grosza, planujecie zatrudnienie jedynie kilku osób, co także może okazać się iluzoryczne.

Wtórował koleżance Marcin Górski: - Nas nie zbawicie, nas pogrążycie. Ale wasza presja nic nie da – perorował. - Osiedliłem się tutaj z miasta. To samo czyni wiele młodych ludzi. W żadnych planach rozwojowych okolicy nie było wzmianki o takich inicjatywach gminnej władzy!

Uruchomienie świniarni to automatyczne zablokowanie rozwoju okolicy. Po wielkich trudach kożuchowskim włodarzom udało się pozyskać inwestora, który w Studzieńcu ma zamiar odrestaurować w sąsiedztwie planowanej chlewni zdewastowany poniemiecki pałac. Zaplanował utworzenie hotelu wraz z terenami agroturystycznymi. Teraz pragnie z tego przedsięwzięcia się wycofać.

Burmistrz Andrzej Ogrodnik, spostrzegłszy tak zmasowaną ofensywę na inwestora – próbował załagodzić rodzący się konflikt, wrzucając swe trzy grosze: - Na wsi mamy komfort czystego powietrza – rzekł do Zegersa. - Udowodnijcie swoją technologią, że w Studzieńcu będzie zachowany taki reżim norm środowiskowych. Jeżeli tego nie uczynicie, pojawi się problem samej tu inwestycji. Będę stal po stronie mieszkańców! – niespodziewanie zadeklarował.

Zarówno wiceprezes Zegers jak i jego eksperci nie chcieli rozmawiać z Wiadomosciami24pl.

- To co pan chciał, to usłyszał! - odburknął jeden z nich. W kuluarach natomiast między sobą wymieniali spostrzeżenia, że aż tak źle tu nie było.

- Widocznie mają już spore doświadczenie w podobnych sprawach – skomentowała sołtys Danielkiewicz.

W uzupełnieniu do raportu spółki Grolder, jaki udało się pozyskać W24, eksperci zaznaczyli, że istnieje średnie prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktów społecznych na tym terenie...

Portfel

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!