Pamiątkowe zdjęcie po wywiadzie Pamiątkowe zdjęcie po wywiadzie

Pamiątkowe zdjęcie po wywiadzie. (© Adam Sęczkowski)

O genach aktorstwa, zarządzaniu czasem, psychologii, temacie pracy magisterskiej, uratowaniu życia przez oddanie szpiku, a także o najnowszym filmie, którego premiera już w marcu - w wywiadzie z aktorem Maciejem Stuhrem.

Przed kilkoma minutami miałem okazję oglądać Pana w znakomitej roli akompaniatora Cosme McMoona w hicie warszawskiego Teatru Polonia pt. "Boska!"
- To miło, że Pan odebrał moją rolę, mam nadzieję, że reszta widzów uczyniła tak samo. Robimy co możemy, mimo że poruszamy się w takiej materii komercyjnej, bo wystawiamy komedię, a być może można to nawet nazwać passą. Próbujemy jednak w tej literaturze odnaleźć coś co pozwoli też widzom się wzruszyć. Taka jest nasza polska przypadłość, że nie możemy się tylko śmiać i musimy się trochę "pomaltretować" (śmiech)

Jest Pan dla mnie "człowiekiem orkiestrą"; aktor filmowy, aktor teatralny, aktor dubbingowy, konferansjer, kabareciarz. W której z tych ról najlepiej się Pan czuje?
- Gdybym był zmuszony do dokonania wyboru to byłbym smutnym człowiekiem i miałbym duży problem co takiego mam wybrać, aby siebie realizować, bo tak to już jest, że kiedy siedzę kilka miesięcy w teatrze to tęsknię za planem filmowym, a kiedy dłużej piję z tych plastikowych kubków, kręcąc film, to zaczyna brakować mi tych filiżanek z garderoby teatralnej, a od czasu do czasu przypominam sobie, że moje początki były w kabarecie i tam również lubię wracać wspomnieniami. Na szczęście nasza polska rzeczywistość nie wyklucza tych wszystkich zajęć, mimo że trzeba się trochę postarać, aby nie dać się widzowi zaszufladkować tylko do jednej dziedziny sztuki. Ja podejmuję ten wysiłek i cieszę się, że widzowie mnie akceptują i w kabarecie i w teatrze i w filmie.

Jak Pan znajduje na to wszystko czas?
-Najwięcej na ten temat mogłaby powiedzieć moja rodzina, która najbardziej odczuwa moje zapracowanie. Ja tęsknię za rodziną i staram się jej poświęcać jak najwięcej czasu w tym całym zgiełku. Chcę działać na wielu płaszczyznach i ważne jest, aby dobrze zorganizować czas. Mój kalendarz jest wypełniony kilka miesięcy do przodu, z dnia na dzień i jeśli chcę zrobić coś nowego to muszę patrzeć daleko w przyszłość i skrupulatnie notować plany w swoim maleńkim kajeciku (śmiech).

W jednym z wywiadów z Panem przeczytałem sformułowanie pewnego dziennikarza, który odnosząc się do Pana ojca, znakomitego aktora, stwierdził że jest Pan "skażony genetycznie dobrym aktorstwem". Co Pan o tym sądzi? Czy patrząc na grę aktorską swojego ojca podjął Pan decyzję o karierze na scenie?
-Nie mogę ukrywać, że moim pierwszym bodźcem była obserwacja swojego ojca i aktorów Teatru Starego w Krakowie w latach 80., kiedy ja byłem małym chłopcem. Jestem jednak ostrożny w fetowaniu takich wyroków czy moje aktorstwo jest genetyczne. Widziałem zbyt wielu aktorów, którzy są dziećmi wybitnych aktorów, którzy nie zostali wybitnymi aktorami tak więc w tą genetykę tak bezpretensjonalnie bym nie wchodził. Decyzja o zostaniu aktorem była impulsem w moim życiu. Myślę, że największa ilość energii, sił, zdolności, wszystkiego czym dziś dysponuję i co widzi publiczność była dzięki mojej pracy i na tym co jestem w stanie z siebie samego wykrzesać.

Skończył Pan psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na ile pomaga Panu wiedza zdobyta podczas studiów w aktorstwie?
- Bardzo pomaga. Psychologia jest kierunkiem który roztrząsa przez kilka lat życia studenta zagadnienia czym jest człowiek, jak się zachowuje i dlaczego tak czyni. W związku z tym widzę tu pewną zbieżność z tym co robi aktor, który analizuje jak ta postać napisana przez autora ma się zachowywać bo autor napisał tylko słowa, a jest szerokie spektrum tego, czym aktor dysponuje poza słowami. Tutaj właśnie jest punkt zbieżny między aktorem i psychologiem. Studiowanie i wiedza z Uniwersytetu Jagiellońskiego bardzo mnie wzbogaciły i dziś mogę z tego czerpać budując kolejne postacie.

Czy pamięta Pan temat Pańskiej pracy magisterskiej?
-Tu mnie Pan zastrzelił (śmiech). Chciałem napisać na temat, który mnie interesował, na czym choć trochę bym się znał. W tamtych czasach robiłem swój kabaret, który bardzo dużo występował. Potraktowałem naszą publiczność kabaretową jako pewien rodzaj tłumu, zbiorowości społecznej, którą można zanalizować za pomocą metod psychologicznych. Napisałem więc pracę magisterką o psychologicznych aspektach reakcji publiczności kabaretowej. Było to trudne zadanie, ale myślę, że te badania też mnie w jakimś stopniu wzbogaciły.


Jak Pan się czuje jako osoba, która uratowała innej osobie życie oddając swój szpik kostny?
- To jest pytanie zupełnie innego kalibru. Oczywiście jest ono najważniejsze jakie padło w tej rozmowie w związku z tym bardzo trudno mi o tym mówić, bo nie chciałbym popadać w banały. Z drugiej jednak strony, to co zrobiłem, oddając trochę krwi, nie było tak naprawdę wielkim poświęceniem. Wykonałem pewną aktywność, którą każdy z nas może wykonać. Okazuje się, że tak niewielkie środki, tak niewielkie działanie może uratować komuś życie. Patrząc z bardziej ogólnej perspektywy moje działanie było czynem doniosłym, ale je nigdy tak o tym nie myślałem. Oddanie szpiku znaczyło dla mnie bardzo wiele i jest to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu jakie zrobiłem.


Jak Pan myśli, jak można zachęcić polskie społeczeństwo do takich gestów?
- To co zrobiłem ma dla mnie dwa aspekty. O pierwszym trudno mi mówić, a drugi ma na celu pokazanie m.in. Państwu, którzy to czytacie, że oddanie szpiku i pomoc nie jest trudne, jest bardzo potrzebne, że nic nie powinno nas przed tym powstrzymywać. Chciałbym dotrzeć do naszych potencjalnych dawców i zaapelować, aby oddali trochę krwi, zapisali się do banku dawców i przez to uratować komuś życie. Myślę, że każdy z nas powinien mieć taki czyn na koncie. Zachęcam wszystkich do odwiedzenia strony www.leukemia.pl, gdzie są wszystkie informacje na ten temat i jeśli tylko ktoś z Państwa będzie chciał wykonać dobry gest dobroci to tam na pewno inni dobrzy ludzie przyjmą Państwa z otwartymi ramionami.

Tak na zakończenie powróćmy jeszcze na chwilę do aktorstwa. W marcu br. swoją premierę będzie miał film pt. "Mistyfikacja" z Panem i Pana ojcem w rolach głównych. Jaka jest postać grana przez Pana?
-Ten film posiada fabułę, która mnie zafascynowała odkąd przeczytałem scenariusz. Nigdy w życiu takiego nie czytałem.

Fabułą jest tajemnicze życie Witkacego.
- Tak. Film opowiada o Witkacym i jest takim snuciem teorii "co by było gdyby". Nazwałbym to spiskową teorią dziejów, gdyż akcja filmu dzieje się w 1968r., a jak wiemy z podręczników języka polskiego i historii Witkacy rzekomo popełnił samobójstwo we wrześniu 1939r. Nasz film poddaje ten fakt w wątpliwość i każe zastanowić się, że może Witkacy nie popełnił tego czynu i żył jeszcze trochę dłużej. Scenariusz dał nam, aktorom, dużo możliwości stworzenia ciekawych ról, które, mam nadzieję, widza zainteresują. Ja osobiście poświęciłem temu filmowi bardzo dużo energii i sił i trzymam kciuki bo jest to jeden z najważniejszych filmów w jakich grałem w ciągu mego życia.

Czego mogę Panu życzyć?
-Jeśli Pan się wyrywa z takim pytaniem to skoro skończyliśmy na "Mistyfikacji" to życzmy temu filmowi dużo widzów. Życzmy, aby ludzie pospieszyli do kin, aby zobaczyć kawałek bardzo ciekawie opowiedzianej historii.

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!