Małe Instrumenty to wrocławska grupa tworząca muzykę za pomocą… małych instrumentów. Ich spektakl „Elektrownia Dźwięku” to prawdziwy majstersztyk – symfonia dźwięków, światła i niepowtarzalnego klimatu upadającej fabryki.

Małe Instrumenty to grupa artystyczna założona w 2006 r. Tworzy ją sześć osób: Paweł Romańczuk (założyciel), Marcin Ożóg, Maciek Markowski, Tomasz Orszulak, Jędrek Kuziela oraz Maciek Bączyk. Zadebiutowali na Festiwalu Era Nowe Horyzonty w 2007 r., a ich spektakl „Elektrownia Dźwięku” zdobył Grand Prix Nurtu OFF 29. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Ta niezwykła opowieść o „fikcyjnych sposobach przetwarzania dźwięku w światło” znalazła się już w repertuarze Małej Sceny Teatru Muzycznego Capitol.

Grupa Małe Instrumenty, jak sama nazwa wskazuje, gra na instrumentach niewielkich rozmiarów. Mają miniaturowe gitarki, akordeoniki, pianinka, cymbałki, saksofoniki i puzoniki. Posługują się również mnóstwem rozmaitych piszczałek, gwizdków, zabawek wydających dźwięki oraz innymi przedmiotami, na których można zagrać, jak piła, dzwonek od roweru czy rury. Okazuje się, że grać można na wszystkim. Każdy przedmiot, poruszony, uderzony pałeczką bądź potarty, wydaje jakiś dźwięk. Wystarczy tylko odpowiednio skomponować wszystkie dźwięki, by powstała prawdziwa sztuka.

Ostatnie chwile elektrowni


W niewielkim pomieszczeniu Małej Sali Capitolu znajduje się kilka rzędów krzeseł. Jest bardzo kameralnie. Siedząc w pierwszym rzędzie, niemal dotyka się występujących. Na scenie widać różne dziwne przedmioty i konstrukcje. Światło jest skierowane na widownię, ale wśród plątaniny metalu i plastiku można zauważyć, że na scenie śpi sześciu mężczyzn ubranych w granatowe kombinezony robocze. Znajdujemy się w tytułowej Elektrowni Dźwięku i obserwujemy, jak budzi się rano. Światła na widowni gasną, scena zostaje delikatnie oświetlona, robotnicy rozpoczynają kolejny dzień pracy, a artyści koncert.

Na początku ciężko jest ogarnąć ogrom instrumentów i przedmiotów znajdujących się na stolikach i wkoło nich, obok każdego z członków zespołu. Kiedy wydobywają się z nich pierwsze dźwięki, na mojej twarzy pojawia się mimowolny uśmiech. Dźwięki wydają się być bardzo proste, trochę nieporadne. Skoncentrowani muzycy Małych Instrumentów wyglądają jak duże dzieci bawiące się w wielką orkiestrę. Jeśli ktoś na początku przedstawienia ma takie właśnie odczucia – tym lepiej dla niego. Chwilę później doświadczy przez to jeszcze silniejszego zaskoczenia.

Symfonia na pianinka, perkusyjki, gitarki i zabawki


Po spokojnym wstępie, ciche, pojedyncze dźwięki zmieniają się w prawdziwą symfonię! To niewyobrażalne, co można zagrać na zabawkach i miniaturowych instrumentach. Patrzę z niedowierzaniem na scenę, słucham i rozglądam się. Niektórzy widzowie się uśmiechają, inni unoszą brew, ale wszyscy z zainteresowaniem śledzą występ. Niektóre kompozycje są niezwykle barwne, mają niepowtarzalny charakter, którego nie osiągnie żadna „prawdziwa” orkiestra. Utwory zaskakują, ujawniając od czasu do czasu ograniczenia, jakie stawiają przed muzykami ich małe instrumenty. Czasem komuś upadnie pałeczka lub grająca zabawka, ktoś potknie się o leżący na ziemi kabel lub krzesło, ale w przypadku tego spektaklu, utrzymanego w konwencji upadającej fabryki, pełnej pozornego chaosu, te drobne usterki wyglądają zupełnie naturalnie.

Szanowny panie dyrektorze...


Elektrownia Dźwięku to ostatnie takie miejsce, wszystkie inne zostały już zamknięte. Pracownicy są bardzo oddani swojej pracy i nie chcą dopuścić do zamknięcia elektrowni. Trzykrotnie zwracają się do tajemniczego dyrektora, kiwającego się w przód i w tył, paląc cygaro, z prośbą o pomoc i wsparcie. Niestety, dyrektor zdaje się mieć ważniejsze sprawy na głowie. Pracownicy dbają o swoje maszyny, ale kiedyś w końcu musi dojść do jakiejś awarii…

Muzyka w „Elektrowni Dźwięku” wspaniale współgra ze światłem – jego kolorem i natężeniem. Scena raz pogrąża się w całkowitych ciemnościach i złowrogiej ciszy, by za chwilę wybuchnąć szaleństwem dźwięków i oblać widzów światłem wyjącej syreny lub kołyszących się bezładnie lamp. Światło przemyka po dziwnych fabrycznych konstrukcjach, również będących instrumentami, gaśnie i pojawia się w innym miejscu, z towarzyszącym mu zawsze dźwiękiem.

Małe instrumenty – wielki efekt


Widzowie śledzą poczynania pracowników-muzyków, obserwują przemieszczanie się światła i pojawianie nowych instrumentów. Kiedy na jaw wychodzi mało optymistyczna sytuacja elektrowni, a wizja zamknięcia staje się coraz bardziej wyraźna, pojawia się współczucie i zasmucenie. Groźna awaria wywołuje strach – maszyny pracują jak szalone, wirując tuż przed oczami widzów. Załoga, dotąd milcząca, wydaje z siebie niezrozumiałe okrzyki, ale nie próbuje już ratować urządzeń – na nic się to nie zda. Zamiast tego chce do końca pracować, nawet za cenę całkowitego zniszczenia maszyn. Spektakl kończy szalony koncert światła i dźwięków, lampy kołyszą się szaleńczo, w uszach wibrują złowrogie nuty. Strach. Pracownicy biegają po fabryce, żegnając się z rozszalałymi instrumentami. W końcu ostatnia Elektrownia Dźwięku umiera... Pozostaje smutek i ciągłe niedowierzanie, że za pomocą plastikowego saksofoniku, gumowego misia i kręconych bączków można wyczarować tak wielką muzykę.

Najbliższe spektakle "Elektrownia Dźwięku" Małych Instrumentów odbędą się 25 i 26 listopada oraz 6, 7 i 8 stycznia 2009 r. Więcej informacji na stronach grupy Małe Instrumenty oraz Teatru Muzycznego Capitol.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!