Z zażenowaniem graniczącym z obrzydzeniem przyglądałem się piłkarskim zmaganiom polityków i "gwiazd" telewizji TVN w czasie charytatywnego meczu, który odbył się w minioną sobotę na stadionie Legii. Powody do zażenowania mam dwa.

Oczywiście cel sobotniego spotkania był jak najbardziej szczytny - budowa bardzo potrzebnego Centrum Profilaktyki Onkologicznej. Muszę jednak zadać pytanie, czy i w tym wypadku cel uświęcił środki?

W Polsce istnieje wyraźny podział władzy. Mamy władzę ustawodawczą, wykonawczą, sądowniczą i tę czwartą - niepisaną, nieformalną - władzę medialną. Wszystkie te władze powinny być od siebie niezależne, wzajemnie się kontrolować, także - w granicach prawa i ludzkiej moralności i przyzwoitości - wpływać na siebie w sprawach ważnych i najważniejszych. O ile pierwsze trzy władze są ze sobą ściśle powiązane, chociażby prawnie, czasami personalnie, poprzez dopełnianie się tworzą jedną całość, o tyle czwarta władza już do struktury tworzonej przez trzy pierwsze przynależeć nie powinna.

Znaczną część drużyny TVN-u stanowili dziennikarze, także ci zajmujący się na co dzień polityką. Ze swoimi boiskowymi przeciwnikami-politykami spotykają się bardzo często, przy różnego rodzaju okazjach - zadają im pytania nurtujące społeczeństwo, patrzą im na ręce, kontrolując ich poczynania, wreszcie rozliczają ich z często - na wiatr - rzucanych obietnic. Dziwi więc fakt, że ci sami dziennikarze tworzą wraz z politykami swego rodzaju koło wzajemnej adoracji, w którym każdy może znaleźć dla siebie wygodne miejsce i lawirować pomiędzy polityczno-medialną fikcją, a szarością otaczającej nas rzeczywistości. Kilka razy na własne oczy widziałem polityków bawiących się z "celebrytami", w tym także dziennikarzami (którzy nota bene niesłusznie do grupy "celebrytów" należą) na imprezach, czy to w klubie, czy w ogrodzie u znajomego. Zarówno jedni, jak i drudzy pili wspólnie alkohol, śmiali się z tych samych żartów, wzajemnie się 'kokietowali'...

Zastanawiam się teraz, jak dzień po mocno zakrapianej imprezie, w której udział wzięli przykładowo poseł "X" oraz redaktor "Y", ten ostatni ma patrzeć na ręce temu pierwszemu? Czy kontrola jaką będzie nad nim sprawował będzie prawdziwą dziennikarską robotą - troską o dobro państwa, chęcią wypełnienia zawodowej powinności, zapewnienia społeczeństwu rzetelnego dostępu do informacji, czy tylko grą pozorów? Czy pytania jakie "igrek" zada "iksowi" będą słuszne, wystarczająco dociekliwe, czy będą wręcz następną bezpłodną, przepełnioną populizmem pogaduchą w świetle telewizyjnych kamer, nastawioną wyłącznie na pozyskanie kolejnych wyborców? Nie wiem. Nie jestem ani posłem "X", ani redaktorem "Y".
Drugim powodem, dla którego mecz "gwiazd" TVN-u i polityków przyprawiał mnie niemalże o mdłości, był fakt, że w drużynie polityków zagrali przedstawiciele wszystkich opcji od lewa do prawa - Platformersi, Pisowcy, Lewicowcy i Ludowcy.

Ktoś powie: "Osuch, ty idioto! Cieszyć się powinieneś, że skłóceni od lat, skaczący sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji, politycy połączyli swoje siły i ponad wszelkimi podziałami - dla jakże szczytnego celu - zrobili coś razem." Nie pozostanie mi wtedy nic innego, jak przyznać temu komuś rację... O ile tym szczytnym celem było pokazanie się w świetle stadionowych jupiterów, dwudziestotysięcznej publiczności i milionom telewidzów w całym kraju. Gdyby bowiem taki sam mecz, przykładowo z dziennikarzami jednej z pabianickich gazet, to jak myślicie - Tusk by przyjechał? Kurski ruszyłby się z Brukseli?

Mecz odbył się jednak w Warszawie przed telewizyjnymi kamerami, więc i okazja do pokazania się była ogromna i równie wielce kusząca. Boli mnie tylko jedno: jeszcze w trakcie spotkania, bodajże europoseł Jacek Kurski powiedział do jednej z kamer, że "na boisku politycy grają w jednej drużynie." Na Boga! Czymże boisko warszawskiej Legii lepsze jest od Polski, w której politycy jako jedna drużyna nigdy nie grali, nie grają i najpewniej zagrać nie chcą...

Tak czy inaczej, jest już po meczu. Był remis - trzy do trzech. Zresztą czego można się było spodziewać? Patrząc dziś na relacje polityk-dziennikarz, odnosi się nieodparte wrażenie, że w ich starciu nie może być przegranego. Obaj muszą wygrać, bo obaj bez siebie nie istnieją, a wygrana obojga oznacza dla każdego kolejną szansę na zaistnienie. Po co więc walczyć, spierać się? Wystarczy się wzajemnie adorować. W telewizyjnym studiu, na boisku, czy w nocnym klubie - wszystko jedno. Ważne, by zapełnić koryto.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!