Naczelna Izba Kontroli ustaliła, że samolot wiozący prezydenta Kaczyńskiego i jego liczną świtę na obchody rocznicy mordu katyńskiego, w ogóle nie powinien był startować. To nienowe odkrycie ma jednak nowe, niebanalne uzasadnienie.

Samolot nie powinien lądować - nie z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych, jak sądzi jeszcze wielu Polaków, tylko z powodu nieistnienia lotniska, na którym miałby lądować. Ściśle mówiąc, NIK stwierdziła tylko, że w świetle polskiego prawa lotnisko Siewiernyj nie może być uznane za lotnisko. Jak z kolei stwierdził jeden z prominentnych polityków, to co dotychczas uważano za lotnisko Siewiernyj, w istocie rzeczy nie istnieje.

Tym niemniej na owym nieistniejącym lotniku lądowały (jak przypomniał inny prominentny polityk) wielokrotnie samoloty wiozące prezydenta Kwaśniewskiego, premiera Putina, prezydenta Miedwiediewa i co najmniej kilku innych mniej znacznych osobistości. Nie znamy żadnych doniesień, żeby chociaż jedna z tych wypraw zakończyła się katastrofą - oprócz tej jednej, 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to o poranku nad nieistniejącym w świetle polskiego prawa (które niestety nie obowiązuje w Rosji) lotniskiem Siewiernyj zapanowała gęsta mgła.

I tak przeżywamy nową falę skarg, że nieszczęsny a bohaterski prezydent Kaczyński padł ofiarą wrogości obozu Tuska, który nie zaniedbał żadnych posunięć prowadzących niechybnie do katastrofy: rozdzielił wizyty premiera i prezydenta w Katyniu, nie zapewnił oddzielonemu od premiera prezydentowi należytej ochrony, a na koniec, nie sprawdziwszy czy lotnisko Siewiernyj rzeczywiście istnieje, posłał nieszczęsnego, a bohaterskiego prezydenta na pewną śmierć.

Od katastrofy zwanej smoleńską minie niedługo drugi rok. Mijają więc blisko dwa lata ciężkiej pracy różnych komisji, które dokonały szereg ważnych ustaleń: najpierw komisja MAK, komisja Anodiny, ustaliła, że nad lotniskiem Siewiernyj w danym momencie zalegała mgła i w tych warunkach samolot z prezydentem na pokładzie nie powinien lądować; ponadto zasugerowała, że jeżeli mimo wszystko podjął taką próbę, to mogło to być spowodowane naciskiem ze strony jego prominentnych pasażerów, którym zależało na lądowaniu w przewidzianym czasie.

Później komisja Millera ustaliła, że takich bezpośrednich nacisków nie było, a ponadto prezydencki samolot bynajmniej nie podejmował próby lądowania (niestety nie wyjaśniła, dlaczego wobec tego znalazł się tak blisko ziemi zawadzając o feralną brzozę - czy chciał się lepiej przyjrzeć mgle?). Z kolei sejmowy zespół badawczy Macierewicza ustalił, że nie było żadnej próby lądowania czy przyglądania się mgle, ponieważ wcześniej i wyżej nastąpiło wielkie BUM i samolot prezydencki rozpadł się na drobne cząsteczki. Mamy teraz z kolei ustalenia NIK, które sprowadzają ustalenia zespołu Macierewicza z podniebnych rewirów na poziom naszej politycznej codzienności, nadając równocześnie dociekaniom przyczyn katastrofy smoleńskiej metafizyczny wymiar: czy lotnisko Siewiernej jest bytem rzeczywistym, czy urojonym? Oto jest pytanie. Zapewne nie ostatnie w tej serii.

Rozpoczął się konkurs Dziennikarz obywatelski 2011 Roku.
Zgłoś swój materiał! Zostań najlepszym dziennikarzem 2011 roku. Wygraj jedną z ośmiu zagranicznych wycieczek.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!