plakat filmowy plakat filmowy

plakat filmowy (© www.filmweb.pl)

Od kiedy wiadomo, że „Michael Clayton” zdobył siedem nominacji do Oscara, kina w USA wyświetlają go ponownie. Czym się wyróżnia wśród reszty ubiegłorocznych produkcji?

Jest to nietypowy thriller – przepełniony atmosferą tajemniczości, dramatyczną muzyką i grą aktorską. To ostanie nie jest wcale takie oczywiste – coraz więcej we współczesnym kinie efektów specjalnych, wartkiej akcji i wybuchów, a mniej miejsca dla aktorów, których zdaje się zastąpili kaskaderzy i graficy komputerowi. Aktorstwo pozostało w teatrze, w Hollywood są „gwiazdy”. Sztuka i celebrities wzajemnie się wykluczają. Temu trendowi obraz stara się sprzeciwiać… z pozytywnym skutkiem – zdobył wszelkie możliwe nominacje aktorskie.

Tytułowy Michael Clayton (George Clooney) jest prawnikiem, wyspecjalizowanym w sprawach szczególnie trudnych, a prywatnie ojcem na pół etatu (trudno bowiem być perfekcjonistą we wszystkim). Gdy ktoś ma problem natury prawniczej, dzwoni po niego – bo jest najlepszy, profesjonalny i nie obiecuje cudów. Płaci za to przemęczeniem, zestresowaniem i zobojętnieniem – pomimo wykonywania tak prestiżowego zawodu, do szczęścia mu daleko. Problemy osobiste piętrzą się w zgrabny stos, gdy nagle w pracy trafia na sprawę wyjątkowo skomplikowaną. To, co z pozoru wydaje się jedynie niewielką niedogodnością na drodze procesowej, okazuje się być wierzchołkiem ogromnej i niebezpiecznej afery.

Intrygująca fabuła jest nam podana w sposób dość skromny, bez niepotrzebnych upiększeń i sztucznych wzrostów napięcia. Główny bohater jest zagubiony w historii tak samo, jak my i razem usiłujemy poskładać elementy, aby wreszcie się odnaleźć. A wszystko to bez pośpiechu, z dużą ilością dialogów, własnym tempem.

Sam Clooney odchodzi ostatnimi laty od wizerunku aktora komediowego (seria o złodziejskich przygodach Oceana) i sensacyjnego („Co z oczu, to z serca”). Niewielu pamięta go jeszcze jako sympatycznego pediatrę w „Ostrym dyżurze”. Ostatnimi czasy co roku „przynajmniej” nominowany (dostał Oscara za drugoplanową rolę w „Syrianie”). Tworzy kino mniej popularne wśród mas, w starym stylu, ostatnio wręcz czarno-białe („Good night and good luck”, „Good German”). Wydaje się, że dojrzał: aktorsko i reżysersko – z korzyścią dla publiczności.

Scenarzystą i reżyserem obrazu jest Tony Gilroy, znany z Bourne’owskiej trylogii. Nie należy jednak liczyć na podobieństwa. W porównaniu z sensacyjną serią, „Michael Clayton” jest filmem bardzo oszczędnym. Maksimum przekazu, przy minimum tak typowego dla Hollywood blichtru i serpentyn
efektów, bardziej przypomina kino europejskie – przepełniony specyficznym klimatem, na który niebagatelny wpływ ma świetnie dobrana muzyka.

"Clayton" jest wielkim sukcesem Girloya, nominowany za scenariusz oryginalny, reżyserię i jako film roku, został wyłoniony wśród rzeszy produkcji i doceniony. W tym tkwi jego atut – jest nietypowy, inny. Wyróżnia się w strumieniu podobnych do siebie obrazów zalewających kina i są to różnice pozytywne.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!