W piątek, 11 października, uczestnicy mogli m.in. poznać tajniki pracy prawdziwego profilera oraz policjantów, a także spotkać się z nominowanymi do Nagrody Wielkiego Kalibru i jurorami.

Dzień rozpoczął się od sesji naukowej "Gatunki literatury kryminalnej: tradycja, współczesność, ewolucja, perspektywa rozwoju". Uczestniczyli w nim Bernadetta Darska, Bohdan Trocha, Mariusz Kraska, Michał Larsk, Jan Gondowicz oraz Mariusz Czubaj. Poruszano różnorodne tematy, m.in. skutki picia (nie tylko wódki)... w kryminale) czy jak uprawiać antropologiczną historię w literaturze kryminalnej.

Tego dnia odbyły się także dwa wykłady. Pierwszy z nich poprowadził Zygmunt Miłoszewski - pod tajemniczym i intrygującym tytułem "Igraszki z biskupem" (czyli szanse i zagrożenia wynikające z pisania o wydarzeniach prawdziwych). Prelegent zaczął dość nietypowo, od tytułów nagłówków gazet w związku ze zbliżającym się meczem Polska - Ukraina. "Damy radę!"; "Musimy wygrać"; "Ukraińcy pod wielką presją"; "Piłka jest nieprzewidywalna".

Literatura jest kłamstwem, jest zmyślona przez faceta, który jest upiornie nudny, który nie przeżywa żadnych przygód. Jeśli chodzi o kłamstwo, to musi ono mieć w sobie jak najwięcej prawdy. Miłoszewski powołał się na przykład męża, który chce zdradzić swoją żonę. I mówi jej, że jedzie w delegację do Kołobrzegu a tymczasem zabiera kochankę zagranicę. Wiadomo, że prawda wyjdzie na jaw. Ale jeśli pojedzie w delegacje i zabierze kochankę, wtedy sprawa będzie prostsza. Powie, że był w tym samym, co zawsze hotelu, że chodził do tej samej smażalni ryb, zatai tylko informację o kochance. Literatura rządzi się tymi samymi prawami, muszą być elementy prawdziwe. W książce muszą być opisane: obecna czy też dawna rzeczywistość, realia kraju, aspekty społeczne. Dlatego Miłoszewski zawsze poprzedza rozdział skrótem wydarzeń politycznych i spoełcznych.

Gdy piszemy o prawdziwych wydarzeniach, zawsze ktoś będzie obrażony. W tym miejscu autor przywołał całą listę osób, które uraził. Mamę i tatę (bo wprowadza do swoich powieści wulgaryzmy), lewicowe partie (z powodu pierwszej powieści), kobieta, która miała tak samo na imię jak jedna z bohaterek, która prowadziła rozwiązłe życie, pani sprzątaczka (bo napisał w jednej powieści, że miejscu, w którym sprząta, były brudne okna), biskupi i burmistrz Sandomierza (bo skrytykował Ojca Mateusza – do tego stopnia, że jeden nie wyrażał zgody na ekranizację tej powieści, drugi wspólnie z burmistrzem zastanawiali się, czy nie zakazać mu wjazdu do miasta), minister kultury (wmieszał się w wojnę między ministrem a Ministerstwem Spraw Zagranicznych), Adam Michnik (poszła fama, że wyszedł z kina w połowie filmu na podstawie książki Miłoszewskiego).

Zygmunt Miłoszewski uchylił rąbka tajemnicy dotyczący zakończenia swojej trylogii. Podobno nie uśmierci swojego bohatera, by nie musiał go potem wskrzeszać, jak Arthur Conan Doyle. Tylko sprawi, by nie mógł być już prokuratorem. Jedno jest pewne, bohater ten będzie jeszcze bardziej sfrustrowany. To marzenie autora, najbardziej sfrustrowany bohater w historii. Po wykładzie można było zdobyć autograf autora.

Kolejny wykład, zatytułowany "Chinatown. Arcydzieło filmu noir", poprowadził Borys Lankosz. Miał 14-15 lat, gdy po raz pierwszy obejrzał ten film.

Wytwórnia filmowa Paramount miała ogromne problemy finansowe. Była wojna, potem nastąpił okres hipisów. W 1966 roku Charles Bluhdorn został multimilionerem (piął się do góry - od prostego chłopca do bogacza). Kupił Paramount i ustawił na stanowisku Roberta Evansa. Ten ostatni zaproponował Polańskiemu zekranizowanie "Dziecka Rosemary". W 1972 roku wyprodukował Ojca chrzestnego. Wtedy to był taki sukces, jak "Władca Pierścieni". Po tym filmie wynegocjował niebywały kontrakt - mógł produkować własne filmy pod szyldem Paramount. Powstały wtedy "Love Story" i "Wielki Gatsby". Przy tym ostatnim filmie odmówił mu Robert Towne.

Początkowo Los Angeles było małym miasteczkiem, potem zaczęła wzrastać liczba mieszkańców i wkrótce osiągnęła 100-150 tys. ludzi. Brakowało wody, było to poważne zagrożenie, dlatego nie można było myć samochodów. Postanowiono zbudować akwedukt, który pozbawił farmerów terenów uprawnych. Pieniądze na ten cel się znalazły, ale było to największa afera korupcyjna tamtych czasów.

Reżyserię Chinatown zaproponowano Romanowi Polańskiemu. Ten jednak był niechętny z powodu niemiłych wspomnień dotyczących tragicznej śmierć żony. Niemniej jednak otrzymał scenariusz na 180 stron, co przekłada się na 3 godziny filmu. Scenariusz tego filmu był mistrzowski. Ciekawostką jest to, że w pierwszej wersja wszystko się dobrze kończy, zaś w drugiej - zło zwycięża.
Borys Lakosz wspomniał o paradygmacie, który stał się wzorem dla amerykańskich scenarzystów. Według niego dobrze opowiedziana historia powinna składać się z 3 aktów: zawiązanie akcji (30 str.) drugi akt (60 str.), rozwiązanie (30 str.). Pod koniec pierwszego aktu powinny nastąpić punkty zwrotne. Co więcej, w pierwszych 10 minutach filmu zapada decyzja o tym, czy nam się podoba czy nie. Niektórzy filmowi twórcy z tego powodu wystrzeliwują się na samym początku i nic nie zostaje na koniec.

Początek filmu Chinatown jest genialny. Na ekranie pojawia się sekwencja napisów, stylizowana na lata 40. Następnie widzimy nieruchome fotografie w czarno-białej sepii i słyszymy nagle jęki. Wszystko wątki są zarysowane w ciągu pierwszych 10 minutach. Widzimy klimat miasta zalanego słońcem i umierającego z pragnienia.

W trzecim akcie następuje konfrontacja - legendarna scena, na którą nalegał Polański a na co na początku nie chciał się zgodzić Towne. Bohater policzkuje bohaterkę i przetacza ją po meblach. I mówi: "to jest moja córka, to jest moja siostra i córka".

Najsłynniejsze zakończenie w historii kina. Bohaterowie prowadzą dialog: - Zróbcie przysługę swojemu kumplowi, zabierzcie go. - Zapomnij Jennings to Chinatown.

Chinatown to film noir z elementami tragedii antycznej oraz motywu kazirodztwa (kompleks Edypa). Ukazał się w czerwcu 1974 roku. Zdobył mieszane recenzje i 11 nominacji do Oscara. Jednakże w tym samym roku ukazał się „Ojciec Chrzestny II”, który go pokonał. Chinatown zdobyło tylko nagrodę za najlepszy scenariusz. Nie pozostaje mi nic innego, jak obejrzeć ten film.

Następnie odbyło się spotkanie "Literaci kontra zawodowcy" z prawdziwym profilerem Janem Gołębiowskim oraz policjantami z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu - podinspektor "Małą", nadinspektorem "Klossem" oraz podinspektorem "Kostkiem". Spotkanie poprowadził Irek Grin.

Dzięki temu spotkaniu można było poznać od kuchni pracę profilera oraz policjantów. Psychologiem w policji można być na dwa sposoby: albo jako funkcjonariusz albo jako cywil. Praca psychologa jest bardzo złożona i polega na: badaniu kandydatów na policjantów, opiece nad policjantami, wpieraniu ich podczas powiadamiania o śmierci bliskiej osoby (pierwsza pomoc psychologiczna dla rodziny zmarłego), wpieraniu policjantów w czynnościach zawodowych (negocjatorom podczas negocjacji), wsparciu pionów kryminalnych i dopiero na analizie psychologicznej przestępstwa (profilowaniu).

Nadinspektor "Kloss" podkreślić, że profiler jest potrzebny w pracy policji. Szczególnie, gdy nie można „złapać smaku krwi”, która pomaga dojść do sprawcy. Profiler sporządza mapę miejsc, która jest bardzo ważna w jego pracy. I może wiele powiedzieć o przestępcy. Warto przy tym wspomnieć, że zdaniem Jana Gołębiowskiego, przestępcy dzielą się na zorganizowanych (metodyczni) i niezorganizowanych (impulsywni).

Irek Grin, prowadzący spotkanie, poddał gości próbie. Podał przykład serii zbrodni i goście musieli zrobić minidochodzenie, by dojść do prawdy. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, usłyszeć ich tok rozumowania.
Najważniejsze w takim przypadku jest modus operandi – sposób powstawania obrażeń, ustalenie, czy są podobieństwa w działaniach seksualnych, ustalenie rozwoju dewiacji i dynamiki zaburzeń. Nie jest tak, że każde morderstwo musi być takie samo w przypadku seryjnego mordercy (np. Lech Pękalski miał różne ofiary pod względem wieku i wyglądu). Należy przy tym pamiętać, że samo zabójstwo też może być źródłem satysfakcji seksualnej. Seryjny morderca Paweł Tuchlin ("Skorpion") miał wytrysk w momencie uderzenia młotkiem w głowę swojej ofiary.

Profilowanie zaczyna się od ofiary, sporządzenia jej portretu (poznania wszystkiego na jej temat, bo każdy szczegół może być istotny). Najtrudniej jest, gdy ofiara jest NN. Ważny jest także materiał dowodowy (akta ze zdjęciami). Informacje nanosi się na mapę. Najważniejszą czynnością są oględziny. Istnieje możliwość wskazania sprawcy na podstawie figury geometrycznej, która powstaje po naniesieniu na mapę wszystkich punktów. Trzeba zrekonstruować jak się poruszał sprawca, być może miało to związek ze szlakiem komunikacyjnym. Czy sprawca od razu wymyślić, że kogoś zabije i zrobi to na polanie kwadratu, czy powstało to dopiero po pierwszym morderstwie.

Profilerzy tworzą alternatywne wersje portretów, na koniec wychodzą różne konkluzje i trzeba je ułożyć według pewnego prawdopodobieństwa. To nie jest wróżenie z fusów (jak jasnowidze). Ostatnio Jan Gołębiowski pracował nad sprawą, która miała 17 tomów akt dowodowych i napisał opinię na 44 strony.

Nadinspektor "Kloss" dodał, że oni zwracają uwagę na inne rzeczy, a profilerzy na inne. - O seryjnym możemy mówić, gdy nie są związane ze sprawcą. W Polsce od 2 wojny światowej było ok. 50 seryjnych morderców. W każdej populacji zdarzają się seryjni - dodał.

Tego niezwykłego wieczoru można było także zobaczyć na żywo nominowanych do Nagrody Wielkiego Kalibru. Spotkanie zatytułowane było jurorzy kontra nominowani. Po jednej stronie zasiedli jurorzy: Marcin Baran, Grzegorz Sowula, Marcin Maruta, Janina Paradowska, Zbigniew Mikołejko, Witold Bereś. Po drugiej - Wojciech Chmielerz ("Podpalacz"), Tomasz Bociński i Agnieszka Chodkowska-Gyurics ("Pan Whicher w Warszawie"), Mariusz Czubaj ("Zanim znowu zabiję"), Piotr Głuchowski ("Umarli tańczą"), Marta Guzowska ("Ofiara Polikseny"), PM Nowak ("Ani żadnej rzeczy"), Marcin Wroński ("Skrzydlata trumna").

Musieli przekonać jurorów, dlaczego to właśnie oni powinni otrzymać nagrodę w wysokości 25 tys. zł. Ich motywacje były bardzo różne, ale wszystko było przedstawione z humorem. Nie było widać rywalizacji.

- Napisałem kryminał historyczny dziejący się w Lublinie. Co roku jestem nominowany i co roku nie otrzymuję nagrody. Więc tym razem też się jej nie spodziewam. To już tradycja - zażartował Marcin Wroński.

- Nie lubię przemawiania publicznego i improwizowania, a tu mam aż 3 minuty. Ale dziękuję jurorom, że mi to umożliwili. To moja debiutancka książka. Zdaniem krytyków jest mieszanką kryminału szwedzkiego i angielskiego - powiedział PM Nowak.

- Jestem archeologiem. Moja książka jest o archeologii, ale spokojnie, nie dzieje się w Starożytnym Egipcie. Tłem są wykopaliska w Turcji (nie Troi). Mój bohater to taki doktor House wykopalisk - przekonywała Marta Guzowska.
- To moja pierwsza książka kryminalna. Jestem też autorem biografii ojca Rydzyka. Pisanie nie jest moją pracą, lecz pasją. Na co dzień pracuję w koncernie medialnym - powiedział Piotr Głuchowski.

- Chciałbym otrzymać nagrodę, by wygłosić pewne zdanie, którego teraz powiedzieć nie mogę. W każdym razie teraz chciałem napisać normalny kryminał - zaintrygował wszystkich Mariusz Czubaj.

- Nasza powieść to powieść retro. Zarzucano nam, że jest powolna. Ale to tak jak istnieją dwie grupy motocyklistów, jedni to ścigacze, drudzy - podziwiają widoki - tłumaczyła się Agnieszka Chodkowska-Gyurics, która jest z zawodu inżynierem mechanikiem.

- Moja książka to bardzo fajna intryga, 5-10 godz. mocnej rozrywki i kilka mądrych kwestii do przemyślenia - zapewnił Wojciech Ćmielarz.

Zbigniew Mikołajko zadał dobre pytanie, czy wulgaryzmy w kryminałach są potrzebne? - Ozdobniki te niekoniecznie dodają wartości książce to mnie po prostu nudzi - dodał.

Jurorów niepokoiło m.in. zakończenie powieści. Niejednokrotnie widać, że autor nie ma pomysłu. Pojawia się np. list pośmiertny, który wyjaśnia intrygę. Niby jest suspens, zagadka, ale zakończenie kuleje. Na szczęście, zdaniem Beresia i Paradowskiej, wszystkie nominowane książki są dobrze skonstruowane a ich zakończenia dobrze przemyślane. Tematyka tych powieści jest bardzo różnorodna. - Sama jestem ciekawa, jak będą wyglądać obrady jury. Na pewno nie będzie łatwo - dodała Paradowska. Podobno wyniki mają zostać ogłoszone dziś około godziny 22.

Przygotowane na ten dzień atrakcje były niezwykle różnorodne. Mnie najbardziej spodobała się możliwość poznania pracy profilera oraz pisarzy nominowanych do Nagrody. Sobota zapowiada się jeszcze bardziej emocjonująco. Na uroczystej gali, którą uświetni Stanisław Tym, poznamy laureata Nagrody Wielkiego Kalibru.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!