Trudno uwierzyć, że mający nieskończony potencjał Rosjanie zdobyli dopiero pierwsze złoto ME od rozpadu ZSRR. Wyjąwszy triumfatorów, ten turniej nie oszołomił swoim poziomem. Tym bardziej krytyczna staje się ocena występu Polaków.

Zwycięski pochód mistrzów olimpijskich trwa w najlepsze i rozszerza się na nowe połaci. Po dokonaniu siatkarskiej rzezi na Brazylii w finale Ligi Światowej, złoto na szyjach Rosjan wieszano z automatu. "Spędziliśmy ze sobą ostatnie cztery miesiące. Bywało, że nie spaliśmy, nie jedliśmy, tylko bardzo ciężko pracowaliśmy" - mówił oficjalnej stronie CEV doświadczony libero Aleksiej Verbov.

Zatrzymać ich mogli tylko oni sami, ale czasy psychicznej nadwrażliwości niechybnie minęły. Neurotyzm ustąpił miejsca niezachwianemu przekonaniu o własnej wyższości, indywidualizm poświęcono pracy zespołowej, zapanowano nad sferą mentalną w taki sposób, by agresję i "fizykę" przekuć w zwycięstwo. Kiedy Rosjanie mają swój dzień na zagrywce, a mieli, kiedy są nie do zatrzymania na siatce, a byli, nie ma na nich mocnych. Urodziła się potęga, która z brutalną siłą rozprawia się z resztą świata.

Oprócz medalu z najcenniejszego kruszcu, w ręce zespołu Andrieja Woronkowa (po igrzyskach zastąpił Władimira Alekno, który wolał samodzielną pracę z Zenitem Kazań) trafiły trzy nagrody indywidualne, w tym ta najważniejsza - tytuł MVP dla Dmitrija Muserskiego. Po raz pierwszy od 14 lat, czasu legendarnego Andrea Gianniego, otrzymał ją środkowy, zwykle niedoceniany i niewybijający się na pierwszy plan. Mierzący 218 cm Muserski, jak na swoje parametry bardzo elastyczny i dobrze skoordynowany, atakował ze świetną skutecznością 61,7 proc. i jako jako jedyny w turnieju finałowym punktował blokiem częściej niż raz na set. W finale olimpijskim przesunięcie go na pozycję atakującego okazało się strzałem śmiertelnie raniącym Canarinhos.

Gdyby reprezentację Sbornej złożyć z zawodników, którzy albo byli poza pierwszą szóstką, albo w ogóle nie otrzymali powołania, wyszłaby drużyna o bliźniaczo zbliżonych aspiracjach: Butko, Chtiej, Mikchajłow, Biereżko, Wołkow, Ostapienko, Obmoczajew. Ogromne zasoby kadrowe, bezkonkurencyjna finansowo liga i wynalezienie patentu na sukcesy kreślą świetlane lata. Szukając marnej nadziei dla rywali można wspomnieć, że i barbarzyńcy ze wschodu potykali się po drodze. Bez straty seta przetrwali tylko w grupowym meczu z Czechami, najsłabszym zespołem tego turnieju.

Ubogie tło

Ale zbyt wielu dobrych wiadomości dla świata siatkówki nie napłynęło. Nie wybiła się żadna osobowość, dzięki której mistrzostwa odznaczyłyby się czymś szczególnym w siatkarskich kronikach. W statystce punkty na set świetnie wypada Georg Grozer (ponad 5), ale przyglądając się jego skuteczności wtedy, gdy o zdobycz było najtrudniej, nie wyglądało to już tak różowo. Uważany przez niektórych za najlepszego atakującego świata Cwetan Sokołow to gasł, to rozbłyskał na nowo. Mimo że wiele razy w pojedynkę trzymał grę Bułgarii, w fazie kopenhaskiej zbyt często się mylił - w meczu o trzecie miejsce skończył tylko 11 z 30 ataków. Bułgarów znowu prześladuje czwarta, najbardziej frustrująca, lokata.

Włosi postawili na siłę ognia, wystawiając w składzie Ivana Zaytsewa i rezerwowego w Piacenzie Lucę Vettoriego. Odbiło się na to na jakości przyjęcia - Dragan Travica biegał po całej szerokości boiska i miał problemy ze zgubieniem bloku. Cristian Savani, w obecnej chwili kadrowicz z najdłuższym stażem, spajający przeszłość i przyszłość, był kompletnie bez formy.

Solidność, choć nic więcej, plus równy poziom gry na długości całego turnieju były udziałem jednak niezatapialnej Serbii. Po rezygnacji z gry w kadrze Nikoli Grbicia i Ivana Milijkovicia przeżywała trudne chwile. Trzy razy z rzędu zabrakło jej w finałach Ligi Światowej, 9. miejsce w Londynie było ewidentną porażką. Igor Kolaković jako jedyny z trenerów top 4 wystawił skrzydłowych, z których żaden nie przekraczał 2 metrów. Nikić, Kovacević i Atanasijević bez błysku i wyszukanej finezji żmudnie zapracowali na brąz, oddający ich pozycję w hierarchii Starego Kontynentu.

Polacy bez planu minimum


Na tle tych okoliczności nie sposób usprawiedliwić występu współgospodarzy. Nieumiejętność utrzymania się w grze o najwyższą stawkę staje się naszą cechą permanentną. Po srebrnym medalu mistrzostw świata. klapa na siatkarskim Euro w Rosji. Po złocie na mistrzostwach Europy w Turcji, zawstydzająca postawa na włoskim mundialu. Po serii czterech imprez na podium z Andreą Anastasim, trzy zakończone niepokojąco przedwcześnie.

Sposób gry narzucono przez włoskiego trenera nie wykorzystywał możliwości zawodników. Łukasz Żygadło rozgrywa schematycznie, wedle niektórych notabli z PZPS również za wolno jak na współczesne standardy. Ostatni rok od względem szkoleniowym w zasadzie zmarnowano. Poza Grzegorzem Boćkiem, o którym pół roku temu nie wspominano w kontekście reprezentacji innej niż ta na uniwersjadę, nie wykreowano nowych twarzy, tak jak nie podciągnięto poziomu starszych stażem kadrowiczów. Gdyby nie brak dotychczasowego pewniaka Zbigniewa Bartmana, pewnie do dziś atakujący Kędzierzyna nie zadebiutowałby na tym szczeblu.

Co najmniej budujące, nie pojawiła się iskra, z której można rozpalić ognisko zmian. Drużyna tkwi w czym tkwiła od miesięcy bez reakcji sztabu. Nie ustępujemy już tylko przewyższającym nas - bez dwóch zdań - finalistom. Wliczając ostatnią edycję Ligi Światowej, ponieśliśmy trzy z rzędu porażki z Francją i Bułgarią. W klasyfikacji mistrzostw wyprzedziła nas Belgia, Niemcy i Finlandia, europejska druga liga. Syrena alarmowa przed przyszłorocznym mundialem wyje na cały regulator.

Wiadomo, że za podziękowaniem Anastasiemu opowiada się stacja telewizyjna hojnie dotująca polską siatkówkę. Jej dziennikarze wpisami na Twiitterze sugerują obarczenie odpowiedzialnością Włocha za ostatnie niepowodzenia. Dla potrzeb jednego z programów informacyjnych telefonowali nawet do Alekny z pytaniem, czy nie byłby zainteresowany objęciem polskiej reprezentacji.

Innowacje


Za nami pierwsze mistrzostwa, które miały tytularnego sponsora i w którym obowiązywał znany na polskich boiskach system challange. Raczej nie udało się małżeństwo siatkówki ze stadionem piłkarskim. Przez przeszklone przestrzenie między trybunami kopenhaskiego Parken prześwitywało słońce, w czasie finału dwukrotnie gasło światło. Wymiary obiektu sprawiały, że nieporównanie trudniej niż w hali było oszacować tor lotu piłki. Wspomniany Savani chyba nigdy w karierze nie popełnił trzech błędów przekroczenia linii przy zagrywce w jednym meczu.

System baraży znowu sprzyjał kombinacjom, ustawianiu wyniku pod wybór rywala. Na własnym przykładzie przekonaliśmy się, że uczciwe zwycięstwo opłacało się mniej niż nieuczciwa porażka. Ironicznie wygląda tabela fazy grupowej - okazało się, że żadna drużyna z pierwszej czwórki nie zajęła pierwszego miejsca w swojej puli.

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!