- Nie leć do Stanów! – mówili koledzy - To nierozsądne. USA to niebezpieczny kraj, każdy nosi broń. Do tego dużo jadowitych węży, pająków. Jakby tego było mało, dochodzą jeszcze skunksy i niedźwiedzie grizzly. Słuchałem tego z uśmiechem. Decyzja już zapadła. Poleciałem…

Zamieszkałem w Mount Carmel, małym miasteczku w stanie Pensylwania. Zdecydowałem się na to miejsce ze względu na bliskość Nowego Jorku, Waszyngtonu oraz Filadelfii. Nie bez znaczenia był fakt, iż Pensylwania słynie z bogactwa flory i fauny, licznych lasów i parków krajobrazowych. Okolica nie wyglądała niebezpiecznie. Szata roślinna zbliżona do naszej, podobne krajobrazy, tylko bliskość gór Appalachów mogła sugerować natrafienie na dzikie, czasem groźne dla człowieka stworzenia. Liczyłem na przygody, może niezbyt ryzykowne dla zdrowia, ale też na pewno takie, które potem będę mógł opowiadać z dreszczykiem emocji. Chciałem poczuć się jak Tomek Wilmowski, bohater książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego. I doczekałem się…

Węże plagą Stanów Zjednoczonych


W Pensylwanii, podobnie zresztą jak w innych stanach w USA, istną plagą są węże. Wilgotny i ciepły klimat jest idealnym środowiskiem dla gadów, szczególnie na południu kraju. Pensylwania, mimo iż znajduje się na północy Stanów Zjednoczonych, również nie uniknęła tego problemu. Wśród znacznej ilości gatunków węży tam występujących, odpowiednie warunki znalazły również te jadowite.

Praca na ogromnych areałach przy produkcji kwiatów zarówno w szklarni, jak i na powietrzu, stwarza okazje do natknięcia się na różne, mniejsze i większe gady. Wielokrotnie się o tym przekonałem. Niekiedy podczas spaceru na ścieżkach lub skarpach, zauważałem wzmożony, gwałtowny ruch. Zazwyczaj to jaszczurka skrywała się pod kamieniem lub wąż pełznął w bezpieczne miejsce, chcąc uniknąć kontaktu z człowiekiem.


Oko w oko z bestią


Pewnego razu spotkanie z wężem okazało się bliższe niż ktokolwiek mógłby sobie życzyć. Chwila nieuwagi i omal nie nadepnąłem na pełzającego gada. Znieruchomiałem. Wąż na chwilę również zastygł w bezruchu. Nosiłem krótkie spodenki i sandały – żałowałem, że pomimo upału nie założyłem gumowców. Teraz brzmi śmiesznie, wcześniej, w owej chwili tak nie było. Usłyszałem niepokojący dźwięk. To był przeciągły syk... Nie wiedziałem, czy wąż szykuje się do ataku, czy raczej do ucieczki... Miałem nadzieję, że gad wybierze tę drugą opcję. Na pewno zwierzę nie było zachwycone spotkaniem z człowiekiem. Wąż miał mniej niż pół metra długości, barwę łusek jasnobrązową z brunatnymi plamami. Nie wiedziałem, czy jest jadowity i wolałem nie przekonywać się o tym. Zwierzę zachowywało się agresywnie. Było przestraszone. Wiło się jakby w konwulsjach, cicho sycząc. Nie wiedziałem co zrobić, stałem więc bez ruchu… Czy bałem się? Teraz powiedziałbym, że nie – wtedy myślałem inaczej. Wydawało mi się, że minęła wieczność aż niezadowolony gad odpełzł w krzaki. Pot wystąpił mi na skroniach. Kiedy opisałem przygodę znajomemu Amerykanowi, stwierdził, że natknąłem się na copperheada, jadowitego węża z podrodziny grzechotników. Zwierzę było mniejsze niż podają encyklopedie, ale mógł to być młody osobnik. Mimo, iż nie zostałem ukąszony, znajdowałem dla siebie wymówki, że to być może był inny gatunek. Copperheady są często mylone z innymi niegroźnymi gatunkami węży. Wąż ten budzi wielki respekt w Stanach. Każdy gad przypominający z wyglądu copperheada znaleziony w piwnicy czy garażu, wzbudza panikę. Ludzie od razu chwytają za telefony i wybierają numer alarmowy... Podobne gatunki wymienionych węży podobno rozróżnia się po oczach – jednak nigdy tego nie sprawdziłem. Przygoda zapadła mi w pamięć. Blada twarz Amerykanina, gdy opowiadałem mu o tym, mówiła sama za siebie...
Podczas pobytu w Stanach wielokrotnie napotykałem na węże, jednak nigdy nie miałem już tak bliskiego kontaktu. Pilnowałem się i uważnie patrzyłem pod nogi.


Smród najlepszą taktyką obrony


Słyszałem wiele historii na temat spotkań ze skunksami. Kolega potrącił to zwierzę samochodem, potem przez kilka tygodni nie był w stanie pozbyć się przykrego, odstraszającego zapachu. Nie pomagały żadne płyny do czyszczenia auta i dezynfektory. Skunks z reguły nie boi się ani zwierząt, ani ludzi. Nie ukrywa się, nie ucieka. Natrętnego wroga opryskuje wydzieliną, która utrzymuje się tylko... nawet przez kilka miesięcy. Napastnik ucieka w panice...
Skunks ma nielicznych wrogów naturalnych. Należą do nich puchacze i myszołowy. Człowiek nie jest w stanie znieść przykrego zapachu, jaki skunks wydziela w chwili niebezpieczeństwa. Nie miałem bezpośredniego kontaktu z tym zwierzęciem. Na szczęście. Kiedyś podczas jazdy poczułem obrzydliwy, nieopisany smród dochodzący z zewnątrz. Pomyślałem, że to jakieś rozkładające się ścierwo dużego zwierzęcia, może gnilny jad. Kolega stwierdził, że w tym miejscu prawdopodobnie wiele dni temu bronił się skunks. Zapach nadal był odrażający i intensywny. Nie wiedziałem czy wierzyć słowom kolegi, ale na pewno nie chciałem przekonywać się na własnej skórze, jaki zapach ma świeża wydzielina skunksa…

Moja przygoda w Stanach obfitowała również w przyjemniejsze spotkania ze zwierzętami. Podczas pracy obserwowałem czasami ogromne 15-20 cm długości barwne ważki. Kilkakrotnie udało mi się złapać salamandry. Dużo dzikiej zwierzyny widziałem podczas zwiedzania parków krajobrazowych. Licznie daniele nie bały się ludzi, można było nawet do nich podejść.

Przygoda z kolibrami

Na oddzielny wątek zasługuje moja potyczka z kolibrami. Oczywiście „potyczka” to metafora, ponieważ nie byłbym w stanie skrzywdzić tych pięknych, sympatycznych stworzeń. Kolibry to najmniejsze ptaki świata, poruszają skrzydłami tak szybko, że mogą długo pozostawać w jednym położeniu. Poruszają się raczej jak owady aniżeli ptaki.

W ogródku miałem specjalny karmnik dla kolibrów, a moja potyczka polegała na próbie sfotografowania tych ptaków. Muszę przyznać, że przegrałem z kretesem z tymi płochliwymi zwierzętami. Obserwować je mogłem codziennie, przylatywały regularnie po kilka naraz. Jednak łaska obserwacji kolibrów była mi dana tylko zza szyby w kuchni. Gdy tylko wychodziłem na werandę, maleństwa uciekały. Kilkakrotnie czatowałem godzinami z aparatem, aby uchwycić kolibra i... udawało mi ująć skrawek zwierzęcia lub zrobić niewyraźną fotografię. Żałowałem, że nie mam większego zoomu z aparacie. Moje obiekty bawiły się ze mną i to one wyznaczały zasady. Mimo wszystko przyjemnie wspominam te sympatyczne ptaki, które szybko nauczyły się, jak spijać pożywienie z długiego, stworzonego na wzór kwiatu, karmnika.

Moja przygoda w USA dawno temu dobiegła końca. Wybrałem przepiękne miejsce do życia, mniej przyjemne do pracy, ale pozostało mi dużo wspomnień. Zarówno śmieszne, miłe, jak i niebezpieczne historie są dla mnie bezcenne. Widziałem na własne oczy zwierzęta, które do tej pory znałem tylko z albumów przyrodniczych. Nie są to może przygody, jakich na co dzień doświadczał Steve Irwin i jakie można oglądać na kanale Animal Planet, ale dla osoby kochającej przyrodę każdy kontakt z dzikimi zwierzętami to największy skarb.

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!