Odwieczne pytanie na temat czy pierwsze było jajko, czy kura przypomniało mi się w momencie, kiedy przeczytałam wywiad Moniki Olejnik z jej gościem w Radiu Zet.

Chodzi mianowicie o to, czy pani G. wynalazła mecenasa R. uznając, że jest to odpowiednia osoba do eksponowania jej potrzeb procesowo-pogrzebowych, czy tez mecenas R. wynalazł panią G. uznając, że jest ona świetna trampoliną do zrobienia kariery i zdobycia sławy. Wydaje się – po dzisiejszym wywiadzie, że relacje oby tych osób SĄ symetryczne, jednakże ze sporym
przechyłem na rzecz pana mecenasa.

O ile kariera pana mecenasa w ramach wykonywanego zawodu może być oceniona w skali 1-10 tylko przez fachowców z branży, o tyle sława medialna tego człowieka zacznie przenikać na salony, a być może również – do naszych znakomitych kabaretów; nadaje się bowiem pan mecenas do takiej nobilitacji jak mało kto.
Nie jest wykluczone, że nasi znakomici prześmiewcy zaczną szukać za mankietami nie tylko helu – który jak wiadomo rozśmiesza publiczność, ale i natchnienia w momentach spadku formy oraz weny twórczej.

Powołujący się na „fizyków i chemików” mecenas R, usiłuje dowieść, że „… samolot uległ awarii, uległ katastrofie, w tym momencie hel mógł także opaść właśnie na ciała… być może byśmy może znaleźli w mankietach itd.” chociaż – jak sam dalej powiada, „hel jest gazem lekkim”.

Nie dowiemy się pewnie nigdy, jacy to „fizycy i chemicy” robią pana mecenasa w konia, ale pewien poziom rozumowania i specyficzne pytania mogą skutkować dialogiem podobnym do tego, jaki pewnego dnia w trakcie pracy odbyłam z pacjentem skierowanym do rentgena. Pacjent przedstawił mi się jako człowiek, który się promieniowaniem interesuje i
zainteresowanie to zaowocowało na wstępie pytaniem zasadniczym: - Proszę panią, czy te promienie, którymi pani robi zdjęcia to są przywożone w skrzyniach z Kielc?

W tej sytuacji, po chwili osłupienia doszłam do wniosku, że wykład sięgający elektronów przekroczy… ramy czasowe, podjęłam więc temat na poziomie pana, który „się promieniowaniem interesował”.
- Tak, oczywiście.
- Czy przywożą je codziennie?
- Tak.
- Czy ja mogę zobaczyć taka skrzynię?
- Niestety, już zabrali, bo zapas na dzień dzisiejszy wyczerpałam.
- A gdzie pani przechowuje te promienie, jak zabierają skrzynię?
- W lampie.
- A jak je tam pani przekłada?
- W rękawicach – o tych, ołowiowych, widzi pan jakie ciężkie?
- Rzeczywiście.
- I co, jutro przyjedzie nowy ładunek?
- Tak.
- Czy ja mogę to obejrzeć jutro?
- Niestety, przeładunku pilnują tajniacy i lepiej się nie kręcić.
- Aha, ale czy dzisiaj wystarczy pani jeszcze na zrobienie mi zdjęcia dłoni? Bo doktor…
- Tak, oczywiście, proszę usiąść i położyć ręce…o tutaj, tak, i nie ruszać się proszę, bo się wszystko rozmaże.
-Aha, już? Dobrze. Niech mi pani teraz tylko powie, gdzie ja mam ubranie wytrzepać, żeby tego do domu nie zanieść?
- Najlepiej na trawniku z poranną rosą, proszę pana. Do widzenia. Wynik z opisem proszę odebrać osobiście.

Dochodziła godzina trzynasta, kończyłam pracę, więc resztkę promieni zamiotłam i wywaliłam do WC, bo nazajutrz i tak miały przyjechać świeże, a w drodze do domu wycierałam buty o każdy skrawek trawy. Uffffffffff.


Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!