Obserwowanie poczynań ludzi, którzy dzięki naszym głosom wydrapali się na różne stopnie piramidy władzy i usiłują się na nich utrzymać, błyskając intelektem jak pawiany zadnią częścią ciała, przyprawia o zawrót głowy…

… albo przekonanie, że samemu jest się „nie ten tego”, czego zresztą dowodem jest moje pisanie na wariackich, a nie magisterskich, czy doktorskich papierach.

Przechodząc do rzeczy: przede wszystkim, na równi z trąbami powietrznymi, przetacza się przez kraj dyskusja o nepotyzmie, a szczególnie o dwóch ojcach i dwóch synach, co zjawiska całościowo w żaden sposób nie obejmuje, ale za to ma szansę wymieść z pracy synów, którzy z racji posiadania swoich ojców powinni w zasadzie wyemigrować na zmywaki do Londynu; chociaż… również tu nie jestem pewna, czy ktoś się nie dokopie stryja protektora na taką intratną, specjalistyczną posadę.

Nie chcę tu bynajmniej wyjść na osobę popierającą nepotyzm, bo w zamierzchłych czasach, nie mając żadnych, poza własnymi, pleców, dostałam pracę jako fachowiec wąskiej specjalności; po prawdzie nikt się do niej
ani oknem ani drzwiami nie pchał, ale dyplom trzeba było mieć.

Gdybym jednakże miała jakąkolwiek ciotkę w pobliżu dyrekcji, mogłabym bez dyplomu dostać niezwykle pożądaną w owych czasach posadę kąpielowej/zabiegowej, co z wyjątkiem niedzieli – napełniało kieszenie dowodami wdzięczności ludzkiej za wydatny udział w leczeniu pokurczonych stawów i pokręconych grzbietów.

Pół wieku później obserwuję kociokwik taśmowy, na tle którego jeden minister dostaje kopa zasadniczo, jeden poseł dostaje kopa w górę i… tu zaczynają się schody z synem.

Nowy minister-ojciec powinien swojego syna wywalić z pracy natychmiast
po nominacji, bo syn nowego ministra nie może pracować w agendzie podległej teraz ojcu. Do tej pory wszystko się zgadza.

Mnie się tylko nie zgadza to, że ojciec, postawiony pod taką ścianą, decyduje się na przyjęcie teki ministerialnej. Ale – nie moje małpy, nie mój cyrk; ojciec sobie poministruje, syn z torbami nie pójdzie, tyle, że teraz każda inna praca juniora będzie prześwietlana przez życzliwych pod kątem protekcji do trzeciego pokolenia stryjów babki.

Oczywiście – dochodzimy teraz do najważniejszego w Polsce ojca, którzy rządzi całym krajem i jego juniora, który powinien zostać wydalony z pracy na lotnisku, bo ojciec samolotami lata, a syn jest odpowiedzialny za kontakty z przewoźnikami. Może się więc zdarzyć, że poustawia wszystkie przeloty krajowe pod kalendarz spotkań ojca i znowu coś z nieba spadnie.

W tej sytuacji facet wyszedłby na czysto wyłącznie, jadąc w charakterze asystenta WCkwadransa, ale tu robotę dostałby tylko za Ojczenasz w języku ZuluGula wyśpiewane sopranem koloraturowym, ale chyba nie zna nic poza angielskim.

Z powyższego widać, że coś się w ostatnich latach ludziom we łbach porobiło i w związku z kolejnym "wynalazkiem umysłowym" posłów, należy stanowczo powierzyć Rutkowskiemu misję: kto z przemysłu gumowego dotarł do pomysłodawcy zakładania opon zimowych na komendę i określony dzień.

Nie mam samochodu i w zasadzie powinno mi to zwisać oraz powiewać, ale bzdura została już nagłośniona, będzie pewnie przedmiotem owocnych dyskusji
i w razie przyklepania – będzie kolejnym powodem do wlepiania kierowcom (jeszcze jednych) mandatów, co się przekłada pośrednio na pensje dla naszych kieszonkowych geniuszy.

Oczywiście, im więcej szczegółowych przepisów na uregulowanie życia obywatelowi, tym więcej powodów, aby obywatele główkowali jak za komuny: żeby w partii być, dzieciaka ochrzcić i nagany partyjnej nie dostać.

Doskonałym przykładem takiego rozwiązywania spraw na styku przepisy a życie codzienne Polaka poczciwego, jest tytułowy „parking strzeżony”.

Oto na czym rzecz polega:

W firmie X wykupuje się miejsce na zaparkowanie samochodu, który z powodu zawartości podróżnej nie powinien stać byle gdzie. Po godzinie 18 zadzwonić do dozorcy, ten otworzy, przyjmie samochód zgodnie z kwitem i można spać spokojnie.

Podjechali. Zadzwonili. Za bramą dwa szczeniaki łasiły się o pieszczotę, dozorca telefonu nie odbierał. Po godzinie oczekiwania – jest.
- Halo!? proszę pana, my tu czekamy z samochodem, żeby zaparkować
- Ło kurcze, pani kochano, jezdem w miescie bo mom kupe załatwiania, a tu taki hałas, żem nic nie słyszoł.
- Ale już pan słyszy, a my czekamy, żeby zaparkować.
- No wim, wim, niech se pani sięgnie przez kratę w bramie, kłótke zdejmie, bo una ino tak se wisi, a potem niech pani kłótke powiesi nazod jak tera.

Zdjęli wiszącą luzem kłódkę, bo w ornamentach ozdobnej metaloplastyki każda łapa się zmieści, zaparkowali, podrapali psy za uszami, zamknęli bramę, powiesili kłódkę i… zamiast dać w długą najlepszym „strzeżonym” Mercem – poszli spać.

Nie wiem, jak komu, ale mnie się wydaje, że wszystkiemu winne te lodowce, co się cielą zamiast mleko dawać. Może by im kłódki na mordach powiesić?

Znajdź nas na Google+

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!