W Multikinach w całej Polsce odbyła się Noc Grozy i Horrorów, podczas której zaprezentowano "Poltergeista", "Oculus", "Coś za mną chodzi" oraz "Co robimy w ukryciu". Czy noc można zaliczyć do udanych?

Z okazji Nocnego Maratonu Filmowego Multikino Ursynów udostępniło tylko jedną salę projekcyjną. Było to dość zadziwiające, jak byłam 3 lata temu, było ich około pięciu. Tematem przewodnim były horrory i filmy grozy - gatunki, które cieszą się dużym zainteresowaniem widzów. Widocznie ludzie nastawieni są teraz na inne rozrywki.

"Poltergeist"


Maraton rozpoczął się od "Poltergeista" w reżyserii Gil Kenan. Stanowi on remake słynnego horroru "Duch" z 1982 roku. Warto wspomnieć, że producentem "Poltergeista" jest legendarny twórca gatunku Sam Raimi ("Martwe zło", "Klątwa"), który bywa porównywany do samego Alfreda Hitchcocka.

Film opowiada o rodzinie Bowenów (Sam Rockwell, Rosemarie DeWitt, Saxon Sharbino, Kyle Catlett i Kennedi Clements), która postanawia przenieść się na przedmieścia. Nie dziwi ich niska cena domu, wprost przeciwnie - są zachwyceni okolicą. Jednak szybko okazuje się, że z pozoru spokojny dom skrywa mroczną tajemnicę. Życie bohaterów zaczyna przypominać koszmar. Czy rodzinie uda się wyjść cało z opresji i pokonać złowrogą siłę, która drzemie w środku?

Nigdy nie rozumiałam, po co tworzyć dwa prawie takie same filmy, jak w przypadku "Carrie" (1979 i 2013) czy "Psychozy" (w reżyserii Alfreda Hitchcocka) i "Psychola" (w reżyserii Gusa Van Santa). Wiadomo, że ten drugi wypadnie słabiej. Pewnie byłoby tak i tym razem, gdyby nie to, że nie widziałam pierwowzoru i nie miałam porównania. Może lepiej, dzięki temu mogłam skupić się na projekcji, a nie doszukiwaniu się podobieństw.

"Poltergeist" oparty jest na zgranym motywie nawiedzonego domu. Niestety nie jest to horror, po którym trudno zasnąć w nocy. Jest kilka zaskakujących momentów, lecz całość utrzymana jest w tonie filmu z dreszczykiem, który szybko się zapomina. Plusem jest Jared Harris, który jest świetny w roli pogromcy duchów. Film można zobaczyć, ale nie trzeba. Ja na pewno obejrzę film z 1982 roku, by przekonać się, co mnie ominęło.

"Oculus"


Następnie przyszedł czas na najlepszy film tego wieczoru - "Oculus" w reżyserii Mike'a Flanagana. Podobno przestraszył się go sam Stephen King: byłem zachwycony. Przerażający film. Niewykluczone, że już nigdy w życiu nie zjem jabłka.

Głównymi bohaterami są Kaylie (Karen Gillan) i Tim Rusell (Brenton Thwaites) - rodzeństwo, które przeżyło makabryczne wydarzenia w dzieciństwie. Pod ich wpływem Tim został oskarżony o morderstwo i spędził 10 lat w szpitalu psychiatrycznym. Po latach Kaylie postanawia oczyścić brata z zarzutów, obwiniając o tragedię lustro wiszące niegdyś w gabinecie ojca. Chce za wszelką cenę udowodnić, że przedmiot ten może przejąć kontrolę na umysłem osoby, która przebywa z nim przez dłuższy czas. Czy uda im się pokonać złą moc drzemiącą w lustrze?

Motyw lustra pojawia się w filmach dość często, jednak scenarzyści Mike Flanagan i Jeff Howard wykazali się ciekawym pomysłem fabularnym. Reżyser umiejętnie buduje napięcie poprzez motywy iluzji i paranoi. Wodzi widzów za nos, gdyż nie zawsze wiadomo, co jest rzeczywiste, a co podsuwa wyobraźnia sterowana przez lustro. Jak choćby scena z jabłkiem, które po ugryzieniu przez bohaterkę, zmienia się w żarówkę. Dużym walorem jest świetna obsada głównych bohaterów - Karen Gillan i Brenton Thwaites spisali się znakomicie, byli bardzo wiarygodni w swoich rolach siostry i sceptycznego brata, który pod wpływem terapii wyparł z pamięci przerażające wydarzenia z dzieciństwa.

"Oculus" to świetny horror, który działa na psychikę. Jest najlepszym dowodem na to, że hektolitry krwi na ekranie nie są koniecznie, by przyśpieszyć puls, a może nawet wystraszyć mniej odpornych widzów. To idealna propozycja dla osób, które lubią filmy mrożące krew w żyłach. Naprawdę warto obejrzeć, gorąco polecam.

"Coś za mną chodzi"


Jako kolejny pokazano film "Coś za mną chodzi" w reżyserii Davida Roberta Mitchella. Po kilku pokazach festiwalowych został obwołany jednym z najlepszych i najoryginalniejszych horrorów amerykańskich XXI wieku.

Główną bohaterką jest 19-letnia Jay (Maika Monroe), która po przelotnym seksie z nowo poznanym chłopakiem, jest prześladowana przez tajemniczą siłę. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie, ponieważ złowroga moc może przybrać dowolną postać, zarówno nieznajomego, jak również kogoś z najbliższego otoczenia dziewczyny. Jedynym sposobem by pozbyć się klątwy, jest przekazanie jej następnej osobie...

Film oparty jest na dość popularnym motywie klątwy. Jednak scenarzysta David Robert Mitchell wykazał się ciekawym pomysłem fabularnym - bowiem klątwa przenoszona jest... drogą płciową. To śmiertelny łańcuszek, którego nie sposób przerwać. Niektóre sceny były bardziej zabawne niż straszne, ale ogólnie mi się podobało.

"Coś za mną chodzi" miał być przełomowym filmem dla swojego gatunku, jak kiedyś "Krzyk" Wesa Cravena i "Piła" Jamesa Wana. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest, bo nie oglądałam żadnego ze wspomnianych z tytułów. Jedno jest pewne, warto przekonać się samemu, czy się spodoba.

"Co robimy w ukryciu"


Ostatni film był najgorszy - "Co robimy w ukryciu" w reżyserii Jemaine'a Clementa, Taiki Waititiego. Co ciekawe, są oni także autorami scenariusza i występują w tym filmie.

Głównymi bohaterami są cztery wampiry z Nowej Zelandii - Viago (Taika Waititi), który ma 379 lat, Deacon (Jonathan Brugh), który ma 183 lata, Vladislav (Jemaine Clement), który ma 862 lata i Petyr (Ben Fransham), który ma 8000 lat. Razem próbują zaadaptować się do życia w XXI wieku, choć są nieco staroświeccy. Trzymają się z fala, wychodzą tylko w poszukiwaniu ludzkiej krwi. Towarzyszy im ekipa filmowców, która obserwuje ich podczas codziennych obowiązków w domu, nocnych wyjść na miasto, a także rozmów i kłótni. Wampiry wspominają swoje przygody i snują rozważania na temat różnic między nimi a ludźmi. Czy rzeczywiście są one takie duże? A może w wampirzych, martwych sercach tlą się jakieś uczucia?

Motyw wampirów jest ograny - powstało wiele filmów, w których występują nieśmiertelni. Jedni piją krew ludzką (m.in. "Dracula"), inni polują na zwierzęta i się zakochują w śmiertelniczkach (Saga "Zmierzch"). W tym przypadku scenarzyście Jemaine Clement i Taika Waititi poszli o krok dalej i postawili na parodię.

"Co robimy w ukryciu" jest połączeniem horroru i czarnej komedii, zrealizowanym w formie mockumentu, czyli fikcji udającej film dokumentalny (np. "Borat"). Miał on wprowadzić nieco świeżości do kina wampirycznego, jednak moim zdaniem coś nie wyszło. Film zamiast bawić, nudził. Zdecydowanie go nie polecam, strata czasu.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!