Dziesiąta edycja za nami. Nie obyło się bez wzruszeń, zaskoczeń i rozczarowań. Na scenach pojawiały się gwiazdy - te świecące, jak i te dopiero co wschodzące. Zacznijmy może jednak od atutów minionego festiwalu.

Podczas przeglądania tegorocznego line-up'u nie czułam większych dreszczy, które wywoływały u mnie poprzednie edycje - przez pięć lat dzielnie jeździłam na Babie Doły przeżywać rzeczy niezwykłe. Mimo to Opener wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć - każdego dnia zdarzały się niesamowite przeżycia. W tym nie tak gęstym, a więc łatwiejszym do zrealizowania, programie, pojawiały się koncerty przez duże "K". Takie katharsis, spotkanie ze sztuką, emocje.

Drugim faktem, który dopiero na miejscu do mnie dotarł, jest ilość pierwszych występów bardzo wielu zespołów. Każdego dnia słychać było na różnych scenach: "to nasz pierwszy występ w Polsce", i to faktycznie stanowiło o sile Openera. Ostatecznie przyciągnięcie tak wielkiej liczby artystów, na których czasami czekaliśmy dekadami - ba, młody Coldplay mógł zagrać u nas już 10 lat temu dla sporej publiczności - przełożyło się na atrakcyjność festiwalu. Świadomość obserwowania czegoś, co dzieje się po raz pierwszy, zwiększa ciekawość i oczekiwania zarazem. A imponująca lista obejmowała w końcu (jeśli się co do kogoś mylę, proszę o korektę) Primus, Prince'a, Codplay, The Strokes, The Wombats, Chromeo, MIA, Deadmau5, Big Boi, Pulp, Chapel Club, The Asteroids Galaxy Tour, Kate Nash, Paolo Nutini, Foals, Two Door Cinema Club.

Ja stworzyłam z tego swoją osobistą czołówkę występów. Znalazły się w niej te najlepsze z najlepszych, pięknie zagrane, emocjonalne, warte każdej spędzonej na nich sekundy.

James Blake


Zacznę od młodzieńca, choć nie do końca słuszne są moje wrażenia, że jest to muzyk kompletnie niszowy - sądząc po ogromnym tłumie zebranym w namiocie podczas jego koncertu. Co prawda ten tłum topniał powoli wraz ze zbliżaniem się występu The Strokes, ale wielu z nas zostało do końca, ryzykując utratę kilku minut nowojorczyków na rzecz tej przygody. Nie można było żałować ani jednej sekundy. Rozpoczęło się to widowisko powolnym "Unluck" i z minuty na minutę gęstniało od pięknych wokali Jamesa (naprawdę, na żywo jest brawurowym wokalistą) przepuszczonych przez zaprogramowane w klawisze wokodery, minimalistycznej perkusji, gitary i nawet puzona, zatopionych w perfekcyjnie wyważonych bitach. Czasami były one subtelne, czasami zaś buzujące dubstepowym, ciężkim basem.

Trudno jest pisać o tak eklektycznej elektronice, która na koncercie okazuje się jeszcze bardziej niezwykła, niż na płytach. Zostaliśmy poczęstowani czystej próby talentem, udekorowanym przepysznymi, kolorowymi światłami i naprawdę godną akustyką. Tłum wiwatował po "I Never Learned to Share" czy "Limit to Your Love", a James Blake był wzruszony wywołanym entuzjazmem. Dobrze wspominał Unsound, teraz pokochał Openera, czekam więc niecierpliwie na więcej występów. To był zdecydowanie najlepszy koncert niedzieli.


Prince


To on niepodzielnie władał w sobotę. Owszem, zdarzyło się poza nim cieszyć ucho dobrym graniem, ale zgodnie z przewidywaniami to funk i jemu podobne zdobyły serca tysięcy. Nieprzebrane morze fanów przyjechało na Księcia i pewnie nie każdy nawet mógł zobaczyć go gdzieś z daleka na scenie, co mimo wszystko nie psuło wielkiego wrażenia. Pierwsza część, nabita wielkimi hitami, skrzyła od dyskotekowego brokatu, lepkości funky i lekkości popu. Prince miał w zespole trzy wokalistki, keyboardzistkę i basistkę, oraz wielkiego klawiszowca wyprawiającego cuda na bezcennych Moogach. Razem byli jak jeden wielki ładunek elektryczny - utalentowani, perfekcyjni, świetnie grający i bawiący się muzyką na scenie.

Przez dwie bite godziny nie było mowy o nudzie - Prince dyktował warunki, zachęcał tłum do śpiewania i dzielenia się przeżyciami ze znajomymi przez telefon. Widać, że czuje się ze sobą znakomicie, ba, ma po temu kilka powodów - zdobył status legendy, wciąż przednio śpiewa i w doskonałej formie potrafi grać długi, równy, imponujący koncert. Nie wiem, czy wzruszenie, które było widać przy każdym z czterech bisów, było aktorskim zagraniem, czy autentyczną emocją na twarzy muzyka - ale w podobne emocje wśród publiczności nie mogę wątpić. Było królewsko.

Pulp i Foals


Co do piątku, nie jestem ciągle zdecydowana, komu oddać palmę pierwszeństwa. Co prawda najbardziej poruszył mnie koncert Foals, nie sposób jednak odmówić wielkości długo oczekiwanym Brytyjczykom pod batutą Jarvisa. Pojedynek pozostawię nierozstrzygnięty, podam jednak przyczyny:

Pulp zagrali długo i wybornie. Jarvis robił wszystko, żebyśmy zapomnieli o fatalnej ulewie, w której staliśmy, i mogli cieszyć się ich powrotem na scenę. Zabiegi te udały mu się zupełnie nieźle - solidarnie zmókł razem z nami, miotając się jak szalony po scenie i kompletnie nie przejmując strąkami włosów na głowie i tym, że nie zawsze widział, co się dzieje za szkłami mokrych okularów. Było po prostu bardzo, bardzo dobrze - równo zagrane, alternatywne granie, z charakterystycznym brzmieniem i wokalistą w świetnej formie. Ach, kto mógł go widzieć tańczącego, ten nigdy nie zapomni. Moim ulubionym momentem był zlepek dwóch nieco innych, nietypowych utworów - "This is Hardcore" i "Sunrise", magicznych, klimatycznych i wciągających. Godne przeżycie.


Foalsom deszcz też nie zaszkodził ani odrobinę. To był zaskakująco ujmujący moment, naładowany emocjami. Pierwszym atutem był Yannis - istotnie utalentowany wokalista, który manierą przypomina mi trochę Robina Pecknolda z Fleet Foxes. Kunszt tego występu polegał na wyjątkowej umiejętności balansowania na granicy gatunków i stworzenia na poły tęsknej, na poły narkotycznej i hipnotycznej struktury muzycznej. Koncert przez nieco ponad godzinę płynął, w piękny sposób eksponując wszystkie atuty płyt, bawiąc się powtórzeniami, płynnie prowadząc narrację, dając się nacieszyć dźwiękami i historiami. Dla mnie momentem kulminacyjnym było "Miami" - słuchanie go na głośnikach nie oddaje ani w połowie zamkniętej w nim tęsknoty. Nie gorzej wypadły utwory reprezentujące debiutanckie "Antidotes" - "Electric Bloom" czy finalne "Two Steps, Twice" warte były stania w zimnym deszczu. Ach, żeby nie było, Yannis dzielnie przebiegł cały korytarz łączący realizatorkę ze sceną i zagrał pod dachem mniejszego namiotu. Więc nie tylko Jarvis zmókł tego wieczora.

The Twilight Singers


Pierwszy dzień oddałam już The Twilight Singers i tego się będę trzymała. Im dłużej zastanawiam się nad wyrokiem, tym bardziej się w nim utwierdzam, uznając występ za esencję umiejętności i talentów Grega Dulliego i spółki. Nie można było narzekać ani na gęstość gitar, ani na ilość emocji. Nawet ci, którzy lubują się w wytykaniu Gregowi błędów wokalnych, nie mieli szczególnie wielkiego pola do popisu. Same błędy są dość rzadkie w przypadku The Twilight Singers. Pozwolili oni sobie na festiwalowy komfort grania wszystkiego, co zechcą i do czego nie zmusza ich promocja nowej płyty. Największą przygodą były zupełnie odnowione, gitarowo-bluesowe aranże kompozycji z płyty "As Played by the Twilight Singers" ("That's Just how That Bird Sing", "Twilite Kid" czy "Annie Mae") połączone z ciekawymi fotografiami, nawiązującymi do ulubionych przez Twilight motywów miejskich pejzaży i drzew. Poza tym odwołali się i do świetnej "She Loves You", i do zapomnianej trochę "Blackberry Belle", za którą przepadam. Zagrali długo, z pianinami, ze skrzypcami, jak i z gitarową, brudną energią i emocjami, które są wizytówką Twilightów. Piękna próbka tego, co znaczy dobre gitarowe granie. A Greg Dulli opowieściami zamkniętymi w piosenkach powala.

O tych, którzy zaskoczyli - jak i dlaczego - w następnej odsłonie.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!