Traktowaliśmy je niczym najbliższych członków rodziny. Żyły z nami, psociły, sprawiały kłopoty i szkody, radości i troski. Chorowały. I umierały. Nasze pieski.

Na punkcie psów mamy bzika od zawsze. W latach siedemdziesiątych przez nasze mieszkanie przewinęło się kilka różnych stworków. Kundelek Reksio, jamniczek Arguś, ratlerkowata Psotka, która przywędrowała na działkę i już nie chciała odejść. Szalenie spodobała się sąsiadowi Staszkowi. Wybłagał ją od nas. Zginęła przejechana przez auto. Za krótki czas auto zabiło też Stasia.

Potem była Linka, niby-jamnik. Przywieziona w szmacianej torbie na motorze skądś spod Raciborza. Z torebki wypadło najpierw gówienko, a potem mała, brązowa kluseczka. Dzieci nazwały toto Reksiem, bo wtedy za sprawą telewizyjnej kreskówki wszystkie psy "chrzczono" Reksiami. Ale Reksio kucał przy sikaniu, zamiast podnosić nogę. Zajrzeliśmy pod brzuszek, i trudna rada, z Reksia zrobiła się Linka. Lineczka była super psem. Kiedy po dwóch tygodniach nieobecności wróciłem z Łodzi, szalała z uciechy, skacząc na krótkich łapkach na wysokość klamki. Na działce chodziła wyłącznie między grządkami, po ścieżkach, czego wszystkie inne nasze psiaki nigdy nie pojęły. Zjadała truskawki wprost z krzaczków. Chodziła samodzielnie kilka bloków dalej odwiedzać Argo, swojego przyjaciela. Kiedy umarła mając dwanaście lat, wykopałem jej grób na tej działce. Ułamałem róże. Położyłem na Lince. Płakałem.

Ale zanim odeszła Lineczka, przybyła do nas Figa. Z rodowodu nazywała się pretensjonalnie, Czika Elstor. Została więc śliczną, brązową Figunią, Figusią. Żywa, radosna, póki nie zapadła na nosówkę (mimo szczepień) i nieomal nie zdechła; już wisiała bezwładnie w dłoniach Basi. Ale Basieńka ją uratowała zastrzykiem z przypadkowego antybiotyku. Potem zastrzykami „ze złotem” wyciągała psinę z paraliżu. Po tym wszystkim Figa została dwukrotną srebrną medalistką na wystawach i dwukrotnie urodziła szczeniaczki; sam odbierałem porody. Arniki, Atosa, imion dwóch suczek - przeklęta skleroza - zapomniałem, potem Finezji, Fakira, Fokusa.

Figa cierpiała na klaustrofobię. Pozostawiona na chwilę w małym fiacie, pogryzła na strzępy pasy bezpieczeństwa i wyszarpała dziury w okładzinach drzwi. Kilkunastometrowy sznur froterki pocięła zębami na kilkadziesiąt, nieomal doskonale równych kawałków. Początkowo nie lubiła jeździć autem. Ale to był taki psi anioł. Miewała ciąże urojone. Kiedy była już stara, a Alma urodziła młode, dostała mleka w sutkach i karmiła dzieciaczki przyszywanej córki.

Z Almeczką było tak. Poszliśmy na wystawę psów, już na sam koniec i zobaczyliśmy na kocu czarną, drobniutką biedulkę. Wszystkie jej siostry i bracia z miotu znalazły właścicieli, a ona została smutna i samotna. Przynajmniej taka się nam wydala. Alma - niespecjalne miano, gdyż nie ma nic wspólnego z Alma Mater. Nie wiadomo zresztą, z czym miało coś wspólnego, gdyż po śląsku ‘alma’ to stara babka. Ale nie zmienialiśmy. Pal sześć! Almusia, Almeczka, Almunia, tak było fajnie!

Od tej chwili mieliśmy po trzy psy naraz. Tylko stuknięci ludzie mogą się na coś takiego zdecydować. W bloku, w mieście. Wszystkie żyły w znakomitej komitywie z Pączkiem, Pączek to była albinotyczna szczurzyca. Miała klatkę na parapecie, a jakże!, ale łaziła swobodnie po całym domu i wyprawiała co chciała. Głównie znosiła zapasy pod kuchenkę. Kiedy pisałem artykuły gramoliła mi się na kark i spala za uchem. Spala też ze mną w łóżku. Psy prała po pyskach i bawiła się z nimi w ganianego. Pękaliśmy ze śmiechu, kiedy trzy suczki rzędem pędziły za Pączkiem. Nagle następował raptowny zwrot i Pączek gonił psiny. Szczurki nie żyją długo. Mając dwa lata Pączek oślepł, jego piękne karminowe oczka zbrunatniały. Spadł z parapetu i się zabił.

Śliczne oczy miała też Almeczka, w odpowiednim oświetleniu żarzyły się na zielono. Była spokojnym psem, takim „cielaczkiem” z natury. Albo psią „sierotką Marysią”. Na spacerach zawsze wlokła się gdzieś tyłu, przywoływana pogwizdaniem i okrzykami zachęty. Urodziła Amikę, Anikę, i Amika. Oczywiście też byłem akuszerem.
Amik poszedł do Chorzowa, do państwa którym zdechł kilka dni wcześniej pudelek. Anika do znajomych na Wirek, gdzie szalenia pokochał ją ojciec właścicielki.

A Amika nie pozwoliła się oddać i została z nami. Radosna, skoczna, z urzekającym, wiernym spojrzeniem, serdeczna, zaborcza o uczucia, zdominowała Figę i Almę. Bywało, że próbowała ugryźć matkę. Ania przechrzciła ją na Tekilkę. Szalała na punkcie kotów. Kiedy dojrzała sierściucha na ulicy, żadna siła nie potrafiła jej utrzymać. Nigdy żadnemu nie zrobiła najmniejszej krzywdy, ale wrzasku, jazgotu, ujadania było na całą Halembę. Kiedyś po pogoni z kotem, zgubiła się, ku naszej rozpaczy. Po kilku godzinach przyprowadzono ją do domu. Odtąd nie odchodziła nigdzie, ani na krok. Koty przestała ścigać. Na przechadzkach biegła przodem i oglądała się nieustannie, sprawdzając czy idziemy z nią. Na schodach też.


Obie czarnulki miały cienkie nóżki, jak patyczki. Zimą wybiegały na śnieg i po pół minucie mróz dosłownie je paraliżował. Zastygały rozkraczone z łapkami uniesionymi w powietrze i trzeba je była wnosić do sieni. Basia uszyła im śliczne zielone kubraczki. Nasza Wnusia Agusia je uwielbiała. Do dziś żąda opowieści o Almeczce i jej córeczce Tekilce. Tekilka otruła się na działce trutką na ślimaki. Przeklinaliśmy tego, co truciznę nam polecił. Stawaliśmy na głowie, aby ją uratować. Psie pogotowie, płukanie żołądka, iniekcje, noc w klinice. Na próżno. Umarła następnego wieczoru w swoim koszyczku, z łebkiem podtrzymywanym przez Basię. Basia nie chciała uwierzyć. Wyjąłem stetoskop. Serduszko nie biło. Była noc, więc wyniosłem ciałko Tekilki do bagażnika auta. Rano bardzo pragnąłem, żebym po otwarciu klapy zobaczył ją żywą.
Dosłownie dwa miesiące później odeszła Almeczka. Staruszka, cierpiała na zwyrodnienie kręgosłupa, jak wszystkie jamniki zbiegające po schodach i nieco zatuczone przez właścicieli. Usunięto jej macicę. Odmawiały jej posłuszeństwa także inne organy. Cierpiąc leżała w pampersie, w „kojku”. Trzeba było podjąć nieuchronną, bolesną decyzję.

Wszystkie nasze kochane psiny śpią w tym samym dołku, na działeczce, która tak ogromnie lubiły odwiedzać. Wcześniej spały z nami w łóżkach, bo właściciele psów dzielą się na tych, którzy śpią z psami oraz tych, którzy się do tego nie przyznają. Na ich zielonej mogile leży dziwny kamień, znaleziony w lesie kolo Rogozińca. Ma kształt ostrosłupa z nieco wypukłymi krawędziami. Jakby go nie przekręcić, szpiczasty wierzchołek zawsze jest u góry. Przypomina piramidę.

W Święto Zmarłych nie palimy im świeczek. Byłaby to zbędna egzaltacja. One żyją w naszych sercach i wspomnieniach częstych, i tam pozostaną zawsze. Teraz jest z nami nasza ukochana Nutka. Ona też kiedyś odejdzie. Nie wiadomo zresztą, kto pierwszy…

Współautor artykułu:

  • Barbara Podgórska

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!