Not festiwal to pięknie zaaranżowana przestrzeń w centrum sportowym w Noto, klubowa atmosfera, świetne wizualizacje i długie noce pełne dobrych koncertów. Z kilkoma niezapomnianymi momentami.

Kiedy już trafisz do Centro Polisportivo w Noto i przejdziesz przez drogę doń prowadzącą, która, jak słusznie zauważyła koleżanka, wygląda jak trasa do więzienia, otoczona wysokimi, jednolitymi murami, wkroczysz do świetnie zaaranżowanej przestrzeni, godnej wysokiej jakości klubu: podświetlane ławki, sporo ciekawego oświetlenia, trzy wyjątkowo ładne stoiska z napojami i jedzeniem, mnóstwo miejsca i zachwycający porządek. Nawet pojawiające się wśród publiczności panie około czterdziestki na wysokich obcasach i z firmowymi torebkami czuły się tam wyraźnie dobrze.

Festiwal miał też bardzo racjonalny line-up: sześć koncertów każdego dnia, jedna scena, bardzo krótkie przerwy techniczne, tyle tylko, że cała zabawa zaczynała się około godziny 22, więc impreza naturalnie przeciągała się do samego rana.

Zaczęło się od Sóley, którą bardzo chciałam zobaczyć już tylko z tego względu, że jest Islandką, co dla mnie równoznaczne jest ze znakiem jakości. Bardzo specyficzny był to występ, nie jestem doń w stu procentach przekonana - minimalizm muzyczny był momentami wręcz bolesny, introwertyczny, w rezultacie kompletnie niefestiwalowy. Ta oszczędność ambientowych brzmień w połączeniu z delikatnym wokalem smutnej nastolatki wypadłaby znacznie lepiej na jakiejś małej, zamkniętej przestrzeni, gdzie trzydzieści osób mogłoby oglądać śliczne wizualizacje z krajobrazami i kompletnie zatapiać się w tym klimacie.

Colapesce, singer-songwriter cieszący się w Italii ogromną popularnością i sympatią tym bardziej jeszcze nie spełnił moich oczekiwań. Fakt, znajomość włoskiego na lepszym poziomie pomogłaby na pewno cieszyć się jego zgrabnymi ponoć lirykami, ale już nawet głos, o nieciekawej moim zdaniem barwie i dość ograniczonych możliwościach, nie sprawiał wielkiej przyjemności. Na szczęście duża część utworów, które usłyszeliśmy tej nocy, rekompensowała wokalne braki sporym talentem w pisaniu ciekawych kompozycji, z ciekawą dynamiką, przejściami, kombinacjami i interesującymi riffami. Szkoda tylko, że obecność Meg, znacznie lepszej w śpiewaniu, ale za to dość infantylnej na scenie, nie była dodatkowym plusem - ich wspólny występ przez cztery utwory był rozczarowującym, popowym, przesłodzonym momentem.

Na szczęście przez cały czas ogromną przyjemność sprawiały wizualizacje, stworzone przez VJów z wybitnym talentem do tworzenia ciekawych, dynamicznych, prowokujących i idealnie wpasowujących się w klimat obrazów. W połączeniu z rewelacyjnym koncertem Fujiya and Miyagi, klasycznego już zespołu tanecznego, wreszcie nabrały one rumieńców: kolorowe pasy, dziwne twarze lalek, prozaki i analogowe taśmy uzupełniły występ. Trzech panów na scenie, którzy wyglądali jak oderwani od normalnego, 40-godzinnego tygodnia pracy, trójki dzieci i żony zajmującej się domem, zagrali koncert oparty na tych samych rytmach, które od razu sugerują podśpiewywanie pod nosem "fujiya, miyagi, fujiya, miyagi", z dojrzałymi gitarami, z ładnymi elektronicznymi efektami, dzięki czemu był to fantastyczny koncert, od pierwszej do ostatniej minuty.

Wokalista z rozbrajającą skromnością zwracał się do publiczności i z przyjemnością wrócił na scenę, by przez bisy zatopić nas jeszcze przez dobre kilka minut najdłuższym, najbardziej rozbudowanym i narkotycznym utworem tego wieczora, czyli "Ankle Injuries". Same słodycze.

Na szczęście Apparat, którego nie wspominam najlepiej po ostatnim występie na Tauronie, gdzie dość żałośnie plumkał na gitarze i zawodził w blasku świec, udźwignął oczekiwania rozgrzanej już do czerwoności publiczności, którą trzeba było porwać równie błyskotliwym setem Djskim. Udało się to rewelacyjnie - Niemiec grał przez niemalże dwie godziny, wyjmując coraz to ciekawsze bity, głównie bawiąc się różnymi utworami techno, ale czasami zahaczając też o klimaty elektro. Utrzymał też poziom od pierwszej do ostatniej minuty, dzięki czemu płyta przez cały czas kipiała od rozentuzjazmowanych i wciągniętych tancerzy. Panie Apparat, tak trzymać!

Drugi dzień zaczął się nudnawym, rozlazłym występem Dimartino i Brunoriego, kolejnych włoskich bardów, którzy tym razem niewiele mieli do zaproponowania świeżych i fascynujących koncepcji, i którzy z jakichś względów nie chcieli zejść ze sceny znacznie za długo (ktoś ich tam pewnie wołał na bisy, co kompletnie mnie rozbroiło, bo i tutaj publiczność wykazywała się wyjątkowym brakiem zainteresowania bisami po większości koncertów). Na szczęście The Hundred in the Hands, zespół z Brooklynu, miał dość ciekawy pomysł na granie i przywrócił zdrętwiałych słuchaczy do życia mieszanką syntetycznych, zarejestrowanych w studiu elementów elektroniki, klawiszy, bardzo wyszkolonego i przejmującego wokalu szczuplutkiej liderki, oraz energetycznymi, czasami wpadającymi w noisowe chaosy, riffami.

We trójkę stworzyli bardzo bogaty, wypełniony dźwiękami występ, który dość często wydawał się aż nadto pomysłowy i ambitny, tak jakby muzycy nie nauczyli się jeszcze selekcjonować koncepcji i chcieli wszystkie ciekawe swoim zdaniem brzmienia włożyć w każdy kawałek. Sprawiło to, że momentami doznań mieliśmy absolutny przesyt, a realizatorzy nie do końca wiedzieli, co z tym bogactwem sygnałem poczynić. Na szczęście kilka utworów zagrali fajnie, z energią, bez niepotrzebnych przejść, gwałtownych przerw, co pozwoliło nacieszyć się tą głośną i taneczną atmosferą.

Jessie Evans zrobiła szoł przedziwny... z jednej strony nie można odmówić jej starania, żeby było ciekawie i barwnie, więc przebrała się w brokatowe ciuszki damy z paryskiego burdelu i w czapkę z piórami, tańczyła coś w rodzaju kankana, biegała ze złotą flagą między publicznością (której to nota bene kompletnie nie ruszało), a nawet zaprosiła czarnoskórych bębnistów i trębaczy oraz chórek dziecięcy, których imion... nie zdążyła się nauczyć. Jej występ był czymś na skrzyżowaniu dość pretensjonalnego gwiazdorzenia i kaprysów, a szczerą i wciąż niezaspokojoną chęcią porwania tłumu i zdobycia jego przychylności.

Środek do celu był na tyle specyficzny, że nic dziwnego, iż sukces był połowiczny - część publiczności była w stanie tańczyć do tych egzotycznych, ale raczej sztampowych brzmień, które na domiar złego nie miały jeszcze takiej częstotliwości i gęstości, by rozkołysać tych najbardziej odpornych. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wśród polskich słuchaczy poczułaby się znacznie lepiej - na koncertach wykazuje się ona dużo gorętszym temperamentem niż nasi południowi bracia.

Wreszcie na scenę weszła francuska DJ-ka Miss Kittin, która wyraźnie przyciągnęła największe tłumy na swój koncert - i która pokazała ogromną klasę. Jej set DJ-ski trwał na szczęście równie długo, jak występ Apparata, dzięki czemu mogliśmy się nacieszyć doskonałą selekcją najróżniejszych elektronicznych bitów, żywych wokali, po prostu idealną taneczną kompozycją. I taką oto rewelacją zakończył się mój udział w kolejnym świetnym festiwalu na Sycylii.

Znajdź nas na Google+

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!