(© staszewski/www.prsteam.net)

Nie ma końca przykry serial fotografii ofiar katastrofy smoleńskiej. Dziś dowiedzieliśmy się o kolejnych drastycznych zdjęciach, dotychczas nieznanych, na dodatek wymieszanych z pornografią.

Od 28 września krążą w internecie makabryczne zdjęcia z katastrofy smoleńskiej. Są one wciąż dostępne na blogu Rosjanina, który nie ukrywa swego nazwiska, ani adresu. Nazywa się Anton Sizych, mieszka w Kraju Ałtajskim w mieście Barnauł, położonym w południowej Syberii. Anton Sizych powiedział Polskiemu Radiu, że zdjęcia, które zamieścił na swoim blogu, otrzymał od blogerki Tatiany Karacuby, a ona dostała je od anonimowego źródła na Krymie.

Autor bloga Anton Sizych wzbogaca swój materiał internetowy, dwoma tekstami blogerki Tatiany Karacuby (57 lat), która prezentuje się jako "doktor psychologii i dziennikarka". Faktycznie jest absolwentką Wydziału Dziennikarstwa Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego (MGU) im. Michaiła Łomonosowa i Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego Akademii Służby Państwowej, przy prezydencie Federacji Rosyjskiej. Pracowała w agencji APN i piśmie "Mieżdunarodnaja Żyzń" oraz w ONZ w Nowym Jorku i Genewie. W okresie ZSRR instytucje te były zwykle wykorzystywane przez KGB w ramach przykrywki dla oficerów wywiadu.

Kim jest Tatiana Karacuba, blogerka, która pierwsza zamieściła zdjęcia z katastrofy?


Dziś wiemy o kolejnej porcji drastycznych zdjęć osób, które zginęły w katastrofie samolotu, dotychczas jeszcze nieznanych. Widać na nich ratowników przy wraku rozbitego Tu-154M, porozrzucane szczątki wyposażenia samolotu, pomieszane ze zwłokami pasażerów. Jedno ze zdjęć, według ekspertów, zostało zrobione z wnętrza auta stojącego obok miejsca katastrofy Tupolewa, 10 kwietnia 2010 roku. Może to sugerować, że osoba fotografująca miała swobodę w poruszaniu się po terenie o ograniczonym dostępie.

Tym razem drastycznych zdjęć smoleńskich jest więcej niż na blogu rosyjskiego internauty Antona Sizycha. Publikacja jest również bardziej drastyczna, a strony z fotografiami pasażerów samolotu, są pomieszane z treściami pornograficznymi. Anonimowy bloger pisze po polsku, informując, że bardzo żałuje, iż nie zamieścił tych zdjęć dużo wcześniej. Nie podaje ich źródła - podaje serwis Polskiego Radia.
Rosyjski bloger Anton Sizych przyznaje, że nie boi się żadnej odpowiedzialności za rozpowszechnianie fotografii w internecie. Tłumaczy, że skoro zdjęcia są niczyje, to nikt nie może ponosić za nie odpowiedzialności. Bo według niego, jeśli żadna z instytucji, które brały udział w operacji ratowniczej rozbitego samolotu nie przyznaje do zrobienia zdjęć, to "nie ma ani w Polsce, ani w Rosji takiego prawa, żeby karać za zdjęcia, które są niczyje" - wyjaśnia Anton Sizych.

Bloger z jednej strony współczuje rodzinom ofiar, a z drugiej sugeruje i przez to jakby uzasadnia jednocześnie, sens ich umieszczenia w internecie. Argumentuje, że najlepszym uczczeniem pamięci ofiar smoleńskiej katastrofy samolotowej, jest ustalenie prawdy o "przyczynach ich śmierci" i "ustalenie prawdziwych zabójców". Ponownie podtrzymuje swoją wcześniejszą opinię, że fotografie ofiar są dowodami na to, że "katastrofę upozorowano".

Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej (KŚFR) kolejny raz zapowiedział, że ustali, zarówno skąd w internecie wzięły się fotografie ofiar katastrofy smoleńskiej, jak i pociągnie winnych do odpowiedzialności. Rzecznik KŚFR Władimir Markin zapewnił, że zdjęcia nie pochodzą z akt rosyjskiego śledztwa smoleńskiego. Sprawę tę, na prośbę polskiej służby ABW, bada również Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB).

Także, według szefa państwowej komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, Jerzego Millera, tego typu zdjęcia "dla komisji nie były przydatne". Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin też zapewnił: "Za publikacją zdjęć ze Smoleńska nie stoi nikt w Polsce". Minister Gowin, w rozmowie z dziennikarzami, odniósł się do artykułu z rosyjskiego dziennika sugerującego, że za sprawą smoleńskich fotografii mogą stać, jak to określono, "uczestnicy warszawskich batalii politycznych".
Zdaniem "Gazety Wyborczej", zdjęcia ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, które od kilkunastu dni wywołują spór między Polską i Rosją, przede wszystkim o to, kto je zrobił i kto wypuścił do sieci, ale również bulwersują i szokują oraz drażnią uczucia rodzin ofiar. Te fotografie, według "Gazety", już dwa lata temu próbowano sprzedać redakcjom w Polsce.

Kilka polskich redakcji, wczesnym latem 2010 roku, dostało ofertę kupna fotografii zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego. "Z dołączonych próbek wynikało, że były zrobione na miejscu katastrofy, w trakcie zbierania ciał" - czytamy w portalu wyborcza.pl.

Podobno oferujący wtedy zdjęcia był tylko pośrednikiem. Za komplet fotografii chciał 30 tys. złotych. Ale żadna z polskich gazet (wliczając w to tabloidy), ani telewizji, nawet nie podjęła negocjacji. Dziennikarze gazety namierzyli właściciela zdjęć, co ujawnia oficer ABW. Nie chce jednak zdradzić, co działo się dalej. "Niech wystarczy, że po rozmowie z nami, ten pan zrezygnował ze swoich planów. Powiedział, że materiał kupił od jednego z mieszkańców Smoleńska".

Zdaniem funkcjonariusza BOR, obecnego na miejscu katastrofy, w chwilę potem pracowała tam ekipa ponad 150 osób: żołnierze, pracownicy rosyjskiego ministerstwa ds. katastrof, służby medyczne i służby smoleńskiego lotniska. Prawie każdy miał telefon komórkowy z aparatem, mieli też aparaty cyfrowe. Dopiero po południu nieznany prokurator zakazał fotografowania.

Zdjęcia i filmy na miejscu katastrofy robili również Polacy, w tym np. sześciu funkcjonariuszy BOR, którzy poszukiwali zwłok prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a później pilnowali jego ciała. Jak wiadomo, nakręcony przez nich materiał, ma ponad trzy godziny, jest w dyspozycji prokuratury i do tej pory "nic z niego nie wyciekło".
W związku z krążącym obecnie plikiem fotografii "najbardziej bulwersujące są zdjęcia okaleczonych zwłok prezydenta, na wózku sekcyjnym w prosektorium w Smoleńsku". Szef MSZ Radosław Sikorski zasugerował, że wykonali je rosyjscy funkcjonariusze, a rozpowszechnić mógł celowo "rosyjski haker", aby skłócić Polaków. Pięciogodzinną sekcję prowadzoną w Smoleńsku nadzorował z polskiej strony prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski.

Premier Donald Tusk powiedział, że trudno jest wykluczać prowokację. Nie chciałbym, jak zaznaczył, snuć domysłów komu mogłoby zależeć, żeby emocje w tak drastyczny sposób, na nowo wzbudzane, wybuchły w Polsce. "Doświadczenie podpowiada, że bardzo często małe, podłe motywacje niektórych ludzi są źródłem takich spraw, a niekoniecznie wielkie prowokacje" - stwierdził premier.

Wczorajszy rządowy dziennik "Rossijskaja Gazieta", w sprawie zdjęć, odbija piłeczkę. Pisze o wezwaniu do polskiego MSZ ambasadora Rosji Aleksandra Aleksiejewa i wyraża wątpliwości, co do "istnienia rosyjskiego hakera, który jest zainteresowany tym, by podgrzać i tak już napiętą atmosferę życia politycznego w Polsce". Zdaniem gazety, "jeśli ktoś był zainteresowany pojawieniem się tych zdjęć, to nie byli to Rosjanie".

Daje swoim czytelnikom wyjaśnienie, że osoby obecne przy procedurze identyfikacji ciał ofiar uważają, iż zdjęcia w sieci mógł wykonać każdy, kto miał przy sobie telefon z wbudowaną fotokamerą - "od krewnych ofiar po personel techniczny - tak z Rosji, jak i z Polski".

Zarejestruj się i napisz artykuł
Znajdź nas na Google+

Wydarzenia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!