Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Może powinnam teraz napisać, że byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, ale rzeczywistość okazała się inna. Byłam przerażona, zagubiona i bezradna wobec przyszłości.

Od dłuższego czasu pragnęłam dziecka, ale w momencie, gdy uświadomiłam sobie, że noszę je pod sercem, poczułam strach. "To niemożliwe, nie jestem gotowa" - powtarzałam w myślach, roniąc łzy wielkości grochu. W tym samym dniu pobiegłam do lekarza i tak naprawdę nie wiem, czego oczekiwałam - potwierdzenia wyniku testu czy może uspokojenia, że jednak zaszła pomyłka. Z każdą minutą wszystko stawało się jeszcze bardziej skomplikowane.

Mój ginekolog przebywał w tym czasie na urlopie, ale nie mogłam czekać. Szybko włączyłam komputer, by wyszukać w sieci mojego "wybawiciela". Przejrzałam dokładnie fora internetowe, na których kobiety wymieniały się opiniami na temat lekarzy. Wybrałam trzy nazwiska, które zebrały najwięcej przychylnych komentarzy. Potem sprawdziłam każde z nich, biorąc pod uwagę lokalizację gabinetu, godziny przyjęć i cenę wizyty. Trzymając telefon w drżącej dłoni, wystukałam numer. Usłyszałam w słuchawce głos miłej pani, która oznajmiła, że oczywiście zostanę dziś przyjęta przez pana doktora. Wyjaśniła mi również, jak dojechać na miejsce.

"Gratuluję! Jest pani w ciąży!" - zabrzmiał wyrok, który dziś uważam za najwspanialszą wiadomość na świecie. Lekarz spojrzał na łzy, które popłynęły po moim policzku, podał chusteczkę i powiedział: "Dlaczego pani płacze? Jest pani naprawdę szczęściarą! Tak wiele kobiet nadaremnie stara się o dziecko, a los wybrał właśnie panią. Proszę się nie martwić, już wiele łez rozpaczy polało się w tym gabinecie, gdy oznajmiałem tę wspaniałą nowinę, ale prawie każda z tych kobiet wracała do mnie po 9 miesiącach, mając w oczach łzy szczęścia". Porozmawiał ze mną jeszcze chwilę, obiecał, że będzie dobrze, choć macierzyństwo to największe z wyzwań człowieka.

Wróciłam do domu, by móc w spokoju pomyśleć o przyszłości. Wciąż nie docierało do mnie, że biją we mnie dwa serca, z czego jedno jest bardzo, bardzo malutkie. Wkrótce mój mąż wrócił z pracy i z przerażeniem spojrzał na moje czerwone i opuchnięte oczy. Nie mogłam wydusić z siebie słowa więc pokazałam mu kartę ciąży, którą założył mi lekarz. Mąż wpatrywał się w nią dość długo, po czym przytulił mnie mocno, roniąc kilka łez. Staliśmy tak chwilę, płacząc jednocześnie - on ze szczęścia, a ja... sama nie wiem.

Dopiero po tygodniu wzięłam się w garść. Poczułam, że dam radę, że potrafię być matką, którą zawsze pragnęłam być. Pobiegłam do biblioteki, wypożyczając wszystkie możliwe książki na temat ciąży i pielęgnacji małego dziecka. Wertowałam strona po stronie, odnajdując coraz większą radość z mojego błogosławionego stanu. Wieczorami siedziałam wtulona w ramiona męża i snuliśmy razem plany na następne wakacje, które mieliśmy spędzić już z nowym członkiem rodziny.

Postanowiłam dobrze wykorzystać całe 9 miesięcy. W internecie przeczytałam o różnego rodzaju spotkaniach organizowanych dla ciężarnych. Dowiedziałam się, że mogę uczestniczyć w bezpłatnych zajęciach szkoły rodzenia, która znajdowała się przy szpitalu. Bez wahania skorzystałam z tej możliwości, bo chciałam nie tylko być dobrze przygotowana do macierzyństwa, ale również pragnęłam kontaktu z innymi przyszłymi mamusiami. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na uczestnictwo w szkole rodzenia, bo zbliżyła mnie do zagadnień dotyczących małego człowieka, a przy okazji poznałam wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś.

Mój mąż uczestniczył w zajęciach razem ze mną i przy okazji odkryłam jego "miękką" stronę, patrząc jak świetnie sobie radzi z kąpielą, przewijaniem, noszeniem i karmieniem dziecka. Na pewno zajęcia te umocniły nasz związek jeszcze bardziej i utwierdziły nas w przekonaniu, że będziemy rodzić razem. Poród stał się naszą wspólną sprawą, nie rodziłam "ja", ale "my".

Dowiedziałam się, że mogę sama wybrać szpital, w którym moje dziecko przyjdzie na świat. Nie miało znaczenia jakie miasto wybiorę, bo wszystkie były gotowe mnie przyjąć. Zaczęłam zbierać informacje na temat szpitali w mojej okolicy. Brałam pod uwagę odległość od domu, personel medyczny, wielkość sal porodowych - tyle informacji potrzebowałam na początek.

Wybrałam dwa szpitale, które pod tym względem spełniały moje oczekiwania. Wiedziałam, że mam prawo obejrzeć każdy z nich i zdobyć pozostałe informacje na temat odbywających się tam porodów. Po telefonicznym uzgodnieniu terminów, odwiedziłam każdy z nich. Zostałam oprowadzona po salach porodowych i przedstawiona kilku lekarzom oraz położnym. Potem usiadłam z położną w dyżurce, by móc zdobyć pozostałe informacje.

Pytałam właściwie o wszystko: przebieg porodu, obecność w sali porodowej np. studentów (jeden ze szpitali był szpitalem klinicznym), obecność męża przy porodzie, prawo do znieczulenia, kontakt z dzieckiem zaraz po urodzeniu, swoboda przyjmowania pozycji podczas porodu, wszelkie zabiegi np. nacinanie krocza, masaż szyjki, oksytocyna w kroplówce itp. Położna cierpliwie odpowiadała na moje pytania, wyjaśniała wszelkie zawiłości, tłumaczyła niezrozumiałe kwestie. Wizyty w obu szpitalach zdecydowanie były mi potrzebne. Wybrałam jeden z nich, choć oba spełniły moje oczekiwania. Ostatecznie o wyborze przesądziła bezpłatna jednoosobowa sala porodowa.

Nadszedł dzień, w którym miałam przywitać moją córeczkę. Zgłosiłam się do szpitala, który nie był już mi obcy, bo wiedziałam o nim wszystko, co chciałam. Znając swoje prawa i zwyczaje panujące w szpitalu, czułam się pewnie. Poczucie bezpieczeństwa dawał mi również mąż, który był tuż przy mnie, uczestnicząc aktywnie w tym wielkim wydarzeniu. Potrzebowałam go wtedy jak nikogo innego. To on jako pierwszy wykrzyczał przez łzy: "Jest! Już jest z nami!"...

Często słyszymy przerażające wspomnienia z ciąży i samego porodu. Może jestem szczęściarą, a może po prostu potrafiłam wykorzystać przywileje, które należały mi się jako ciężarnej. Podczas tych dziewięciu miesięcy wielokrotnie ustępowano mi miejsca, przepuszczano w sklepowej kolejce, pomagano pokonać architektoniczne przeszkody. Często nie korzystałam z tej uprzejmości, bo czułam się bardzo dobrze, a może nawet lepiej od osób, które chciały służyć mi pomocą (zdarzali się starsi ludzie).

Moim największym przywilejem, który chciałam wykorzystać, był wybór związany z przyjściem dziecka na świat. To ja zdecydowałam o warunkach i atmosferze, w jakiej miałam powitać córeczkę. Mając świadomość swoich praw, podjęłam słuszną decyzję i życzę tego samego każdej przyszłej mamie.

Moje Trzy Grosze

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!