Lista zespołów zaproszonych na Off Festival obfitowała w świeże objawienia i pożądane nazwiska, na których koncertach nie mogło zabraknąć i nas - będzie więc o Archie Bronson Outfit, Toro Y Moi, The Horrors, etc.

Chronologicznie zaczynając, pierwszym ważnym występem na Offie był mało znany Toro Y Moi. A właściwie pozornie mało znany, bo Trójkowy namiot pękał w szwach podczas występu Amerykanów. Trafiliśmy doskonale, zresztą zgodnie z moimi oczekiwaniami - z wysokim poziomem euforii, pełni oczekiwań i spragnieni wakacji, do których Toro Y Moi mają bodajże najlepszy soundtrack. Choć nie widziałam koncertu w całości, część utworów znanych mi zagrała zacnie - upalnie, leniwie, z większym naciskiem na instrumenty, ale wciąż skąpana w delikatnych bitach. Usłyszeć Cheza (śpiewa tak, jak na płytach) i jego szlagiery - "Talamak" czy "Blessa", kilka nowych kompozycji (zapowiadających odejście od elektroniki na rzecz instrumentów, choć może to wciąż koncertowy efekt) i wreszcie doczekać nie tylko pierwszych, ale i jednych z niewielu, bisów podczas Offa - bezcenne. Śliczny koncert zaiste.

Nie wyobrażałam sobie nie pojawić się na swoich faworytach z The Horrors jak najbliżej sceny, oczekując możliwie największej dawki "Primary Colours". Setlista przerosła oczekiwania - po prostu poszli zgodnie z drugą płytą, zaczynając idealnym openerem "Mirror's Image" i dochodząc do "I Can Only Think of You", później prezentując jeden premierowy utwór (wskazujący na to, że zmiany tak drastycznej jak między dwoma ostatnimi nie szykują) i kończąc znów skrojonym na miarę zakończeniem "Sea with Sea". I niby wszystko poszło zgodnie z planem, ale... Zabrakło na pewno dobrego akustyka, który zadbałby o słyszalność wokalu Farisa (przebił się po trzecim utworze) czy nagłośnienie wszystkich interesujących w muzyce The Horrors smaczków - melodii organowych czy shoegaze'owych riffów, które stanowią o wyjątkowości zespołu. Było co najwyżej 2D i raczej bez kopnięcia. Niezły koncert, który swą niezłością nie mógł zaspokoić głodu.

Tego wieczora zaspokoić głód muzyki udało się fanom Lennego Valentino. Jak na ironię (chociaż taka ironia cieszy), tutaj nagłośnienie było oszałamiająco dobre. Ekstraklasa polskiej muzyki alternatywnej, dla której wielu z nas zrezygnowało ze świetnego Efterklangu, potwierdziła
zasłużoną sławę. Prześliczny koncert - perfekcyjnie zagrany, z całą paletą precyzyjnych, eterycznych melodii, zagranych przez instrumentalistów najwyższej próby. I z introwertycznym, subtelnym wokalem Rojka. Jak to się dzieje, że koncerty Myslovitz, na które trafiam z jakichś banalnych okazji, są co najwyżej przeciętne - a ten efemeryczny projekt, który osiągnął niedościgniony artystyczny poziom, nie ma żadnej kontynuacji?

Na tej ulotności i rzadkości cała rzecz polega. Fascynuje mnie jeszcze zróżnicowanie ich muzyki - z karnawałowych, dziecinnych opowieści (pięknie zagrały organy w "Karuzelach, skuterach, rodeo" czy nostalgiczna, rozrywająca serce kompozycja gitary i elektroniki w "Chłopcu z plasteliny") przechodzą płynnie do egzystencjalnego bólu, zasłoniętego poetyckimi metaforami (powoli nabierające tempa "Uwaga, jedzie tramwaj" czy "Jesteśmy dla siebie wrogami"). Były ciarki.

Apropo psychodelii - w dużym stężeniu wydarzyła się ona na głównej scenie podczas koncertu Archie Bronson Outfit. Jeden z tych koncertów, na które czekałam już... niech pomyślę... około 6 lat, od czasów pamiętnego "Derdang, Derdang". Mnie porwali, wciągając w świat staromodnych, ciężkawych gitar, rozjechanych klawiszy, przyćmionych wokali i dobrej, porządnej perkusji. Gdzieś pomiędzy przaśnością, banalnością rozwiązań i zabójczymi, tanecznymi melodiami kryje się niepowtarzalny urok Archiego. "Dead Funny" i "Dart for My Sweethart" na żywo - bezcenne. Nowa płyta na żywo - z szeroką reprezentacją parkietowych szlagierów "Shark's Tooth", "Hoola", "Magnetic Warrior" i chociażby "Chunk" - klasa! Choć opinie były mieszane i choć zespół budzi emocje od obrzydzenia do fanatycznego zachwytu, po tym koncercie stawiam się gdzieś bliżej tych ostatnich.

Mew przybyli do Polski po wielu latach i wielu płytach, by olśnić starych fanów i nowych słuchaczy swoim show. Nie dość, że zagrali przepięknie - na poły baśniowo lekko, na poły poważnie i progresywnie - i że ich wokalista dysponuje skalą i barwą głosu nigdzie nie spotykaną, to jeszcze dołączyli do tego magiczne wizualizacje i znakomitego, czarnoskórego tancerza. Feeria barw i dźwięków, audiowizualna uczta.

Typowe dla nich zmiany nastroju pokazali w przejściach od czarujących opowieści w stylu "White Lips Kissed" czy "Zookeeper's Boy" do epickich, mocnych uderzeń w stylu "Circuitry of the Wolf" czy "Repeatbeater". Zaczęli pięknym "New Terrain", usłyszeliśmy też obowiązkowe "Special" i "156".

Duńczycy nie mają sobie równych w robieniu muzyki wymykającej się kategoriom, niebanalnej i pompatycznej, wzniosłej i niewinnej. Jedno z największych emocjonalno-estetycznych przeżyć festiwalu w tym roku. Zachwyceni Mew zapowiedzieli już na Facebooku powrót, czekam więc z niecierpliwością.

Wreszcie słów parę o:

Shearwater - po "Golden Archipelago", swojej najświeższej płycie, ustanowili bardzo wysoką poprzeczkę dla tego występu. Udało im się - udowadniali, że w zmęczonej i wytrzebionej przez modę estetyce jest miejsce dla świetnych instrumentalistów i urodziwych kompozycji. Co prawda termin folk oddaje tylko częściowo muzykę Shearwater, wyczuwa się u nich organiczną bliskość z naturą, niespieszną refleksyjność, przemyślaną strukturę utworów. A Jonathan wywołuje dreszcze ślicznym śpiewem. Udowodniał to przez cały występ - sięgając po "Meridian" i "Castaways", za którym przepadam, "Black Eyes" i "Corridors". Momentami niepokojący, momentami ultrasubtelny koncert.

The Tallest Man on Earth urósł już do dużej rangi, co potwierdził tłum w Namiocie Eksperymentalnym, o dość niesympatycznej jak na festiwal porze (godzina 17, niedziela, ostatni dzień). Szwed jest tak miły, taki dowcipny (o czym dowiedziałam się dopiero podczas występu z różnych zabawnym przerywników, którymi zagadywał publiczność podczas strojenia gitary), taki ładnogłosy muzyk, który całkiem nieźle radzi sobie z estetyką singer-songwriter (folków bym w to jednak nie mieszała). Ma wywołujący ciarki głos i dobre teksty. Zagrał na gitarze "I Won't be Found", "Pistol Dream", "wild Hunt" i "Where do My Bluebirds Fly", by zakończyć "King of Spain". Przesympatyczny koncert.

Trzy noce kończyły się w namiotach - na występie cukierkowego Joker feat Nomad (bardzo dobry, dubstepowo-popowy DJ Set z fajnym wokalem) i niezrozumiałym, bełkotliwym Szelestem Spadających Papierków, Wiliamem Basinskim, który otworzył inny wymiar koncertem godnym "Disintegrated Loops", kojąco-niepokojącym podejściem do ambientu, oraz Darkstarem, podobno promowanym przez Mogwai Djem dubstepowym, który zakończył Offa zacnym, ciemnym setem. Debiutancka płyta Darkstar stała się przez to jeszcze bardziej oczekiwana, ale i tak najbardziej liczę na to, by około 360 dni dzielących nas od szóstej edycji kultowego już festiwalu minęły jak najszybciej.

Kultura

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!