Kilka dni temu Ojciec Leon Knabit gościł w Łodzi. Jakie były początki Jego drogi kapłańskiej? Jakie błędy popełnia Kościół? Czego mógłby przestraszyć się niejeden polityk? Czy jest coś złego w seksie? Zapraszam do lektury wywiadu.

Początki drogi kapłańskiej Ojca Leona Knabita


Wybór drogi życiowej nie jest łatwą decyzją. Kiedy i w jaki sposób poczuł Ojciec powołanie? Czy było to związane z jakimś szczególnym wydarzeniem?

Miałem bardzo łatwy wybór drogi życiowej. Od momentu kiedy w czasach gimnazjum służyłem do mszy świętej, w katedrze siedleckiej zacząłem się zastanawiać czy to czasem nie jest moja droga. W nabożeństwach brali udział klerycy, a ja zastanawiałem się co to są za "typy", którzy to chcą zostać księżmi (śmiech). Trafiałem na bardzo fajnych "gości", którzy byli bardzo serdeczni, otwarci, z poczuciem humoru. Obserwowałem liturgie, zachowania biskupów itd. Podobało mi się to całe "teatrum sacrum" i od tego się zaczęło moje myślenie na temat zostania księdzem. Co prawda lubiłem dziewczyny, ale wszystkie (śmiech). Ciężko było przejść na mahometanizm, a poza tym jak to się mówi pięć żon da się wytrzymać, ale pięć teściowych to już nie lada wyzwanie (śmiech). Zostałem więc przy swojej religii. W I-szej klasie licealnej miałem znajomych wśród kleryków. Zapytałem jednego z nich – Stasia Molskiego….. czy znając już mnie myśli, że ja się nadaję na księdza, czy Pan Bóg mnie chce? On bez zastanowienia odpowiedział, że tak. Te słowa były tak przekonywujące, że uwierzyłem, że to jest moja droga. Kilka dni temu, 3-go marca między godziną 16:00, a 16:15 (śmiech) upłynęło 70 lat od tamtego wydarzenia. Bogu dziękuję, że ta pewność została do dzisiaj. Potem wstąpiłem do zakonu, ale wiara się nie zmieniła, a jedynie sukienka, którą nosiłem (śmiech). Zastanawianie się nad zawodem nieraz trapi człowieka przez długie lata. Potem często okazuje się, że wybór był niewłaściwy. Okazuje się, że to nie ta praca, nie ta żona, nie ten mąż, nie ta płeć (śmiech). Ja szczęśliwie nie miałem takiego problemu.

Czy wtedy rodzina wspierała księdza w podjęciu decyzji o wyborze drogi kapłańskiej?

- Taty już nie było na świecie, bo Niemcy zastrzelili go 31 grudnia 1943r. w Warszawie. Na Pawiaku jest tablica upamiętniająca tę egzekucję. Mamusia była zwykłą, prostą kobietą z wykształceniem podstawowym. Wierzyła w Boga, ale nie była jakąś tam dewotką. Kiedy powiedziałem, że chcę być księdzem, to ucieszyła się. Niemniej kiedy wyjeżdżałem do seminarium, które notabene widać było z okien rodzinnego domu, to łzy z oczu jej i sióstr popłynęły. Pomyślałem sobie; ja tu idę, w zgodzie z własnym sumieniem, a one beczą i beczą (śmiech). Gdy jednak widziały mnie jak służę w katedrze to zawsze były dumne. Kiedy jednak zostałem zakonnikiem w Tyńcu to usłyszałem od mamy: "ksiądz to ksiądz, ale zakonnik?". Wyobrażała sobie, że może będę się biczował, torturował, że zdziczeję. Jednak i tą decyzję mamusia uszanowała i wspierała mnie.

Tytuł Magister Humoris Causa



Czy ma ksiądz swoje życiowe motto, jakąś myśl przewodnią?

Przez sześć lat w szkole średniej uczyłem się łaciny. W seminarium niektóre wykłady były prowadzone w całości w tym języku. "Semper te cum" - "Zawsze z Tobą", to motto towarzyszy mi od lat. Pan Bóg mówi mi: "Zawsze z Tobą", a ja zwracam się tymi samymi słowami do Boga. Bóg jest człowiekiem i ta myśl mi pomagała w życiu. Jestem otwarty na bliźnich i nie boję się ludzi. Takie myślenie bardzo pomaga. Niedawno na moje spotkanie w Stalowej Woli przeszło ponad 200 osób. Przez dwie i pół godziny podpisywałem swoje książki i rozmawiałem z ludźmi. Gdybym tego nie lubił i musiał to robić to byłaby to dla mnie prawdziwa męczarnia, a ja nie czuję się tym zmęczony i cieszę się, że mogę porozmawiać ze swoją siostrą czy bratem. Drugie moje hasło brzmi: "Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony". Są to słowa pochodzące z Pierwszego Listu św. Piotra. Cokolwiek robię, czynię to ze względu na Pana Boga. Nie oznacza to jednak, że jest się jakimś ponurakiem, czy, nie daj Boże, ideałem. W tej perspektywie patrzę na świat. Chyba to jest niezła perspektywa, a ja jestem nie najgorszą reklamą tego stylu życia, jak mi ludzie mówią (śmiech).

Czym oprócz pobożnych zajęć ksiądz się interesuje?

- Moje hobby to natura człowieka. Poza tym lubię geografię. Jako mały chłopiec mówiłem też mamie: "Pójdę do Witka, bo Witek ma książkę z mapami". Potrafiłem godzinami wędrować palcem po mapie. Dziś także, gdy jadę z kimś samochodem to lubię śledzić, w którym miejscu w danej chwili jestem. Jest taka strona internetowa Flightradar24.pl. Uwielbiam patrzeć jakie samoloty znajdują się nade mną.

A czy jest jakieś miejsce na świecie, które chciał ksiądz zobaczyć i to się udało?

- Ja w ogóle uwielbiam podróżować i oglądać ciekawe miejsca. Przyznam, że bardzo często śnił mi się Rzym. Spacerowałem po Koloseum, przy Fontannie di Trevi, Bazylice św. Piotra, aż nagle budziłem się (śmiech). Pamiętam też, że kiedy pojawiły się możliwości studiowania poza Polską, to moi przełożeni wyznaczyli mnie, abym kształcił się dalej w Rzymie. Był to rok 1956 kiedy wiedziałem już, że wstąpię do zakonu w Tyńcu. Jedyny raz w życiu chodziłem przez pół godziny od ściany do ściany w pokoiku, w którym mieszkałem i zastanawiałem się co powinienem zrobić. Odmówiłem znajdując wymówkę w postaci upałów, które panują we Włoszech i obawy o swoje zdrowie. Nie było mi dane wtedy tam wyjechać. Nie mam stopnia naukowego, ale i takie osoby też przecież muszą żyć (śmiech). Skończyłem tylko zaoczne Studium Katechetyczne w Krakowie, ale czterdzieści książek udało mi się napisać. W którymś roku miałem 1-go kwietnia dostać tytuł Magister Humoris Causa na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale podobno ktoś się rozmyślił (śmiech).

"Mnich powinien wiedzieć coś o wszystkim i wszystko o czymś"



Grono osób wzoruje się na Ojcu, ma księdza za swojego mentora. Czy czuje ksiądz odpowiedzialność za tych ludzi?

- Uważam, że to ich sprawa (śmiech). Cieszę się jednak, że wiele osób uważa mnie za autorytet, choć czasem jest to też problematyczne. Kiedyś Józef Tischner powiedział, że lubi chodzić po krawędzi. Kiedy wikariusz z "Psiej Górki" lubiłby tak chodzić to nikt by nie zareagował, a jeśli Tischner, to wszyscy się boją, aby nic mu się nie stało. Ja nie mam głowy Tischnera. Muszę uważać na słowa, które wypowiadam. Na pewno jednak muszę podkreślić, że moje słowa to nie słowa Kościoła katolickiego w Polsce, tylko słowa ojca Leona Knabita. Kiedyś miałem program z Jerzym Owsiakiem na temat świętości. Po emisji, na jednym ze spotkań pewna kobieta powiedziała do mnie: "jak mogłem się spotkać z taką osobą, (ona słucha Radia Maryja) i czemu to zrobiłem?" Ja nie muszę się nikomu tłumaczyć. Prowadzę swojego bloga w internecie. Najpierw napisałem tam swoje Curriculum Vitae tj. kiedy się urodziłem, do jakich szkół chodziłem, kiedy przyjąłem święcenia kapłańskie, że jeszcze nie umarłem (śmiech), jakie nagrody dostałem i że na 80-lecie kawalerstwa dostałem Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Należał mi się bo przecież być 80 lat kawalerem, to dopiero wyczyn (śmiech). Pod moimi wpisami oprócz pozytywnych komentarzy pojawiły się m.in. takie określenia mojej osoby jak: Judasz, zdrajca, chamski autor bloga, gangster, autorytet moralny dla miernot duchowych w kraju i zagranicą. Doświadczeni internauci mówią, że opinie negatywne są bliższe prawdy niż pozytywne (śmiech). Czytam sobie te wpisy i myślę, że jeśli takie się pojawiają to są dwa wyjścia. Pierwsze rozwiązanie, to muszę się poprawić, a drugie to podejść do tego, że twórca wpisu może myli się i nie mówi o mnie, tylko o pewnym wyobrażeniu na mój temat. Od osób, z którymi się spotykam oko w oko, nigdy nie usłyszałem tego np. że jestem głupkiem. Można się nie zgadzać z jakimś poglądem, ale wtedy można o tym dyskutować, ale nie obrażać. Kiedyś nasz mnich, prof. Andrzej Bernard Turowicz, historyk, matematyk opowiadał, że w swoim życiu miał kiedyś sytuację, iż został znieważony przez pewnego człowieka. Zapytany, czy się na niego obraził odpowiedział: "A skąd! Przecież tylko idiota się obraża" (śmiech). Od tej pory przestałem się obrażać, a żeby się nie dekonspirować (śmiech).

"Mądrzy ludzie mówią, że pierwsze czterdzieści lat życia każdego człowieka upływa na zorientowaniu się, jak należy żyć. Dopiero w ciągu kolejnych czterdziestu lat można próbować te doświadczenia wcielać w życie." Czy uważa tak Ojciec na podstawie własnego doświadczenia?

- Miałem 18 lat, jak wstąpiłem do seminarium. Jako maturzysta, dzięki wychowaniu przez dobrych profesorów miałem określony kierunek. Wiedziałem, że będę księdzem. O mnichach mówi się, że mnich powinien wiedzieć coś o wszystkim i wszystko o czymś, a zatem jedną rzecz opanować, ale we wszystkim się orientować. Powinniśmy wiedzieć, że Bierut i Stalin już umarli, a nie wszyscy zachowują się jakby o tym wiedzieli (śmiech). Ja wiem, że na pewno wczoraj Finowie nie wygrali drużynowo w skokach narciarskich (śmiech). Powiem Panu, że sport to jedyna rzecz, która łączy Polaków. Nie ma znaczenia czy jesteś fanem PiS, PO, Nowoczesna czy SLD, to zawsze kibicujesz polskim sportowcom i przeżywamy ich sukcesy i porażki. W seminarium miałem bardzo dobrych wychowawców. W czasach komunizmu zło było bardzo wyraźnie określone. Ale my na przykład nie wiedzieliśmy nic o tych żołnierzach wyklętych, o zbrojnym podziemiu, które było torturowane, niszczone. Najlepszych oficerów rozstrzeliwano bez sądów. Niepojęte było to, że długo po wyzwoleniu wywożono setki tysięcy ludzi gdzieś daleko na Sybir. Potem zakon benedyktynów połączył podstawową formację seminaryjną z pogłębioną formacją ludzką. Benedyktyni nigdy nie byli inkwizytorami. Byliśmy zamknięci w klasztorze za klauzurą, ale otwarci na świat. To tak jak w starciu w boksie; w zwarciu jest się przez chwilę, ale żeby przemyśleć jakiś ruch, to musimy spojrzeć na wszystko z dystansu.

Czy znając konsekwencje podjętych decyzji postąpiłby ksiądz inaczej? Czy czegoś ksiądz żałuje?

- Nigdy nie zastanawiam się "czy?" tylko zawsze "jak?". Uważam, że nie warto oglądać się wstecz. Staraj się zawsze to, co jest przed Tobą do zrobienia, wykonać jak najlepiej. Zrób to dla swojej satysfakcji, a także dla dobra innych. Wierzę, że Bóg czuwa nad moją osobą. Wybieram Jego wolę, którą uznaję także za swoją i jestem dzięki temu szczęśliwy. Pamiętam, jak w ważnym okresie seminarium zachorowałem na płuca. Po okresie rekonwalescencji biskup zamiast wyrzucić mnie to wpadł na pomysł, że wyświęci mnie na księdza pół roku przed moimi kolegami. I co? Czy to nie taki był plan Boży dla mnie, że mam zachorować, pocierpieć, ale za chwilę coś zyskam? (śmiech). Zresztą przy okazji był też aspekt finansowy. Moja mamusia była biedna, a ksiądz odprawiając mszę każdego dnia to coś tam zawsze dostawał np. 50 zł, a zatem ok. 1.500 zł na miesiąc. Była to zawsze jakaś podstawa do życia. Chociaż pani Bieńkowska jako minister zastanawiała się jak żyć za 6.000 zł miesięcznie (śmiech). Poza tym, że czasem lubię sobie pożartować to chyba nikomu nie zrobiłem nigdy krzywdy. Oczywiście pewnie znalazły by się rzeczy, które można by było inaczej zrobić. Każda rzeka ma głębię i mieliznę, ale staram się patrzeć naprzód, a nie wstecz.

Rola Kościoła w polskiej polityce


W wielu mediach Kościół w Polsce krytykowany jest za to, że jest zbyt polityczny. Czy ksiądz zgadza się z tym poglądem? Jaka według Ojca powinna być rola Kościoła w polskiej polityce?

- Powodem krytyki są najczęściej niefortunne wypowiedzi księży. Jeśli politykę traktuje się jako rozumną troskę o dobro społeczne, to wtedy można się włączać w tę dziedzinę życia. Nie przeszkadza to, że jest się księdzem. Ważne jest jednak, aby dobrze używać słów. Ksiądz nie powinien krzyczeć z ambony: "a teraz idziemy ramię w ramię głosować na Pana Wałęsę" lub "Wy, komuniści, moc szatańska" itp. Te słowa ksiądz może sobie powiedzieć w myślach lub po cichu pod nosem, ale nie ma prawa potępiać drugiego człowieka. W mediach mówi się, że Kościół trzyma stronę PiS-u. PiS na szczęście nie jest idealny. Jest problem dotyczący choćby projektu obywatelskiego w sprawie zakazu aborcji. Trzeba do tego podejść spokojnie, a nie nerwowo jak to robi partia opozycyjna. PiS ma w Polsce większość parlamentarną, mogą uchwalić co chcą, a ze względu na jakieś tam dziwne zachowania miotają się w tym naszym kraju. Nie jestem ani za PiS-em ani za PO. Jestem za dobrymi pomysłami ludzi bez względu na to, która partia polityczna je przedstawia. Ksiądz publicznie nie powinien się wypowiadać jakie ugrupowanie mu bardziej odpowiada, gdyż zamiast być czynnikiem łagodzącym nastroje społeczeństwa, to odbierany jest jako ten, który jątrzy. Jestem kapłanem i wyspowiadam lub porozmawiam z każdym człowiekiem nie patrząc na przynależność partyjną, kolor skóry, płeć itp.

"Nie damy rady naprawić całego zła, ale możemy naprawiać to, co jest najbliżej nas". Czy mógłby Ojciec rozwinąć swoją myśl?

- Przyjmijmy zasadę; jestem odpowiedzialny za to, co mnie bezpośrednio dotyczy. Politycy powinni skupiać się na problemach w państwie, przedstawiać konstruktywne rozwiązania, patrzeć na rozwój gospodarki, na lepsze życie obywateli. Widać, że część polskiej sceny politycznej "odcięto od żłobu" i nie potrafią oni bez emocji spojrzeć na obecną sytuację i przypomnieć sobie role i cechy dobrego polityka. Powinni zrobić to, co mogą dookoła siebie. Mogą uśmiechnąć się do drugiego człowieka, spokojnie porozmawiać, przedstawić swój punkt widzenia, mogą się za swojego przeciwnika pomodlić zamiast go opluć. Niestety często zamiast tego są krzyki, obelgi, bluźnierstwa, oskarżenia. Wtedy politycy tłumaczą się mówiąc: "ale działam, a nie jestem bierny". Słuchając tego myślę sobie: "kim jesteś jako ten działacz i czy Twoje zachowanie jest właściwe?" Myślę, że niejeden polityk słuchając bez emocji swoich niektórych słów czy oglądając swoje zachowanie mógłby się sam siebie przestraszyć. Komitet Obrony Demokracji – twór, który bronił … No właśnie czego? Przecież PiS został wybrany większością głosów wyborców, w demokratycznych wyborach, zgodnie z konstytucją RP. Więc gdzie tu mowa o obronie demokracji? Ale już pomijając to, KOD wydawał się opozycją dla rządów PiS, a okazało się, że nieźle "kantowali" z tymi wystawianymi fakturami.

W dzisiejszych czasach politycy często zapominają o służbie na rzecz społeczeństwa, a idą do polityki, aby mieć władzę, którą wykorzystają do własnych celów i pieniądze. Czy aby nie jest tak, że ten pieniądz jest tutaj Bogiem?

- Tak. Ma Pan rację. Poprzedni rząd dokonał cudu. Pierwszy rząd w Polsce powojennej, który po ośmiu latach przekazał władzę jednej partii, a nie koalicji. PiS zdobył władzę dzięki działaniom PO. Teraz PO ponosi tego konsekwencje. Posunięcia poprzedniego rządu sprawiły, że wielu ludzi miało uzasadnione podejrzenia, że te osiem lat to nie było dobre działanie na rzecz społeczeństwa. Dlatego wynik wyborów wskazał PiS jako zwycięzcę. PO powinna pogodzić się z tym odsunięciem od "żłobu", poczekać cztery lata do kolejnych wyborów i dać sobie szansę na powrót do rządzenia Polską. Każde wybory to decyzja społeczeństwa czy są zadowoleni z rządów partii lub koalicji i przedłużają mandat na kolejną kadencję czy też naród domaga się zmiany i kto inny zaczyna rządzić. PO za wszelką cenę chce wrócić do władzy. Obcy kapitał wchodził na nasz rynek, firma była zwalniana z płacenia podatków przez dwa lata, potem zmieniali nazwę i kolor ubrań i przez kolejne dwa lata znów nie płaciła. Przez tyle lat miał miejsce ten proceder, tyle o nim mówiono i pisało, a PO z tym nic nie zrobiła. Przez nich straciliśmy miliardy złotych, które mogły być wydane np. na służbę zdrowia czy na szkolnictwo. Przez ten rok rządów PiS-u udało się wiele milionów zatrzymać w kraju i są na to dowody. Weźmy ten program 500+, który był tak ośmieszany przez opozycję. Spotykam się z rodzinami i słyszę, że dzięki niemu jedna rodzina nie musi już bać się czy przeżyje kolejny miesiąc, druga rodzina może kupić dzieciom ubrania i książki, a trzecia po wielu latach mogła wyjechać na wakacje. Te pieniądze nie wypłynęły za granicę. Miliony pieniędzy "wpompowanych" w te rodziny wróciło do sklepów, do instytucji, a zatem one wzbogaciły kraj, a nie obce firmy. Rozsądna opozycja, jak to jest w innych krajach przygląda się reformom i te pozytywne popiera, a te negatywne kulturalnie krytykuje. Niestety w Polsce jest opozycja totalna. Krytykuje wszystkie ustawy niejednokrotnie nie potrafiąc wskazać w nich błędów, a jako powód wskazuje to, że wyszły spod piór PiS-u. Przecież to jest jakaś paranoja.

"Jeżeli stracę siebie dla kogoś to zyskuję w dwójnasób."



"Sposób na udany związek? Zapomnieć o sobie, ale nie po to, żeby siebie zniszczyć, ale by zyskać. Jeżeli stracę siebie dla kogoś to zyskuję w dwójnasób." Jak należy rozumieć słowa Ojca?

- Młoda mężatka mówi, że stara się, aby jej mąż dzisiaj był szczęśliwszy z nią bardziej, niż wczoraj, a jutro szczęśliwszy niż dzisiaj. Po roku małżeństwa to już chyba on będzie tak szczęśliwy jakby był z nią 60 lat. (śmiech) Moją radością jest to kiedy widzę, że mojemu partnerowi jest ze mną dobrze. Jeśli para kłóci się o byle co, a potem w ramach pogodzenia się idą do łóżka i uprawiają seks, to nie ma to sensu na dłuższą metę. Seks nie jest w związku najlepszym klejem. Gdyby był tym skutecznym spoiwem, to przecież nie byłoby rozwodów. Seks powinien być wynikiem pełnego oddania. Doświadczenie seksualne może dać pełnię, gdy między partnerami jest totalne zaufanie psychiczne i fizyczne. Niestety czasem obserwujemy pary, w których partnerzy są samotni we dwoje, tzn. jej jest przyjemnie, jemu jest przyjemnie, ale poza seksem nic ich nie łączy, a tak dużo dzieli. Coraz mniej jest młodych osób decydujących się na ślub. To błąd, gdyż sakrament małżeństwa dodaje związkowi mocy od samego Boga, który błogosławi ich wspólną drogę. Czy jest coś złego w seksie? Nic. Używanie jego jest samo w sobie dobre. Czy coś złego jest w jedzeniu? Nic, ale gorzej jak przestajemy jeść, a zaczynamy "żreć" (śmiech).

Czego mogę księdzu życzyć na zakończenie naszego spotkania?

- Ja sobie zawsze życzę jednej rzeczy. Po tylu przeżytych na tym świecie latach nadal chcę na czas zdążyć do toalety (śmiech). Gdy to będzie mi się udawać, to moje życie nadal będzie piękne i … suche (śmiech). A tak na poważnie to chciałbym wytrwać w tym co robię. Chciałbym przed tym, kiedy będę już schorowany i nie będę mógł się ruszać, uporządkować wszystkie swoje szpargały. Mam całą masę swoich zapisków, które ktoś mógłby wrzucić do pieca, ale wiele z nich powinno trafić do archiwum klasztoru. Jeśli nie udałoby mi się to poskładać za życia, to moi bracia zakonnicy będą na mnie kląć po mojej śmierci (śmiech). Bardzo bym chciał tego uniknąć.

Tego zatem życzymy, dziękujemy za poświęcony nam czas i za przesympatyczną rozmowę.

- Ja także dziękuję. Mało jest takich młodych ludzi w tych naszych głupich czasach. Wróciwszy do klasztoru zobowiązuję się do uporządkowania chociaż jednej kupy papierów (śmiech). To będzie pierwszy owoc naszej rozmowy.

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!