- Kiedy wróciłam do Polski, nie mogłam przestać o tym myśleć. Śniła mi się piekarnia w Nepalu. Sama nie wiedziałam czy pomysł ma szansę realizacji. Zwierzyłam się z niego Michałowi. Był zachwycony. Postanowiliśmy spróbować - opowiada Zuza Wójcińska, jedna z inicjatorek akcji w Nepalu.

- Zawsze o tym marzyłam. Od dziecka. Nie potrafię tego wytłumaczyć, podać konkretnego dnia albo chwili, w której to się zaczęło. Po prostu od zawsze chciałam się tam znaleźć. Pochodzić po górach. Zobaczyć, jak to wszystko wygląda naprawdę. Odkryć to miejsce.

Himalaje. Najwyższe góry świata.

Zebrałam pieniądze i pojechaliśmy: ja, Michał, Wojtek. Planowaliśmy spędzić Nowy Rok w Istambule, prawosławne Boże Narodzenie w Gruzji, tybetański Nowy Rok w Tybecie i Holi, a hinduskie święto wiosny w Indiach. Nie udało się - szyki pomieszał nam termin mojej obrony pracy magisterskiej.

Obroniłam się i trzy dni później, 9 stycznia, wyruszyliśmy. Przez Ukrainę, Rumunię i Bułgarię przedostaliśmy się pociągami i autobusami, autostopem udało nam się przebrnąć przez Turcję i Iran, później przez Pakistan. Wojtek dolatywał do Katmandu, więc nie mogliśmy się zatrzymywać zbyt długo w żadnym z tych miejsc, musieliśmy pędzić - droga zajęła nam niecałe trzy tygodnie.

Rozmawiamy w kawiarni. Zuza mówi szybko, z pasją i kiedy nagle przerywa, by przez chwilę pomyśleć albo wziąć łyk chłodzonego napoju, uśmiecha się do siebie. Ma 28 lat, pomarańczową koszulę i kilka nepalskich marzeń. Pracuje w fundacji "Ocalenie" z uchodźcami. Jeszcze pół godziny temu wydawała mi się zmęczona, niechętna do rozmowy. Teraz, gdy pytam o szczegóły wyprawy, promienieje.
- Wreszcie trekking. Himalaje. Kolos, który nagle staje się osiągalny. Wybraliśmy jedną z najprostszych tras, bo dla Michała to była pierwsza przygoda z górami. Nie było jakoś ekstremalnie ciężko. Człowiek sobie wyobraża wieczny śnieg, mróz, nie wiadomo co. A tam na wysokości 5000 m.n.p.m. wcale nie ma śniegu. Jest pięknie. Niesamowity widok, dzika przyroda, ludzie, których spotykaliśmy na szlaku, zwierzęta: małpy, jaki. Choroba wysokościowa była jedynym zagrożeniem - trzeba było iść odpowiednio wolno, żeby się zaaklimatyzować.

Podróże poszerzają horyzonty. Otwierają oczy, głowę.

Schodząc z trekkingu, u podnóża Doliny Langtang (na północ od Kathmandu, w pobliżu granicy z Tybetem) natknęliśmy się na wioskę Syabru Bensi. Michał znalazł się tam trochę wcześniej, dlatego wraz z nowo poznanymi mieszkańcami wioski czekał na nas przy zejściu ze szlaku. Miejscowy chłopak, Buchung, zaprosił nas do swojego domu. I tak się zaczęło.

W ich kulturze zawsze najbardziej fascynowała mnie nieprawdopodobna otwartość, gościnność. Przyjęli nas zgodnie z nepalskim powiedzeniem, że gość jest jak Bóg. Gdy tylko przekroczyliśmy próg chaty, Ciotka (tak po angielsku mówił o tej starszej kobiecie Buchung, później okazało się, że to jego macocha, tylko nie wiedział, jak to wyrazić w języku obcym) powiedziała w naszym kierunku coś, co chłopak przetłumaczył jako: "wreszcie cała rodzina w komplecie". Na stole nagle pojawiło się mięso, które gospodarze jadają zazwyczaj tylko od święta. Nie było w nich nieufności, dystansu. W całej wiosce stałą pracę ma tylko kilka osób, panuje ogromne bezrobocie, a i tak, mimo porażającej biedy, dzielili się z nami wszystkim co mieli - zarówno posiłkami, jak i pogodą ducha.
Byliśmy siebie nawzajem ciekawi. W każdej chałupie czekała na nas gorąca herbata, posiłek, rozmowa. Oni wypytywali nas, a my ich. Zderzenie kultur w rodzinnej atmosferze.

Wkrótce musieliśmy jechać z Wojtkiem do Katmandu, ale zaproszeni przez Buchunga na tybetański nowy rok, po kilku dniach wróciliśmy do wioski.

Podstawowe, angielskie słowa znają tam wszyscy, jednym z niewielu źródeł utrzymania dla mieszkańców są turyści, dlatego każdy stara się jakoś z tymi turystami dogadać, namówić, by skorzystali z usług jego hotelu albo zjedli u niego obiad. Wszystko, by tylko utrzymać rodzinę.

Na początku 2010 roku, zdecydowałam się pojechać tam raz jeszcze, na inny trekking. Przede wszystkim jednak chciałam odwiedzić Syabru Bensi, zobaczyć, jak żyją nasi nepalscy przyjaciele. Tym razem poznałam starszego brata Buchunga, Nyimę. Jego imię pojawia się wszędzie tam, gdzie potrzebna jest w wiosce pomoc albo ważna decyzja. Miejscowy społecznik, niezwykle zaradny, aktywny chłopak. To on opowiedział mi o pomyśle wybudowania w wiosce piekarni.

Na początku byłam do tego sceptycznie nastawiona. Piekarnia miała się znajdować w centrum wioski i być źródłem dochodu i miejscem pracy dla jego mieszkańców. Miałaby wykorzystywać potencjał turystyczny wioski i wspierać najbiedniejszych mieszkańców Syabru Bensi.

Kiedy wróciłam do Polski, nie mogłam przestać o tym myśleć. Śniła mi się piekarnia w Nepalu. Sama nie wiedziałam czy pomysł ma szansę realizacji. Zwierzyłam się z niego Michałowi. Był zachwycony. Postanowiliśmy spróbować.

Zaczęliśmy zbierać pieniądze na budowę. Organizowaliśmy koncerty i imprezy w warszawskich klubach promujące akcję. Wreszcie napisaliśmy projekt przedsięwzięcia, na podstawie którego dostaliśmy od MSZ-u dofinansowanie na rok 2011. Zaczęliśmy działać.
Dzisiaj akcja "Piekarnia w Nepalu" działa już pełną parą. Mamy fundusze na pierwszy miesiąc działania piekarni, wynegocjowaliśmy z dyrektorem miejscowej szkoły zasady wynajmu budynku, mieszczącego się w centrum wioski, na samym środku drogi uczęszczanej przez turystów. Wyremontujemy budynek, a pozostałe pieniądze przeznaczymy na wyposażenie piekarni. Może kupimy także ekspresy do kawy, zobaczymy. Oprócz tradycyjnych nepalskich wypieków w rodzaju ćapati, będzie tam można kupić również europejskie pieczywo.

Do akcji w październiku zeszłego roku dołączył jeszcze Paweł, dziennikarz, który przez długi czas mieszkał w Nepalu. Organizatorzy "Piekarni ...": Zuzanna Wójcińska, Michał Plichta i Paweł Skawiński chcieliby, by to miejsce w przyszłości stanowiło też swego rodzaju centrum kulturalno-edukacyjne, by w piekarni odbywały się szkolenia dla dzieci, młodzieży, kobiet.

- Moglibyśmy wyświetlać tam filmy edukacyjne, nauczyć ich szanować i propagować swoją nadzwyczajną kulturę. Pokazać, że ich kulturalny dobytek jest czymś, o czym warto rozmawiać, co warto przekazywać dalej. Dlatego mam nadzieję, że uda nam się w przyszłości zakupić komputer, projektor, rzutnik. Może jeszcze ktoś zdecyduje się nam pomóc.

Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Nepalu, czuję, że muszę tam wrócić. Że mam jeszcze tyle do odkrycia w tym miejscu. Że chciałabym spędzić z Nepalczykami więcej czasu. To przyjaciele. Dlatego tak bardzo chcę im pomóc. Nawet pracując i mieszkając w Polsce, jakaś część mnie jest w Syabru Bensi. Wciąż śni mi się Nepal.


Więcej informacji na temat akcji i tego, jak można ją wesprzeć, znajdziecie na stronie internetowej: Piekarnia w Nepalu.

Cywilizacja

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!