„Kraj ująć można w dwóch słowach: barwa i chaos”- tymi słowy zaprosił na pokaz swoich zdjęć z podróży do Tajlandii Rafał Dąbrowski.

Piątkowy wieczór 22 października, studio artysty fotografika Tomka Staszewskiego mieszczące się przy ul. Ogrodowej 31/35 w Warszawie, zapełnili miłośnicy dalekich podróży. W cyklu imprez zatytułowanych „Piekielne piątki”, swoje zdjęcia z podróży do Tajlandii zaprezentował Rafał Dąbrowski.

Ten trzydziestopięcioletni mężczyzna, nie związany zawodowo z fotografią, jest jednym z uczestników organizowanych przez Tomka Staszewskiego warsztatów, gdzie pod okiem mistrza adepci tej dziedziny sztuki doskonalą swój warsztat.

Rafał, pasję tę odkrył w sobie obserwując sportowców wyczynowych; ich zmagania z własnym organizmem w drodze do sukcesu. Zaabsorbowały go malujące się na twarzach emocje towarzyszące przygotowaniom podczas treningów i w czasie trwania zmagań sportowych. Fotografia reporterska utrwalająca kadry niosące ładunek energii, zafascynowała go na długo. Jednak nie koncentruje się tylko na fotografii dynamicznej; rozszerza swoje zainteresowania włączając w nie elementy fotografii studyjnej - ujęcia statyczne jak akt, czy fotografia produktu. Nie unika także sesji prezentujących modę, czy dokumentowania uroczystości rodzinnych. Nie jest mu też obca fotografia plenerowa, i ta – jak mówi – najłatwiejsza, podróżnicza.

Pogodny, komunikatywny, budzi sympatię i zaufanie „obiektu” fotografowanego, co pozwala mu na utrwalenie nie tylko sylwetki człowieka, ale udaje mu się zajrzeć do jego „wnętrza”. Niewątpliwie te cechy ułatwiały Dąbrowskiemu dotarcie do - nie wszystkim dostępnych- osób i miejsc w tym egzotycznym, o odmiennej kulturze i tradycji kraju.
Podglądając ich życie, tego wieczoru obrazami opatrzonymi słownym komentarzem, poprowadził nas przez codzienność Bangkoku.

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną, której władcą jest król Rama IX. Darzony przez Tajów ogromnym szacunkiem i czczony w sposób bliski pojęciu boskości. Wizerunki króla widnieją niemal wszędzie. Za uwłaczanie kultowi, np. przypadkowe, przez nieuwagę nastąpienie na jego choćby gazetową podobiznę, grozi więzienie. Liczne rezydencje, kompleksy pałacowe imponują bogatymi zdobieniami; często są to dzieła w całości wykonane ze szlachetnego kruszcu.

W 92 proc. wyznawcy buddyzmu, posągi Buddy w niezliczonej ilości i wielkiej różnorodności postaci, instalują nie tylko w świątyniach. Sentencja buddyzmu brzmiąca:„Jakość naszego życia jest uwarunkowana przez jakość naszych działań”, nie dopuszcza tak powszechnego w tamtych rejonach żebractwa. Każdy człowiek ma jakieś zajęcie, które niekiedy pozwala tylko na nędzną egzystencję. Popularne tam uliczne „garkuchnie” są źródłem utrzymania wielu rodzin. Serwowane potrawy, sporządzane z miejscowych specjałów, Europejczyka raczej nie skłaniają do degustacji.

Przydomowe prymitywne warsztaty oferują wszelkie usługi w trybie ekspresowym za dla nas zadziwiająco niską cenę, włącznie z uśmiechem i niskimi ukłonami rzemieślnika.
Ulice tętnią życiem; na nich Tajowie pracują i zdarza się wypoczywają – zwłaszcza dzieci, przy zajętych pracą rodzicach.

Bangkok jest pełen kontrastów. Obok okazałych obiektów pałacowych, świątyń, istnieją także slumsy najczęściej usytuowane nad wodą, z której także czerpią pożywienie w postaci ryb.
I tak autor zdjęć zaprowadził nas nad rzekę Kwai, nad którą słynny z piosenki most zbudowali alianccy jeńcy wojenni. Zadanie to, plus trudne do zniesienia dla nas warunki w jakich pracowali, były przyczyną licznych zgonów. Szczątki ofiar spoczywają na usytuowanym w Bangkoku cmentarzu jeńców wojennych.

Żyłka podróżnika kazała Rafałowi wykorzystać okazję i pokusić się na wyprawę do dżungli.
Za wehikuł posłużył specjalnie do przewozu turystów, „oprzyrządowany” słoń, a następnie per pedes wędrówka po wytyczonych na niej szlakach. Bujna roślinność, napotykane egzotyczne zwierzęta, na gorąco zapisywane były w aparacie.
Zaprzyjaźniony przewodnik doprowadził w rejon bytowania mnichów buddyjskich.
Zdjęcia, jakie tam Rafał wykonał, nas oglądających, pobudziły do refleksji i lekko zszokowały.

Ujrzeliśmy majestatyczne tygrysy przywiązane na krótkich łańcuchach, które w pełnym słońcu stojąc przez kilka godzin, zabawiały turystów. Jak nasze zakopiańskie psy pasterskie, służyły za przedmiot na którym sadowiono się do zdjęć.
Zdaniem obecnych, żadne dzikie zwierze bez podania środka odurzającego, na to by nie pozwoliło. Mnisi twierdzą, że pozyskują młode zwierzęta od kłusowników ratując je od zagłady, a one przywiązują się do nich; jakoś nieprzekonująco to brzmi.

Zwierzęta prawdopodobnie służą celom komercyjnym, niestety. Trzymanie ich na uwięzi i wbrew naturalnym instynktom, które o takich porach każą zaszywać się im w głęboki cień, zdaje się to potwierdzać.

Jak to zrozumieć i pogodzić z filozofią buddyjską kierującą się zasadą nie zadawania cierpienia …mnisi to rozstrzygnęli? I tym smutnym akcentem spotkanie zakończyło się.



W następny, listopadowy „Piekielny piątek”, Tomek Staszewski zaprasza na pokaz zdjęć z podróży do Etiopii, uczestniczki warsztatów Teresy Stachowicz.

Styl życia

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!