Barcelona awansowała, choć zachwycała tylko momentami. Real odpadł, ale uratował honor i udowodnił przede wszystkim sobie, że w starciu z Katalończykami warto grać otwartą piłkę.

W futbolu nic nie jest dane raz na zawsze. Po porażce na Santiago Bernabeu w pierwszym ćwierćfinale Copa del Rey mało kto wierzył - bo w tym miejscu właściwą kategorią do rozważań pozostawała wiara - że słabsi o klasę i sfrustrowani kolejną klęską "Królewscy" mogą zasiać ziarno niepewności w świątyni Barcelony. Sam Mourinho przytoczył na konferencji prasowej zasłyszaną od swoich piłkarzy opinię, że na Camp Nou po prostu nie można wygrać.

"The Special One" doskonale pamięta, że pierwsza jego wizyta w Katalonii w roli trenera Realu zakończyła się wynikiem 0:5. Od tamtego meczu przeciw Barcelonie wystawiał z reguły 7-8 defensywnych zawodników, których jedynym zadaniem było uprzykrzanie życia Messiemu, Xavi'emu i reszcie, nie bacząc na zasady fair play, a właściwie na jakiekolwiek zasady. Koledzy z jednej reprezentacji zaczęli skakać sobie do gardeł, widowisko przypominało rozpaczliwą pogoń, która wraz z upływem minut zamieniała się w prymitywną rzeź. Byli piłkarze i działacze Realu na czele z Alfredo Di Stefano poddali ostrej krytyce anty-futbol serwowany przez Mourinho, przypominając o szanowanym wizerunku klubu, wybranym przecież najlepszą drużyna XX wieku.

Fala krytyki spadła na Portugalczyka również po ostatnim meczu. Zarzucano mu zatracenie się w byciu anty-Barceloną i brak jakichkolwiek pozytywnych elementów. Prasa donosiła o podziałach w szatni na zwolenników i przeciwników Mourinho. Do tych pierwszych zaliczano kolonię portugalską i innych zawodników menadżera Jorge Mendesa, nieformalnym liderem drugich miał być kapitan Iker Casillias. Ile w tym prawdy nie wiadomo.

Nieoczekiwana metamorfoza

Wczoraj Real nie wygrał, ale zaprezentował się w sposób, jaki przystało drużynie z taką renomą. W porównaniu z pierwszym ćwierćfinałowym meczem Portugalczyk wstawił do pierwszej "11" ofensywnie usposobionych Kakę i Mesutha Özila, wcześniej regularnie pomijanych przy okazji Gran Derbi. Zanim mecz na dobre się rozpoczął, jego piłkarze już mogli prowadzić dwiema bramkami, ale Gonzalo Higuain w sytuacji sam na sam najpierw nie trafił w bramkę, a potem trafił w Pinto. Przy stanie 0:0 Özil fantastycznie uderzył z dystansu w poprzeczkę. "Blau-grana" w końcu ocknęła się i łapiąc właściwy sobie rytm przejęła kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Dwa celne strzały dały jej dwie bramki i kwestia awansu wydawała się rozstrzygnięta już po pierwszej połowie.

To, co wydarzyło się po przerwie zaprzeczyło regułom pojedynków Barcelony i Realu z ostatnich lat. Gospodarze zgrzeszyli pychą, delektując się dominacją i lekceważąc zranionego rywala. Ten tylko na to czekał. Najpierw Cristiano Ronaldo, następnie Carim Benzema po fatalnym błędzie zdekoncentrowanego Pique doprowadzili do wyrównania. Na tym nie koniec, w polu karnym "Dumy Katalonii" do ostatniego gwizdka było gorąco. Tak zepchniętej do obrony Barcelony nie widziano już dawno. Popłoch i zwątpienie, jakie towarzyszyło drużynie Guardioli w ostatnich minutach, było zjawiskiem niemalże zapomnianym. "Dzień, w którym zaczniecie uważać się za najlepszych na świecie, będzie początkiem waszego końca" - miał powiedzieć swoim zawodnikom przed laty 41-letni szkoleniowiec. Chyba nie przypuszczał, że będzie musiał powtarzać te słowa.

I choć znowu było ostro - Lassana Diarra zasłużył na czerwoną kartkę jeszcze w pierwszej połowie, Sergio Ramos słusznie czerwień otrzymał, a Pepe potwierdził, że używanie głowy do trzeźwego myślenia przysparza mu trudności, obraz Realu jako drużyny rysuje się w coraz jaśniejszych barwach. Odpaść z Barceloną to nie wstyd, problem w tym, że w madryckim słowniku nie było takiego zwrotu jak honorowa porażka. "Zagraliśmy fenomenalnie i wracamy do domu dumni" - powiedział z satysfakcją Iker Cassilias (za realmadrit.pl), niezrażony brakiem awansu.

Na razie znowu triumfuje Barcelona, ale dystans między drużynami skrócił się. Jedno małe "ale" - te same wnioski nasuwały się po finale Pucharu Króla w ubiegłym sezonie i zaprowadziły donikąd. W futbolu nic nie jest dane raz na zawsze.

Sport

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!